Susan Minot - Wieczór

Susan Minot - Wieczór


No cóż... długo się zabierałam za tę recenzję, bo szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem, co mam o tej książce myśleć a co za tym idzie - co o niej napisać. Odstała swoje na półce (a raczej odleżała na wielkim stosie na podłodze) i kiedy wreszcie doczekała się moich zachłannie sięgających po nią dłoni, po przeczytaniu kilkunastu stron okazało się, że nadal będzie leżeć na stosie, tym razem jednak przy łóżku, wśród książek, które aktualnie podczytuję. Dlaczego? Bo czytając ją albo ziewałam z nudów albo irytowałam się z powodu głupiutkiej bohaterki.

Nie ukrywam, że czytałam recenzje tej powieści na innych blogach a także wypowiedzi na jej temat na forum - w 99% są jak najbardziej pozytywne. Byłam więc nieco zaskoczona i rozczarowana dostając do rąk nie to, czego się spodziewałam.

Jest to powieść ukazująca ostatnie dni życia chorej na raka Ann Lord, która ze spokojem czekając na śmierć wspomina swą największą miłość z lat młodości. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną poznała na ślubie swojej przyjaciółki tajemniczego Harrisa Ardena, w którym natychmiast, nieomal ślepo jak nastolatka, się zakochała. Ich romans trwał zaledwie kilka dni i skończył się wraz z odjazdem gości weselnych, ale w pamięci Ann już na zawsze pozostały wspólnie spędzone wtedy chwile.

Opis fabuły wydaje się być ciekawy (szczególnie jeśli ktoś ma ochotę na powieść o niekoniecznie szczęśliwej miłości - a ja taką ochotę miałam). W czym więc tkwi problem? Ano w głównej mierze w tym, że wielbiony kochanek wcale na tę miłość i uwielbienie nie zasługiwał. Do szału doprowadzały mnie opisy wpatrzonej w Harrisa jak w obrazek Ann, która ślepa i głucha na wszystko jak po raz pierwszy zakochana nastolatka wzdychała do swego półboga, patrzącego na zakochaną w nim dziewczynę przez pryzmat swych popędów seksualnych i najzwyczajniej w świecie wykorzystującego sytuację. Arden doskonale zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie robi na kobietach a skoro znalazła się chętna na igraszki we dwoje, to czemu nie skorzystać z okazji? Ani przez moment nie wierzyłam w zapewnienia Harrisa o miłości do Ann i dziwiłam się, że ona - mająca już przecież kilka związków za sobą - dała się tak zaślepić.

Ale nie tylko kwestia naiwności głównej bohaterki przeszkadzała mi w czerpaniu przyjemności z lektury. Jest w niej zbyt dużo bohaterów, którzy pałętają się gdzieś między rozdziałami ale z ich obecności (poza zamieszaniem w głowie czytelnika) nic nie wynika. Mylili mi się goście weselni oraz (dorosłe już) dzieci chorej Ann, które zjechały do domu matki, by czuwać przy niej w ostatnich chwilach jej życia. Nic nie zapamiętałam z ich rozmów, poza ogólnym wrażeniem, że nie wiedzą w jaki sposób traktować matkę majaczącą w chorobie. Goście weselni przebiegają mi przed oczami jak kolorowe kukiełki na karuzeli, tworzą jedną barwną całość, nie pamiętam ani ich imion ani sytuacji związanych z poszczególnymi osobami.

Mocno irytowała mnie też pewna maniera pani Minot w sposobie narracji. Uwielbiam książki, w których mamy do czynienia z dwoma płaszczyznami czasowymi - ale lubię kiedy one bezboleśnie się przeplatają, kiedy czytelnik niekiedy sam musi się domyślić, czy akcja w danym momencie dzieje się w teraźniejszości czy np. w przeszłości. Tutaj autorka dosłownie za każdym razem, kiedy zmienia perspektywę czasową, nachalnie informuje o tym czytelnika już w pierwszym zdaniu, dodając, że to powiedziała Ann Grant (czyli młoda, niezamężna Ann) a to Ann Lord (czyli schorowana i czekająca na śmierć, 65-letnia Ann). Nie lubię kiedy czytelnik traktowany jest jak idiota, który nie potrafi się sam domyślić w jakiej płaszczyźnie czasowej się właśnie znajduje, tym bardziej że w "Wieczorze" każda taka zmiana rozpoczyna się nowym akapitem.

A jednak mimo wszystko - ku własnemu zaskoczeniu - miło tę powieść wspominam. Bo oczywiście ma ona też swoje plusy. Podobały mi się zmiany nastroju wywołane odmienną narracją przy zmianach płaszczyzn czasowych; szczególnie mam tu na myśli półsenne, jakby impresjonistyczne opisy postrzegania rzeczywistości przez umierającą Ann, dla której np. biała pościel układa się w żagle łodzi lub spienione fale, wywołując wspomnienia z przeszłości. Nie ukrywam, że i osadzenie akcji z przeszłości w połowie lat 50-tych miało dla mnie, miłośniczki tamtej epoki, dużo uroku i czaru. A i po początkowych trudnościach z lekturą, drugą połowę książki przeczytałam już z większą przyjemnością a co za tym idzie - także znacznie szybciej.

Widziałam także film na podstawie powieści - oceniam go jako średni. W kilku kwestiach sporo różni się od książki, którą jednak uważam za bardziej interesującą.

Nie mogłam się zdecydować, jaką ocenę mam wystawić powieści Susan Minot. Ta czwórka jest ciut zawyżona, ale 3,5 z kolei wydało mi się oceną zbyt niską, więc niech będzie 4 :)

Moja ocena: 4/6

autor: Susan Minot
tytuł: Wieczór
tytuł oryginału: Evening
tłumaczenie: Ewa Świerżewska
wydawnictwo: Świat Ksiązki 
liczba stron: 272


Izabela Szolc - Naga

Izabela Szolc - Naga


To moje drugie spotkanie z twórczością Izabeli Szolc, tym razem jak najbardziej udane. Jej pseudo-kryminalna powiastka "Cichy zabójca" zupełnie nie przypadła mi do gustu, za to "Nagą" z przyjemnością pochłonęłam w ciągu kilku dni.

Jest to zbiór 10 opowiadań o kobietach i kobiecości ale kobiecości w jakże odmiennym znaczeniu od tego, z którym spotykamy się na co dzień. Kobiecość kojarzy się nam z czymś pięknym, przyjemnym, lekkim i powabnym, tymczasem Szolc zwraca naszą uwagę na ten drugi, mroczniejszy aspekt bycia kobietą - obnaża swoje bohaterki ukazując je w trudnych bądź przełomowych dla nich momentach, zagląda głęboko w ich dusze i serca w poszukiwaniu strachu, żalu, złości, nienawiści, słabości, samotności.

Mamy w tym zbiorze ciekawą paletę postaci kobiecych - żonę, która po latach dowiaduje się, że jej mąż ma dziecko jeszcze ze związku sprzed małżeństwa, kobietę w homoseksualnym związku, bojącą się o życie swej partnerki alpinistki, rozterki ciężarnej, historię dziewczyny zgwałconej w akademiku, kobietę wybierającą się lada moment na zabieg usunięcia ciąży, zakonnicę oddaną Bogu, narkomankę romansującą z własnym nauczycielem czy transseksualistę - kobietę urodzoną w ciele mężczyzny.

Wszystkie te historie obnażają kobiecą duszę, sięgają głęboko do pokładów strachu, samotności i poczucia niezrozumienia. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa opowiadania: napisany w formie listu do matki "Pępek", w którym bohaterka wylewa cały swój żal do matki, przez którą nigdy nie czuła się kochaną i akceptowaną. To zdecydowanie toksyczna relacja, gdzie samotnie wychowująca (niechciane?) dziecko matka znęca się nad nim i nie okazuje żadnych matczynych uczuć. Bohaterka sama będąc w ciąży boi się, że będzie dla swojego dziecka taką samą matką-potworem jak kiedyś jej własna rodzicielka była w stosunku do niej. Drugim opowiadaniem, które mnie ujęło, to wykorzystująca fragmenty "Dziennika żałoby" Marii Curie-Skłodowskiej relacja słynnej pani naukowiec po śmierci jej ukochanego męża Piotra. Skłodowska zwraca się tu bezpośrednio do zmarłego męża wspominając wspólnie spędzone lata, zarówno dobre jak i te gorsze chwile. To quasi spowiedź, która chwyta za serce.

Czytając ten tomik pomyślałam, że dobrze by było polecić go mężczyznom, ale po dłuższym zastanowieniu zaczęłam mieć wątpliwości, czy płeć brzydka będzie w stanie naprawdę zrozumieć uczucia targające bohaterkami tych opowiadań. Często się mówi, że kobiety mają o wiele bardziej skomplikowaną naturę od mężczyzn i chyba jest to prawda. "Naga" jest zbiorem zdecydowanie kobiecym i dlatego też polecam ją przede wszystkim paniom - warto zapoznać się z tą drugą, ciemniejszą stroną naszej kobiecości.

Moja ocena: 4,5/6

autor: Izabela Szolc
tytuł: Naga
wydawnictwo: Amea
liczba stron: 156

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Niespełna dwa tygodnie temu miałam przyjemność spotkać jednego z moich ulubionych polskich autorów współczesnych, Janusza Leona Wiśniewskiego, który z okazji promocji najnowszego zbioru felietonów/opowiadań "Zbliżenia" przyjechał z wizytą do Łodzi.

Wiśniewski jest pisarzem, który ma tyle samo fanów co krytyków; ja go bardzo lubię, mimo iż dostrzegam w jego pisarstwie wady (głównie w felietonach - to ciągłe granie na ludzkich uczuciach, dlatego jednak wolę powieści). Mam bardzo osobisty stosunek do "Samotności w sieci", jest to książka, która już zawsze będzie mi się kojarzyła tylko z jednym człowiekiem i konkretnymi wydarzeniami sprzed blisko 3 lat.

Spotkanie odbyło się w bardzo kameralnym gronie (ok. 40 osób na sali), co mnie troszkę zdziwiło, bo spodziewałam się tłumów i trwało nieco ponad godzinę, za co pan Janusz już na wstępie przeprosił, tłumacząc się pośpiechem w związku z nagrywaniem tego samego dnia wywiadu w programie Małgorzaty Domagalik "On i ona", na który z racji emisji programu na żywo, nie może się spóźnić.

Autor opowiadał o swoim pisarstwie, pracy naukowej, próbach pogodzenia tych dwóch sfer życia, o uczuciach i związkach chemicznych rządzących naszym życiem. Nie dowiedziałam się z tego spotkania niczego nowego, zresztą po przeczytaniu setek wywiadów z autorem, odnoszę wrażenie, że Wiśniewskiemu ciągle zadaje się te same pytania, na które on ciągle udziela tych samych odpowiedzi. Zresztą potwierdził to wspomniany już przeze mnie wywiad Małgorzaty Domagalik, który był niemalże kopią tego, co usłyszałam parę godzin wcześniej na spotkaniu.

Wiśniewski dał się poznać jako sympatyczny i inteligentny człowiek z poczuciem humoru, mający bardzo dobry kontakt z czytelnikami. Mimo iż bardzo się spieszył, każdemu czytelnikowi (choć w większości były to czytelniczki ;-) poświęcił chwilę na krótką rozmowę i wpis w książce.

Cieszę się, że mogłam poznać pana Janusza osobiście, jeśli ponownie zawita do Łodzi, z miłą chęcią ponownie pójdę na spotkanie :)


 

Eileen Chang - Czerwona róża, biała róża

Eileen Chang - Czerwona róża, biała róża



Zbiór opowiadań chińskiej autorki Eileen Chang został wydany w WAB-owskiej serii "Nowy Kanon" przygotowywanej na podstawie listy wartościowych książek według New York Rewiev Books. Nie wiem, czy nyrb jest godnym uwagi źródłem inspiracji (nigdy nie miałam z nim do czynienia) ale cieszę się, że WAB postanowiło spopularyzować u nas tę chińską pisarkę i to od razu wydając ją w serii, której nazwa wskazuje na tytuły tylko wartościowe, bo te opowiadania naprawdę na to zasługują.

Nazwisko Eileen Chang znałam do tej pory tylko z (rewelacyjnego swoją drogą) filmu Anga Lee "Ostrożnie, pożądanie" nakręconego na podstawie opowiadania Chang o tym samym tytule. I teraz szukam go w mojej bibliotece, bo po lekturze zbioru "Czerwona róża, biała róża" jestem tak zachwycona twórczością chińskiej pisarki, że chciałabym przeczytać wszystko, co napisała.

Jest to zbiór troszkę nierówny, nie wszystkie zawarte w nim opowiadania są tak samo dobre, ale nie ma też i takich kompletnie złych. Zdecydowanie najlepsze jest moim zdaniem opowiadanie tytułowe, "Złote kajdany" oraz "Miłość w pokonanym mieście".

Chang opisuje świat, którego już nie ma. Wartości i zasady, tradycje i konwenanse, którymi już dawno nikt się nie przejmuje. Zdziera maski, za którymi tak lubią skrywać się Chińczycy, wnika w głąb ich serc i umysłów, obnaża strach, obłudę, chciwość czy egoizm. Ukazuje ludzi w codziennych sytuacjach ale i w intymnych czy przełomowych da nich momentach.

Najważniejszy w tych opowiadaniach jest jednak język, bardzo sugestywny i ostry, tnący ukazaną rzeczywistość jak brzytwa. Opisy przestrzeni są dopracowane w każdym detalu, bardzo plastyczne. Czytając książkę widzi się przed oczyma całą scenerię, zupełnie jak w filmie.

Ważną rolę odgrywają też dialogi - pełne niedomówień i przemilczeń, doskonale obrazujące trud, z jakim przychodzi bohaterom się porozumieć. Stąd też przerażająca samotność tych ludzi, w nieporadny sposób krzyczących ku innym: zauważ mnie, zrozum, doceń.

To literatura najwyższych lotów, nie przegapcie jej!

Moja ocena: 6/6

autor: Eileen Chang
tytuł: Czerwona róża, biała róża
tytuł oryginału: Qing cheng zhi lian 
tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 296

Agota Kristof - Analfabetka

Agota Kristof - Analfabetka


Po raz pierwszy usłyszałam o "Analfabetce" w niemieckim programie o książkach "Lesen!", w którym prowadząca Elke Heidenreich (pisarka, dziennikarka, krytyczka literacka) przedstawiała książki, które warto znać. Niekoniecznie nowości wydawnicze czy bestsellery, bo te i tak zostaną zauważone. Heidenreich skupiała się często na powieściach zapomnianych lub nowo wydanych ale takich, które w zalewie nowej prozy mogą przejść po prostu nie zauważone. I taką książką była według niej "Analfabetka" - niepozorna, cieniutka powiastka nikomu nieznanej węgierskiej pisarki. I dobrze, że Heidenreich o niej wspomniała, bo w przeciwnym razie nie poznałabym kolejnej obok "Madame" Antoniego Libery, niezwykle ważnej dla mnie pozycji mówiącej o języku. Języku ojczystym, języku obcym - języku jako narzędziu do porozumiewania się, wyrażania siebie ale i jako ważnym źródle tożsamości narodowej.

Agota Kristof urodziła się w 1935r. na Węgrzech. Jej ojciec był nauczycielem w małej wiosce, w której mieszkała i właśnie dzięki wizytom na lekcjach u taty nauczyła się płynnie czytać już w wieku 4 lat. Jej dzieciństwo i wczesna młodość przypadają na trudny okres w dziejach Węgier - najpierw druga wojna światowa, potem indoktrynacja pierwszych lat komunizmu. Już od najmłodszych lat pociągało ją słowo pisane; wiedziała, że kiedyś zostanie pisarką. Zaczęła pisać po przeniesieniu się do internatu, aby jak sama twierdzi "znieść ból rozstania".1 Żyjąc w trudnych warunkach, codziennie drżąc z zimna w nieogrzewanych pomieszczeniach i próbując zapomnieć o burczącym brzuchu, wypełnionym jedynie szklanką kawy i kromką chleba, zaczęła przelewać na papier swój żal, smutek, cierpienie i tęsknotę za utraconymi szczęśliwymi latami dzieciństwa u boku rodziców i dwóch braci. Razem z koleżankami ze szkoły podejmuje też pierwsze próby wystawiania własnych skeczy kabaretowych i mini-przedstawień teatralnych. Jej życie zmienia się diametralnie kiedy w 1956r., po wybuchu zamieszek, nielegalnie przekracza wraz z mężem i czteromiesięczną córeczką granicę węgiersko-austriacką, by jako uchodźcy szukać azylu najpierw w Austrii, potem w Szwajcarii. Po latach autorka stwierdza, że to właśnie w momencie przekraczania geograficznej granicy nastąpiła chwila, "w której straciłam dużą część własnego życia. [...] Przede wszystkim jednak tego dnia, pod koniec listopada 1956 roku, utraciłam na zawsze swoją przynależność narodową".2

I to właśnie w tym momencie przychodzi zrozumienie, o czym tak naprawdę pisze Agota Kristof a pisze o podstawowych funkcjach języka ojczystego oraz o małych radościach ale i trudnościach i zagrożeniach płynących z nauki języka obcego. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba przynależności, identyfikacji, tożsamości z pewną grupą ludzi czy też całym narodem, z jego kulturą i tradycjami. To poczucie przynależności kształtuje się w nas we wczesnym dzieciństwie i odbywa się niejako nieświadomie poprzez używanie tego samego języka, co wszyscy wokół. Bo to właśnie język opisuje świat, umożliwia myślenie, porozumiewanie się z innymi i możliwość wyrażania samego siebie. Pierwszy język, którego się uczymy a więc język ojczysty wpływa na nasz sposób myślenia, wyrażania emocji i przeżywania świata.

Najgorsza po przyjeździe do obcego kraju była 'pustynia towarzyska'. Niby w fabryce, gdzie autorka znalazła pracę było kilku Węgrów, to jednak rzadko z nimi rozmawiała a z innymi pracownikami (Szwajcarami) nie była w stanie się porozumieć, bo nie znała ich języka. Pod względem materialnym jej los na pewno się polepszył ale wewnętrznie, od strony czysto ludzkiej czuła się samotna i wyobcowana. Nie potrafiła rozmawiać po francusku, wokół siebie miała ludzi wychowanych w innym kręgu kulturowym, mówiących w innym języku - Agota Kristof czuła się przy nich wyobcowana, 'nieprzynależna', samotna, z oczywistych przyczyn nie mogąca utożsamić się ze wszystkimi wokoło.
"Materialnie powodzi nam się lepiej. Mamy dwa pokoje zamiast jednego. Nie brakuje węgla i jemy do syta. Ale w porównaniu z tym, co utraciliśmy, to wygórowana cena"3
Droga do integracji, czy też asymilacji jest zawsze trudna, a zaczyna się od języka. Po przyjeździe do Szwajcarii autorka, która nauczyła się płynnie czytać w wieku 4 lat, na powrót stała się analfabetką. Nie znała języka, nie była w stanie się z nikim porozumieć, nie potrafiła czytać w obcym języku. Zaczęła powoli uczyć się francuskiego, ale tylko w mowie. Koleżanki z pracy uczyły ją podstawowych słów i zwrotów. Dopiero w wieku 26 lat, po 5 latach pobytu w Szwajcarii, zapisała się na kursy uniwersyteckie dla obcokrajowców, żeby nauczyć się pisać i czytać po francusku. W "Analfabetce" żartuje po latach, że poszła do szkoły razem ze swoją pierwszą córką. Za kilka lat będzie miała jeszcze dwoje dzieci, z którymi będzie ćwiczyć czytanie, ortografię i gramatykę:
"Kiedy zapytają mnie o znaczenie jakiegoś słowa albo o jego pisownię, nigdy nie powiem 'nie wiem'. Powiem: 'sprawdzę'."4
Język francuski nie jest łatwy, ale Agota Kristof zdawała sobie sprawę, że jego opanowanie jest niezbędne do pełnej integracji w miejscu, które narzucił jej los. Potraktowała to jako wyzwanie i osiągnęła postawiony sobie cel. Wskazuje jednak też na pewien negatywny aspekt ciągłego obcowania z językiem nieojczystym:

"Mówię po francusku od ponad trzydziestu lat, piszę w tym języku od lat dwudziestu i wciąż jeszcze go nie znam. Nie mówię bezbłędnie, a kiedy piszę, muszę zaglądać do słowników. To dlatego również ten język nazywam wrogim. Jest jeszcze jeden powód, dla którego tak go nazywam, ważniejszy: ten język powoli zabija mój język ojczysty."5

Z czasem Kristof opanowała język francuski na tyle dobrze, że zaczęła w nim pisać. Jej sztuki teatralne czy słuchowiska radiowe cieszyły się popularnością, w końcu udało się wydać pierwszą powieść. Język zawsze odgrywał według niej bardzo ważną rolę, bo to przecież podstawowe narzędzie pisarza, środek komunikacji z czytelnikami.

"Wiem, że nigdy nie będę pisać tak jak pisarze, dla których francuski jest językiem ojczystym, ale będę pisać tak, jak potrafię, najlepiej jak potrafię."6

"Analfabetka" jest cieniutka książeczką, liczącą niespełna 50 stron tekstu a pomimo to widać w niej bardzo wyraźnie, że Agocie Kristof - świadomej swoich niedostatków językowych jak i niemożności wyrażania w języku francuskim pewnych niuansów, możliwych do wyrażenia tylko w język ojczystym - udało się to, co chyba każdy pisarz uważa za najważniejsze: znalazła nić porozumienia z czytelnikiem a w moim sercu dodatkowo poruszyła pewną bardzo wrażliwą strunę i sprawiła, że czytając ostatni rozdział popłynęła mi po policzku łza.

Jestem osobą dwujęzyczną i mimo iż nie posiadam za sobą tak trudnych doświadczeń jak autorka, to jednak jestem w stanie zrozumieć sytuacje, o których pisze. Od lat interesuje mnie język i jego wpływ na postrzeganie świata.

Książka jest napisana bardzo prostym językiem; zdania są krótkie, bez żadnych metafor czy innych stylistycznych ozdobników. I chyba w tym tkwi siła - język jest prosty ale ma ogromną siłę przebicia, jest niezwykle sugestywny i swoją oszczędnością bezbłędnie trafia we wrażliwość czytelnika.

Obok "Madame" Antoniego Libery, jest to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Uważam, że dla osób znajdujących się w podobnej sytuacji, co autorka ale także i dla wszystkich filologów jest to lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6


1 Agota Kristof, Analfabetka, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2005, str. 13

2 tamże, str. 33-34

3 tamże, str. 40

4 tamże, str. 49

5 tamże, str. 25
6 tamże, str. 49

autor: Agota Kristof
tytuł: Analfabetka
tytuł oryginału: L’ANALPHABÈTE 
tłumaczenie: Agnieszka Żuk
wydawnictwo: Noir Sur Blanc
liczba stron: 52
Stosik (pierwszo)majowy

Stosik (pierwszo)majowy

Dawno nie chwaliłam się nowymi zdobyczami, ale też i nie było czym - czekałam aż uzbiera się większa ilość książek a te przybywają mi głównie w Światowy Dzień Książki. Zgodnie z noworoczną obietnicą staram się mniej kupować, bo już nie mam gdzie trzymać tych wszystkich książek :-/ Cieszę się jednak, gdyż powolutku udaje mi się wprowadzać w życie moje inne postanowienie a mianowicie: mniej wypożyczać z biblioteki a więcej czytać swoich książek.

Na zdjęciu książki kupione i otrzymane w ostatnich 2-3 miesiącach. Część już przeczytałam i zrecenzowałam, inne jeszcze czekają na swoją kolej.

Lem i Siesicka zakupione do kolekcji (z Siesickiej brakuje mi do kompletu już tylko jednej pozycji! :)

Mary Renault to podobno jedna z lepszych pisarek zajmujących się powieścią historyczną a że po "Heliogabalu" ten gatunek coraz bardziej mnie interesuje, to pierwszą część trylogii o Aleksandrze też musiałam mieć.

Mervyn Peake zbiera same pochwały za "Gormenghast", zresztą już samo stwierdzenie, że to "mistrz makabrycznej opowieści i wędrowiec po ciemnych otchłaniach wyobraźni" w zupełności wystarczyło, by wzbudzić moje zaciekawienie. Nie wiem tylko czy dobrze robię zaczynając trylogię od drugiej części?

"Analfabetka" to króciutka autobiograficzna opowieść, o której usłyszałam kiedyś w pewnym programie o książkach; myślę że już niebawem możecie spodziewać się recenzji.

Zaś Libera to moje wielkie odkrycie ostatnich lat i nie wyobrażam sobie nie mieć na półce najważniejszej powieści mojego życia czyli "Madame". Denerwuje mnie tylko okładka, bo bardzo nie podoba mi się pani na niej widniejąca. Czy Wy też cierpicie na taką dziwną przypadłość jaką jest chęć posiadania książki w takim wydaniu, w jakim przeczytaliście ją po raz pierwszy? Ja czytałam "Madame" w innej szacie graficznej (granatowa okładka) i niestety tak mi się ona wbiła do głowy, że teraz mam problem z oswojeniem się z najnowszym wydaniem. Kupiłam je jednak, bo okazja aby zakupić nowiuteńką książkę (na dodatek tą najważniejsza, najukochańszą, najbardziej pożądaną i wytęsknioną) z - uwaga! - 60% rabatem trafia się raz na milion, więc będę musiała jakoś przeboleć ten bordowo-szary mankament ;-) "Godot i jego cień" czyli najnowsze dzieło Libery kupiłam również po gigantycznej obniżce (za niecałe 15zł!!!). O Beckecie (tak to się odmienia?) wiem tylko tyle, że jest noblistą i napisał "Czekając na Godota" - mam nadzieję jednak, że po przeczytaniu (kiedyś... nie wiem kiedy.... rany, ile zaległych tytułów czeka na półkach...) dowiem się więcej, bo Libera był jego wielkim miłośnikiem czego dowodem ma być właśnie ta książka - historia fascynacji Bekettem i osobisty hymn pochwalny na cześć tego irlandzkiego pisarza i dramaturga.

"Woodward", "Heliogabala" i "Szklankę na pająki" już zrecenzowałam. W planach na długi majowy weekend mam nadrabianie zaległości czytelniczych i recenzenckich, więc zmykam, by dalej czytać a Was zapraszam już niebawem po najnowsze recenzje!

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki


Z czym Wam się kojarzy Gdańsk? Z fontanną Neptuna? Stocznią gdańską i Solidarnością? Ulicą Długą i Złotą Bramą? Żurawiem? A może po prostu z morzem?

Dla mnie Gdańsk to Niemcy. Jako germanofilka kojarzę to miasto na północy Polski przede wszystkim jako tło powieści jednego z moich najukochańszych pisarzy Güntera Grassa. Uwielbiam powieści, gdzie w Danzigu żyją obok siebie Niemcy i Polacy, pamiętam jak będąc na studiach z wypiekami na twarzy pochłaniałam "Ester" Stefana Chwina.

W debiutanckiej powieści Barbary Piórkowskiej nie ma niestety ani jednego Niemca. Jest za to wszystko, co wymieniłam na wstępie, czyli pierwsze skojarzenia przeciętnego Polaka odnośnie Gdańska.

Główną bohaterką i jednocześnie narratorką powieści jest Aleksandra, urodzona w latach 70-tych malarka, która z perspektywy czasu krok po kroku opisuje nam swoje życie w rodzinnym mieście Gdańsku. Oczami małej Oli patrzymy na jej dzieciństwo spędzone najpierw w mieszkaniu dziadków, potem już tylko z rodzicami na nowo wybudowanym osiedlu z płyty, na jej próby najpierw zrozumienia a potem opisania świata poprzez barwy. Czytamy o szkolnych sukcesach i porażkach, o pierwszych miłościach, próbach wyróżnienia się z tłumu, pokazania swojej indywidualności poprzez strój, fryzurę. Ale jest to też powieść o dojrzewaniu do kobiecości i do wolności, do wewnętrznego spokoju, zgody na siebie i na świat.

Zwyczajne życie rodziny Oli toczy się na tle historycznych wydarzeń - czytając o codzienności przeciętnych obywateli obserwujemy jak rozwija się Gdańsk w czasach PRL-u, jak powstają nowe osiedla, jak wybucha stan wojenny i jak dochodzi do protestów w Stoczni Gdańskiej. Informacje te są jakby przemycane mimochodem, czytelnik musi niekiedy domyślać się, o jakie wydarzenie chodzi, gdyż całość opisywana jest przez dorastające dziecko, które nie rozumie jeszcze czym jest stan wojenny i jest jedynie niezadowolone, bo pewnej niedzieli zamiast "Teleranka" w telewizji nadano przemówienie gen. Jaruzelskiego.

Barbara Piórkowska
Narratorka z niezwykłą sympatią i miłością opowiada o swoich dziadkach i rodzicach, szczególnie o
dziadku, który jako jedyny wydawał się pamiętać o dokarmianiu i dbaniu o Olę kiedy była jeszcze niemowlęciem (matka wpadła w depresję poporodową i porozumiewała się ze światem zewnętrznym w sobie tylko znanym języku a ojciec jako marynarz rzadko bywał w domu). Ale występuje tu też towarzyszący Oli od urodzenia anioł Julek i tajemniczy S., który pojawia się zawsze w chwilach zwątpienia, strachu i smutku.

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, by opisać tę książkę, to słowo "sympatyczna". Bo taka ona właśnie jest, sympatyczna, ciepła, momentami zabawna, tak jak jej bohaterowie. Miło spędziłam z nimi czas, szkoda tylko że tak krótko trwał. 

Moja ocena: 4/6

autor: Barbara Piórkowska
tytuł: Szklanka na pająki

wydawnictwo: Nowy Świat
liczba stron: 167


Sceny dla dorosłych czyli sztuka kochania

Sceny dla dorosłych czyli sztuka kochania

Bardzo się cieszę, że już w dwa miesiące od mojego pierwszego spotkania z Katarzyną Skrzynecką trafiła się okazja, by ponownie ujrzeć ją na deskach teatru. :) Wczoraj w (moim ukochanym swoją drogą) teatrze im. Stefana Jaracza wystąpiła ona bowiem wraz z Piotrem Gąsowskim, Jakubem Przebindowskim oraz Anną Oberc w gościnnym spektaklu „Sceny dla dorosłych czyli sztuka kochania”. Jest to przedstawienie o charakterze rozrywkowym, komedia na którą składa się kilka scenek rodzajowych z udziałem przedstawicieli różnych grup społecznych, zawodów czy orientacji seksualnych.


Bo to jest spektakl o seksie. O naszych lękach i pragnieniach z nim związanych. Ale broń boże nic wulgarnego! Zarówno reżyser jak i aktorzy podeszli do tematu frywolnie, z odrobiną pikanterii ale przede wszystkim z ogromnym poczuciem humoru. I to jest najmocniejsza strona tego przedstawienia. Publiczność jest zapraszana do wspólnej zabawy, aktorzy zwracają się bezpośrednio do widzów z pytaniami lub próbują nawiązać z nimi krótką, niezobowiązującą pogawędkę. Poszczególne sceny przeplatane są piosenkami w wykonaniu aktorów, które jednak trochę nie pasowały mi do całości, gdyż są to utwory które określiłabym jako ‘mające ambicje do przekazania czegoś tekstem’ a charakter przedstawienia raczej na to nie wskazuje… Być może te muzyczne przerywniki miały za zadanie uświadomić widzom, że może to i jest komedia ale należy pamiętać o tym, że podjęty w niej temat wstydu, niezrozumienia, niedopasowania jest przecież bliski tak wielu z nas, mimo iż niechętnie się do tego przyznajemy i że jest to problem, z którym trzeba walczyć, że warto oswajać swoje własne ciało, być szczerym z partnerem, pokonać wstyd i rozmawiać otwarcie także na TE tematy.

Największe owacje zebrał na końcu Piotr Gąsowski, który muszę przyznać, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie jako aktor komediowy. W tej roli jest po prostu fantastyczny!!! Uświadomiłam sobie, że jest wielu aktorów, którzy nigdy nie są obsadzani w tzw. poważnych rolach, którym raczej nigdy nie będzie dane zagrać Hamleta i przez to są odbierani jako gorsi, mniej utalentowani aktorzy. Ja wczoraj wieczorem zrozumiałam, że robić z siebie błazna, to też jest ogromna sztuka. Wierzcie mi, że pan Piotr jest genialny w tym, co robi – w pierwszej scenie, w której gra niejakiego Ryszarda nie musiał nic mówić ani robić, wystarczyło, że wszedł na scenę a publiczność wyła ze śmiechu (i tu potwierdziło się też powiedzenie, że naprawdę wiele zależy od dobrego wejścia ;-)).


Katarzyna Skrzynecka jak zwykle zjawiskowo piękna, zmysłowa, ciepła i sympatyczna, Kuba Przebindowski wywarł na mnie neutralne wrażenie, natomiast w przypadku Anny Oberc drażniła mnie odrobinę dykcja (szczególnie podczas śpiewania – niestety przez kiepską dykcję nie byłam w stanie zrozumieć połowy śpiewanego tekstu). Ale ogóle wrażenia mam szalenie pozytywne.

Najbardziej podobała mi się scena z udziałem prezesa spółki zoo i prostytutki oraz rozmowa biznesmena ze znudzoną (i niewyżytą ;-)) małżonką. To były dwa momenty, kiedy aż popłakałam się ze śmiechu.

Muszę przyznać, że setnie się ubawiłam i myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że i reszta publiczności też. Na sali były osoby w różnym wieku, licealiści/studenci, 30- i 40-latkowie, ale i też osoby dużo starsze. I wierzcie mi, jak przyglądałam się ich twarzom podczas przerwy oraz już po zakończeniu spektaklu, to wszyscy mieli szeroki uśmiech na twarzy.


Poszłam na spektakl prosto z pracy, po bardzo ciężkim i wyczerpującym psychicznie dniu – i fantastycznie się zrelaksowałam. Nie jest to ambitne przedstawienie, które zmusza nas do przemyśleń czy wywołuje katharsis, ale jeśli macie ochotę na lekką komedię z dowcipnymi dialogami i udziałem publiczności w zabawie, to jak najbardziej polecam!!!
Ewa Nowacka - Heliogabal, wnuk Mezy

Ewa Nowacka - Heliogabal, wnuk Mezy


Byłam bardzo zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że Ewa Nowacka, którą kojarzę z powieściami dla młodzieży, fascynuje się historią starożytnego Rzymu i pisze także książki dla dorosłych. Będąc nastolatką czytałam dwie jej powieści: "As w rękawie" oraz "Miłość, psiakrew" - obie mi się wtedy podobały; były tak odmienne w swej treści i przede wszystkim 'kuluarach' że się tak wyrażę od ciepłych, rodzinnych historii mojej ukochanej Krystyny Siesickiej czy Małgorzaty Musierowicz. Bohaterowie Nowackiej to młodzież 'z problemami', często z tak zwanego 'marginesu społecznego', dobrze przedstawieni pod względem psychologicznym. Dlatego z ogromnym zaciekawieniem sięgnęłam po "Heliogabala" chcąc sprawdzić, czy podczas czytania tej powieści będą mi towarzyszyły podobne emocje jak te parę lat temu kiedy dawałam się porwać opowieściom Nowackiej.

I jestem zachwycona! "Heliogabala" czyta się z rosnącym zainteresowaniem; im bliżej końca tym szybciej przewraca się kartki, niecierpliwie czekając na informację, jak skończy się historia tego dziwnego, nieszczęśliwego człowieka.

Heliogabal to imię syryjskiego boga słońca, którym kazał się nazywać Varius Avitus Bassianus, cesarz rzymski w latach 218 - 222. Źródła historyczne podają, że był niezrównoważony psychicznie, zdziecinniały a jednocześnie okrutny. Objął władzę podstępem, o co zatroszczyła się jego babka Julia Meza, twierdząc, że Basjanus jest synem uwielbianego cesarza Karakalli i wnukiem Septymiusza Sewera (co nie było prawdą, ale Meza wykorzystała tu pewien skandal rodzinny sprzed wielu lat, kiedy to przyłapano jej uchodzącą za puszczalską córkę Soemiadę z kuzynem Karakallą w jednym łożu). Basjanus przez swoje problemy emocjonalne nie był w stanie rządzić państwem; za jego plecami praktycznie robiła to jego babka Julia Meza, kobieta niezwykle silna, inteligentna, sprytna i biegła w sprawach dotyczących polityki.

I wbrew pozorom to właśnie Julia Meza jest główną bohaterką tej powieści. Nie bez powodu w tytule pojawia się jej imię, jest wprawdzie zepchnięte na drugi plan, stoi tuż za Heliogabalem, ale doskonale odzwierciedla rolę babki w życiu Basjanusa a także i państwa, którym rządził - może i była na drugim planie ale w rzeczywistości to ona decydowała o losach cesarstwa rzymskiego. Historię Heliogabala poznajemy z ust samej Julii Mezy, to ona jest narratorką powieści. Mimo iż jej relacja powinna być przedstawiona z mocno subiektywnego punktu widzenia, Meza jest szczera aż do bólu wobec czytelnika. Przyznaje się do swoich błędów, otwarcie mówi o lękach. Wzbudziła moją ogromną sympatię, mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się osobą niezdolną do pokochania kogokolwiek (nawet własnych dzieci), dumną i skoncentrowaną wyłącznie na zaspokajaniu własnych ambicji.

A jaki obraz samego cesarza wyłania się z kart powieści? Widzimy Basjanusa praktycznie wyłącznie oczami jego babki, ale dzięki temu jesteśmy w stanie dostrzec wszystkie cechy wskazujące na chorobę. Heliogabal objął władzę w wieku 14 lat i dużo bardziej interesowały go przyjęcia przy basenie, uczty czy orgie. Był chłopcem wyjątkowo ociężałym, upartym i krnąbrnym, procesy myślowe przebiegały u niego wyjątkowo wolno. Miał skłonności homo- i transseksualne, bał się kobiet, wolał spędzać czas wśród mężczyzn przebierając się w damskie fatałaszki, nakładając makijaż i podkreślając biust (ze względu na otyłość spowodowaną najprawdopodobniej zaburzeniami hormonalnymi miał kobiece piersi). Za wyjątkowo dowcipne uważał wpuszczanie do komnat śpiących kolegów niedźwiedzi, urządzał konkursy z nagrodami dla tych, co zbiorą w jego pałacu jak najwięcej pajęczyn, na miasto wyjeżdżał rydwanem zaprzężonym w lwy. Nie zdawał sobie sprawy ani ze swojej śmieszności ani z powagi stanowiska, jakie obejmował w państwie.

Na uwagę zasługuje niewątpliwie konstrukcja powieści. Nowacka wmieszała bowiem w główny tekst
Ewa Nowacka, 2007r
powieści (czyli subiektywną relację Julii Mezy) oryginalne teksty dotyczące kilku cesarzy rzymskich przed objęciem władzy przez Basjanusa (większość z nich autorka sama przetłumaczyła z łaciny) oraz zapis rozmów autorki z lekarzami różnych specjalności (psycholog, psychiatra, endokrynolog) na temat choroby Basjanusa. O ile teksty historyczne bardzo moim zdaniem pasują do powieści, wzbogacając naszą wiedzę na temat ówczesnych wydarzeń w starożytnym Rzymie (a i trzeba dodać, że charakterystyczny dla łaciny szyk zdania z czasownikiem na końcu ma swój urok i miło się to czyta) o tyle rozmowy z lekarzami niepotrzebnie wybijają czytelnika z czasów starożytnych do współczesności. Niestety rozmowa z pedagogiem, psychologiem i psychiatrą jest moim zdaniem zupełnie nieciekawa i nie wnosi niczego szczególnego do charakterystyki Basjanusa. Poza tym specjaliści koncentrują się przede wszystkim na działaniach i badaniach jakie podjęliby teraz, czyli w XXI wieku, gdyby taki Basjanus zjawił się w ich gabinecie. Zupełnie inaczej podszedł do sprawy endokrynolog, którego wypowiedź czytałam z niemałym zainteresowaniem, gdyż wysnuł ciekawe teorie na temat choroby Basjanusa. Przyjemnie czytało się też wypowiedź anonimowej czytelniczki, która po przeczytaniu rękopisu (?) wyraziła swoją opinię o młodocianym cesarzu. Wydaje mi się, że lepiej zrobiłoby tej powieści, gdyby zapis rozmów z lekarzami został umieszczony na końcu, np. w formie posłowia.

Niemniej czytało mi się "Heliogabala" bardzo przyjemnie i nawet zachciało mi się wrócić do młodzieżowych powieści Ewy Nowackiej.

Moja ocena: 5/6 

autor: Ewa Nowacka
tytuł: Heliogabal, wnuk Mezy
wydawca: Nowy Świat  
liczba stron: 336

Opowiadania z Nowej Fantastyki nr 2/2010

Opowiadania z Nowej Fantastyki nr 2/2010

Choć lutowy numer "Nowej Fantastyki" poświęcony jest w głównej mierze fantastyce niemieckiej, znalazły się w niej trzy opowiadania polskich autorów.

Pierwsze z nich to "Siedem butelek perfum" Joanny Skalskiej, które niestety mocno rozczarowuje. Podobnie jak w przypadku "Mistrza porad", opowiadania Sebastiana Imielskiego z poprzedniego numeru, nie mamy tu do czynienia z fantastyką sensu stricte, tak właściwie to nie dostrzegam tu żadnych tego typu elementów. Chyba że uznać opisaną tu wizję postapokaliptyczną za takowy. Rzecz dzieje się w niewielkim, 60-tysięcznym miasteczku gdzieś w Polsce. Normalne życie mieszkańców zakłóca nagły wybuch zarazy - trudnej do zidentyfikowania choroby, wobec której lekarze są bezradni. Wokół miasta zostaje zbudowany wysoki mur zakończony drutem kolczastym, aby nikt z objętego kwarantanną rejonu nie wydostał się na zewnątrz. Na kolejnych stronach czytamy o coraz większej liczbie zgonów aż w końcu w całym miasteczku pozostaje garstka niezarażonych mieszkańców, którzy - aby przeżyć - muszą jak ludzie pierwotni walczyć o pożywienie i bronić swojego rewiru. Wszystko byłoby ładnie i piękne, gdyby nie całe multum absolutnie nielogicznych i niewiarygodnych elementów w konstrukcji świata przedstawionego. Helikoptery z "zewnątrz" zrzucają paczki z żywnością ot tak, gdzie popadnie a ludzie muszą o nie walczyć (teraz sobie wyobraźcie 5 tys. ludzi koczujących w jednym miejscu na taki zrzut - paranoja), mimo dużej umieralności na chorobę wywołującą owrzodzenie ciała w mieście nie ma żadnych szczurów czy insektów, które w normalnych warunkach zaraz by się przy takim gnijącym trupie pojawiły, szkoły i uczelnie normalnie funkcjonują a studenci są wręcz przeciwni rezygnacji z zajęć (taaa, już to widzę ;)). Takich przykładów jest jeszcze więcej a opowiadanie nie jest długie. No i tytuł - wzięty chyba z księżyca. Owszem, fraza ta pojawia się w pewnym momencie, kiedy bohater cytuje słowa pewnej piosenki ale co z tego, skoro ma ona niewiele wspólnego z treścią?

Kolejne opowiadanie "Pantomima starego niedołęgi" Jakuba Małeckiego także rozczarowuje i to niestety jeszcze bardziej niż proza Skalskiej. Mamy tu do czynienia z króciutkim opisem lęku pewnego starca przed śmiercią a właściwie przed dwoma osiedlowymi huliganami, z których to rąk ta śmierć ma nastąpić jako zemsta za haniebny czyn starca w przeszłości. Opowiadanie ma niewiele wspólnego z fantastyką i jest nudne jak flaki z olejem.

Zdecydowanie najlepszym opowiadaniem polskim w tym numerze jest "Ryza" Przemysława Gula. Krótko rzecz biorąc to historia udręki pewnego pisarza, który stracił wenę. Podoba mi się zarówno pomysł na połączenie świata literackiego z malarskim (autor jest z wykształcenia plastykiem/grafikiem) jak i język - żywy, soczysty, miejscami bardzo dowcipny. Czyta się to wyśmienicie, mimo iż mniej więcej od połowy można się domyśleć jak skończy się ta historia. Opowiadanie to zajęło trzecie miejsce w konkursie literackim Nowej Fantastyki.

Prozę niemiecką otwiera opowiadanie "Noware", w którym Uwe Post, z zawodu fizyk astronom i programista przedstawia postapokaliptyczną wizję Niemiec po zamachach terrorytycznych, w wyniku których nigdzie nie ma prądu, zerwane są także wszystkie linie telefoniczne, nie działa nic, co jest zależne od systemów komputerowych. "Noware" jest neologizmem stworzonym na bazie słów softare i hardware - kiedy upada system informatyczny sterujący całym państwem, upada także i społeczeństwo, nie ma już nic. Post ukazuje jak bardzo człowiek współczesny jest uzależniony od komputerów i jak łatwo można oddziałaywać na ludzi poprzez symulację komputerową. Wskazuje także na zagrożenia płynące z zasobów informatycznych. Opowiadanie to było nominowane w 2009r do Niemieckiej Nagrody Science-Fiction (Deutscher Science-Fiction Preis). Dla mnie - nic ciekawego.

Ciężko mi natomiast powiedzieć cokolwiek o "Paperdoll" Franka Hebbena. Trudno to w ogóle nazwać opowiadaniem, gdyż moim zdaniem to zaledwie dwustronicowa scenka rodzajowa o tym, jak gumowa sex-lalka ratuje życie pewnemu mężczyźnie w pożarze. Nawet ciężko wyłapać tu elemeny fantastyczne.

Ostatnim opowiadaniem w numerze lutowym jest "Interes jak każdy inny" Heidrun Jänchen. Główny bohater, Sigo, pracuje dla pewnej tajemniczej firmy, zawierającej kontrakt z innmi ludźmi polegający na kupowaniu ich ciał a po ich śmierci oddawaniu ich potrzebującym klientom. Czyta się to opowiadanie z pewną dozą niepokoju, gdyż opisywane w nim wydarzenia wcale nie są nierealne i niebezpiecznie ocierają się o to, co możemy już dziś usłyszeć w wiadomościach. To także opis walki człowieka zarabiającego poniżej średniej krajowej i zmuszonego walczyć o byt swój i uczącej się jeszcze córki, której opłaty za studia pożerają połowę zarobków ojca. Koniec tej historii jest do przewidzenia, ale czyta się to mimo wszystko z przyjemnością. W 2008r. Heidrun Jänchen została uhonorowana za "Interes jak każdy inny" nagrodą Kurda Laßwitza (Kurd-Laßwitz-Preis).

Amerykańskie Południe - podsumowanie wyzwania

Z powodu natłoku spraw zawodowych niestety nie udało mi się w 100% zrealizować mojego planu czytelniczego. Z trzech planowanych lektur przeczytałam tylko dwie - na "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg brakło już czasu.

W ramach wyzwania zrecenzowałam:

"Zabić drozda" Harper Lee

"Serce to samotny myśliwy" Carson McCullers

Jednakże tak jak deklarowałam na początku, koniec oficjalnego wyzwania nie oznacza końca wyzwania już tego tylko mojego, prywatnego. Literatura amerykańskiego południa na tyle mnie zaciekawiła, że w miarę możliwości będę nadal ją poznawać.

Mam nadzieję, że z drugim wyzwaniem (Nagrody Literackie) pójdzie mi lepiej, choć nie ukrywam, że mam teraz zbyt wiele spraw na głowie i czytanie książek idzie mi dużo wolniej niż zwykle. Sprawiłam sobie za to mały prezent jako nagrodę za jako takie radzenie sobie z nawałem pracy, ale o tym dopiero za jakiś czas, jak dojdzie do mnie paczka. Wkleję też wtedy mały wiosenny stosik :)
Carson McCullers - Serce to samotny myśliwy

Carson McCullers - Serce to samotny myśliwy


Po raz pierwszy zetknęłam się z tym tytułem będąc na studiach. Już nie pamiętam dokładnie w jakich okolicznościach usłyszałam o tej książce, ważne że tytuł skutecznie mnie przyciągnął. I nie będę ukrywać, że treść nieco mnie rozczarowała, bo spodziewałam się raczej dobrze podbudowanej psychologicznie powieści miłosnej a dostałam opowieść o kilku samotnych ludziach. Jeszcze te kilka lat temu oceniłabym tę książkę na czwórkę, bo mimo wszystko całkiem przyjemnie mi się ją czytało, a teraz wróciwszy do niej w ramach wyzwania czytelniczego "Amerykańskie Południe" tak bardzo mnie wynudziła, że ledwo doczytałam ją do końca.

W swojej najsłynniejszej powieści McCullers ukazuje fragment z życia pięciu ludzi w różnym wieku, o różnych zawodach i celach życiowych. Jest jednak coś, co ich łączy - samotność.

Najważniejszym, bo stanowiącym punkt odniesienia dla innych, bohaterem jest głuchoniemy John Singer. Przez 10 lat mieszkał wspólnie ze swoim (także głuchoniemym) przyjacielem Antonapoulusem, który jednak został umieszczony w zakładzie dla psychicznie chorych, co spowodowało, że Singer opuścił ich wspólne mieszkanie i przeniósł się do pensjonatu rodziny Kellych. Singer jest człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, nie ma innych przyjaciół oprócz Antonapoulosa, jednak najwyraźniej ma w sobie jakąś tajemniczą siłę, która przyciąga do niego ludzi. Inni osamotnieni bohaterowie lgną do niego, bo Singer ze swoim dobrodusznym spojrzeniem wydaje się rozumieć problemy i bolączki tych ludzi, o których ci opowiadają głuchoniememu. Poza tym, jako że nie mówi a więc i nie przerywa swoim rozmówcom, zapewne też ma wpływ na zaspokojenie próżności i chęci zwyczajnego wygadania się innych bohaterów a przytakując głową lub po prostu słuchając w milczeniu wysyła sygnał, że ci, którzy mówią, są zrozumiani. W rzeczywistości Singer nie rozumie ani problemów swoich "przyjaciół" ani tego, co oni w ogóle od niego chcą i w jakim celu przychodzą akurat do niego. Jego myśli zaprząta jedynie chory głuchoniemy przyjaciel, bez którego Singerowi trudno jest żyć.

Mick Kelly, której rodzina prowadzi pensjonat w mieście (i gdzie wynajmuje pokój John Singer) jest nastolatką ubierającą się jak chłopak i mimo młodego wieku palącą papierosy. Nie ma przyjaciół, na co dzień opiekuje się młodszym rodzeństwem ale spędza czas głównie w samotności rozmyślając o muzyce. Mick jest zafascynowana Mozartem i marzy o skonstruowaniu własnych skrzypiec. Nie potrafi zaprzyjaźnić się z kimś na dłużej, jej starania w tym kierunku (zorganizowanie balu dla kolegów ze szkoły) okazują się bezowocne. Z początku wydaje się, że uda jej się znaleźć nić porozumienia z nieco starszym Harrym Minowitzem, chłopcem żydowskiego pochodzenia, który opowiada jej o Hitlerze, jednak okazuje się mieć głowę zaprzątniętą zupełnie innymi problemami niż Mick.

Kolejnym bohaterem jest Biff Brannon, właściciel restauracji New York Café, gdzie Singer codziennie je obiad. Biff także wydaje się być samotny, nie potrafi porozumieć się z żoną, po wielu latach małżeństwa już nie ma między nimi tego wielkiego uczucia, co na początku a mimo to, po śmierci żony Biff czuje się jeszcze bardziej osamotniony. Najbardziej lubi spędzać czas za ladą obserwując swoich gości. Jest dosyć tajemniczą postacią, w sumie mało o nim wiemy. Podobnie jak Singer jest człowiekiem spokojnym i zdystansowanym. Jednak chciałby zbliżyć się do innych, co widzimy na przykładzie w jaki sposób myśli o Mick i Baby, małej córeczce swojej szwagierki - bardzo chciałby być ojcem dla tych dwóch dziewczynek.

Jednym z bardziej denerwujących mnie bohaterów jest Benedict Copeland, czarnoskóry lekarz próbujący uświadomić swoim pobratymcom, że ze względu na kolor ich skóry wcale nie są gorsi od białych. Nie są skazani na pracę w zawodach służących, pomywaczy, kucharzy itp., równie dobrze mogą się kształcić i osiągnąć coś w życiu. Copeland zawsze chciał, aby jego dzieci uzyskały dobre wykształcenie i pracowały potem w zaszczytnych zawodach, co się jednak z różnych powodów nie udało. Akcja powieści dzieje się w latach 30-tych XX wieku, kiedy to nie wszyscy biali chcieli jeszcze przyjąć do wiadomości, że czasy niewolnictwa dawno minęły i wszyscy ludzie bez względu na kolor skóry powinni mieć równe prawa. Widać to w scenie, w której dr Copeland przychodzi do sądu, by porozmawiać z białym sędzią a jeden ze strażników o rasistowskich poglądach najpierw wyśmiewa doktora a potem boleśnie go bije i wtrąca do więzienia za to, że jako 'czarnuch' poważył się pojawić w miejscu zarezerwowanym wyłącznie dla białych. Copeland jest wykształconym człowiekiem, nie mówi prostym językiem jak jego dzieci czy inni czarnoskórzy, mówi powoli i rozmyślnie stara się dobierać odpowiednie słowa. Jest inny niż reszta czarnoskórych mieszkańców i czuje się przez to wyalienowany, nawet jego własna rodzina nie ma ochoty utrzymywać z nim częstych kontaktów, gdyż wie, że każde spotkanie skończy się kłótnią bądź krytyką ich życiowych wyborów przez doktora.

Jednak najbardziej antypatyczną postacią jest według mnie Jake Blount, człowiek znikąd, który przybywa pewnego dnia do miasta i usiłuje uświadamiać klasę robotniczą poprzez wygłaszanie marksistowskich poglądów. Jest człowiekiem butnym, porywczym a jednocześnie ma bardzo niskie poczucie własnej wartości i ciągle ma wrażenie, że wszyscy wokoło się z niego śmieją. Większość czasu spędza w restauracji Biffa Brannona, gdzie siedzi przy stoliku razem z Singerem, tłumaczy mu swój plan rewolucji socjalistycznej i upija się niemalże do nieprzytomności. Jest skłonny do wszczynania bójek i nie raz odniosłam wrażenie, że jest niezrównoważony psychicznie.

Każda z tych postaci jest samotna i z różnych względów nie potrafi w pełni nawiązać kontaktu z innymi, gdyż za bardzo różni się w swoich poglądach, ambicjach, planach itp. od innych ludzi. Jednak każda z tych postaci stara się mimo wszystko ten kontakt nawiązać, głównie z Johnem Singerem, który wydaje się rozumieć wszystkich dookoła. Człowiek nie jest stworzony do samotności i zawsze będzie dążył do znalezienia kogoś, komu mógłby się zwierzyć ze swoich problemów i marzeń czy planów. Dlatego też wszyscy lgną do Singera, do którego mają niemalże boski stosunek - głuchoniemy wydaje im się być człowiekiem o niezwykłej mądrości, który zna odpowiedzi na wszelkie dręczące ich pytania.

Carson McCullers


Czemu mnie ta powieść tak wymęczyła? Po pierwsze praktycznie żaden z bohaterów nie wzbudził mojej sympatii. O ile Mick, Biff czy Singer są postaciami, co do których miałam stosunek obojętny, o tyle Jake'a Blounta i dr Copelanda nie mogłam znieść. Obaj antypatyczni, zadufani w sobie i myślący głównie o zaspokojeniu własnej potrzeby bycia wysłuchanym i zrozumianym (pomimo wyznawania poglądów służących dobru ogółu), przesadnie dumni, zachowujący się czasem jak psychicznie chorzy (Jake). Wcale nie było mi żal doktora Copelanda podczas sceny w sądzie (mimo iż to, co mu się przytrafiło było ewidentnie niesprawiedliwe) a kiedy Jake pod koniec powieści ucieka przed policją po bójce w wesołym miasteczku, miałam ochotę by go złapali.

Nie spodobał mi się też sposób, w jaki McCullers ukazała miejsce akcji. Jedyne, co wiemy, to to że akcja dzieje się w jakimś mieście na południu Stanów Zjednoczonych w latach 30-tych XX wieku. O mieście nie wiemy nic - czy jest duże czy małe, nie znamy nawet okolicy, w której mieszkają nasi bohaterowie. Lubię widzieć oczami wyobraźni teren, na którym rozgrywa się akcja, choćby miał on być ograniczony do dwóch ulic, jak np. w "Zabić drozda" Harper Lee. Tam wiedziałam dokładnie jak wygląda każdy dom w sąsiedztwie, tutaj miałam nikłe wyobrażenie o tym, co jest dookoła. Czytając o tym, jak bohaterowie przemieszczają się po mieście widziałam przed sobą jedynie asfaltową ulicę, wzdłuż której stoją kwadraty w bliżej nieokreślonym kolorze czyli domy. Dla mnie to stanowczo za mało.

Sama akcja powieści i problemy głównych bohaterów nie wzbudziły mojego zainteresowania.
Na plus zaliczam jednak dobrze zarysowane sylwetki bohaterów oraz ukazanie różnych rodzajów samotności. Carson McCullers napisała tę powieść w wieku 23 lat! Aż trudno uwierzyć, że w tak młodym wieku poczyniła już tak wnikliwe obserwacje i potrafiła odpowiednio przelać je na papier.

Moja ocena: 3/6

autor: Carson McCullers
tytuł: Serce to samotny myśliwy
tytuł oryginału: The heart is a lonely hunter 
tłumaczenie: Jadwiga Olędzka
wydawnictwo: Albatros 
liczba stron: 344
Jacek Tomasz Roczniak - Woodward

Jacek Tomasz Roczniak - Woodward


Jestem w kropce. Bo po raz pierwszy trafiłam na powieść, co do której mam bardzo ambiwalentne uczucia – z jednej strony moc wątpliwości a z drugiej niesamowita fascynacja opowiedzianą tu historią.

Kiedy trafiłam na tę powieść i zapoznałam się pokrótce z opisem fabuły, wiedziałam że MUSZĘ ją przeczytać. W latach 80-tych w londyńskim Hammersmith doszło do serii prób samobójczych dokonywanych przez nastolatków. Żadna z tych prób nie zakończyła się śmiercią, za to wszyscy niedoszli samobójcy zapadli w trwającą wiele lat śpiączkę. Dopiero po latach okazało się, że mimo iż nastolatkowie przebywali w innych szpitalach i wcześniej się nie znali, łączy ich postać pewnego starca, u którego wszyscy wynajmowali wcześniej willę. A ów starzec, Bober Banary, kontrolował za pomocą dziwnego leku i czytania na głos tajemniczych ksiąg (odpowiednio modulując głos jak w hipnozie) stan pacjentów w śpiączce, uniemożliwiając im wybudzenie. Banary’emu udało się ponoć dokonać przemieszczenia ich jaźni, tak że leżący w śpiączce młodociani pacjenci trafili do tzw. Krainy Pomylonego Dzieciństwa.

Nieprawdopodobne?

Też tak uważam, więc zaczęłam szperać w Internecie. I właśnie fakt, że nic nie znalazłam wzbudził moje podejrzenia. TAKA historia i dopiero nikomu nieznany Tomasz Roczniak wpada na jej trop i postanawia opisać wszystko, czego się dowiedział? Zarówno w książce, na blogu autora jak i na stronie powieści są zamieszczone zdjęcia dotyczące całej tej sprawy (głównie Maxa Woodwarda – chłopca, który jako pierwszy wybudził się ze śpiączki) oraz wszelkie wyjaśnienia i teorie związane z praktykami starca Banary’ego. Tylko dlaczego większość z tych zdjęć wygląda na pozowane a widniejący na nich ludzie wyglądają raczej jak pospolici mieszkańcy ciemnego grajdołka, gdzieś głęboko na polskiej prowincji, co to już po zaoraniu pola siadają pod monopolowym i „filozofują”? I skąd znikomy opór londyńskiej policji przed udostępnieniem policyjnych skryptów ze sprawy do celów pisarskich (a co się z tym wiąże – komercyjnych)?

Ja zaczęłam mieć wątpliwości czy ta historia naprawdę miała miejsce, czy też Roczniak, który jest nomen omen absolwentem psychologii klinicznej na UŁ wymyślił ją sobie tudzież przerobił podobną historię na własne potrzeby i zrobił z tego książkę a wszystkie zdjęcia, rysunki itp. dodał aby uwiarygodnić swą opowieść i dodać jej kryminalnego smaczku…

Przyznam szczerze, że mam mętlik w głowie, choć skłaniam się ku wersji, że ta seria prób samobójczych zakończonych wieloletnią śpiączką rzeczywiście miała kiedyś miejsce i że istniała osoba, która dokonała przesunięcia jaźni tych dzieci w śpiączce. Nie wykluczam, że być może źle szukam i dlatego nie potrafię nic na ten temat znaleźć.

Sama fabuła powieści też jednak wywołała u mnie serię pytań i wątpliwości, gdyż po pierwsze nie tego się spodziewałam przeczytawszy opis w Internecie a po drugie to, co opisuje Roczniak wydaje się być nielogiczne i nieprawdopodobne. Kiedy sięgałam po książkę spodziewałam się sfabularyzowanej wersji wydarzeń quasi autentycznych, tzn. przede wszystkim dokładnego opisu przebiegu badań nad dziwnym przypadkiem tych nastolatków, tymczasem dostałam powieść na poły fantastyczną, która całą tą niby autentyczną historię czyni absolutnie niewiarygodną. Takim czynnikiem zaburzającym tę wiarygodność jest przede wszystkim sposób, w jaki powieściowy Banary wchodzi w posiadanie księgi Holdorium. Dostaje on ją mianowicie od … tajemniczego pół człowieka – pół kruka a wszelkie wskazówki w równie zagadkowym języku dostarczane są mu niejako z zaświatów. W ogóle postać Bobera Banary’ego jest mało wiarygodna – wielokrotnie musi on w powieści albo dźwigać spore ciężary, albo szybko przed czymś/kimś uciekać albo podciągać się na rękach by dostać się przez wąski otwór w suficie do pomieszczenia tam się znajdującego, co przy początkowych opisach złej kondycji fizycznej starca wydaje się być wręcz śmieszne.

Mało wiarygodny jest też brak podejrzliwości u rodzin, którym Banary wynajmuje willę. Aby móc w niej zamieszkać rodzice musieli przesłać starcowi kilkanaście zdjęć swoich dzieci oraz wypełnić szczegółową ankietę. Czy naprawdę nikomu z dorosłych nie wydało się to podejrzane? I skąd w środku Anglii, w angielskiej rodzinie na wigilijnym stole stoją… potrawy z Polski rodem?

Również nagła przemiana Maxa z nieszczęśliwego chłopaka w bluzgającego chłystka a potem w zakochanego romantyka mówiącego metaforami wydaje mi się trochę nielogiczna. Denerwujące są opisy miłości padające z ust Maxa:

„Tęsknota jest jak para nieśmiertelnych koni, które na polu miłości muszą zaorać ukochanie. By miłość mogła puszczać pąki i kwitnąć na wiosnę miłości.” [1]

Ciężko przebrnąć też przez nadzwyczaj dokładne opisy tworzenia utworów muzycznych. Nie sądzę abym naprawdę musiała czytać o tych wszystkich riffach, appregiach i dżekach. Podziwiam szeroką wiedzę autora w tym zakresie, ale czytelnik naprawdę nie musi znać tych wszystkich szczegółów. W ogóle wydaje mi się, że można by było tę powieść skrócić przynajmniej o 1/3, bo jest zdecydowanie za długa. Są sceny, które ciągną się niemalże bez końca i nic nie wnoszą do akcji a przez to tylko nużą czytelnika, który zaczyna przeskakiwać kolejne akapity w poszukiwaniu ciekawszych momentów.

Skąd więc całkiem wysoka ocena końcowa? Bo mi się ta historia mimo wszystko bardzo podobała. Już pal licho moje wątpliwości – bez względu na to, czy jest to historia autentyczna czy nie, udało się autorowi wprowadzić mnie w stan niemalże podgorączkowy, kiedy to z wypiekami na twarzy czytałam stronę poświęconą powieści a potem samą książkę, którą mimo wad czytało mi się dobrze. Dużym plusem są starania Roczniaka do naświetlenia sytuacji nastolatków wychowywanych w patologicznych rodzinach i przede wszystkim do uświadomienia czytelnikom, jak tragiczne w skutkach może być życie w dysfunkcyjnej rodzinie. Przebywanie w tajemniczej Krainie ma zaś na celu uświadomienie nastolatkom ich potrzeb, tego kim są i czego chcą.

Udany debiut.

Moja ocena: 4/6

[1] Jacek Tomasz Roczniak, Woodward. Prawdziwa historia Maxa Woodwarda, Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2010, str. 192

autor: Jacek Tomasz Roczniak
tytuł: Woodward
wydawnictwo: Nowy Świat
liczba stron: 718

Harper Lee - Zabić drozda

Harper Lee - Zabić drozda


Pamiętam jak pierwszy raz zetknęłam się z tym tytułem - byłam wtedy w siódmej lub ósmej klasie szkoły podstawowej i jedna z nauczycielek pożyczyła mi tę książkę abym ją przeczytała do olimpiady z języka polskiego. Ani tytuł ani okładka z ptaszkiem nie wzbudziły mojego zainteresowania a że w tym wieku ma się fiu bździu w głowie i czyta się raczej powiastki dla młodzieży o miłości, to olałam Harper Lee i olimpiadę i zajęłam się dalej tym, co mnie wtedy bardziej interesowało. I z perspektywy czasu cieszę się, że nie przeczytałam wtedy tej książki, bo obawiam się, że zajęta bzdurnymi myślami mogłabym jej nie zrozumieć a przez to i nie docenić.Tytuł jednak zapamiętałam i kiedy natknęłam się na niego będąc już na studiach postanowiłam dowiedzieć się, co też takiego ciekawego przegapiłam będąc w wieku cielęcym. Jak się potem okazało, "Zabić drozda" stało się jedną z najważniejszych powieści mojego życia.

Po raz drugi sięgnęłam po nią w ramach wyzwania czytelniczego Amerykańskie Południe i utwierdziłam się w przekonaniu, że "Zabić drozda" nadal mnie zachwyca ale że i ja z wiekiem dojrzewam do pełnego rozumienia pewnych spraw i chyba staję się coraz wrażliwsza na niesprawiedliwość i ludzkie cierpienie, bo w kilku miejscach uroniłam sporo łez.

Powieść podzielona jest na dwie części. W pierwszej autorka zapoznaje nas z miejscem akcji oraz bohaterami. Narratorką jest dziewięcioletnia Jean Louise, zwana Smykiem, która wraz ze swoim o 4 lata starszym bratem Jeremym (Jemem) oraz przyjeżdżającym co lato na wakacje do Maycomb kolegą Dillem spędza czas na wspólnych dziecięcych zabawach. Szczególnie intersuje tę trójkę los Arthura Radley'a, który od prawie 20 lat nie wychodzi z domu. Dziecięca fantazja (napędzana plotkami w mieście) podpowiada im niestworzone rzeczy o "Dzikim Radley'u", który to według ich mniemania wymordował pół swojej rodziny i krąży nocą po osiedlu szukając nowych ofiar. Dzieci próbują różnymi sposobami wywabić "Dzikiego" z domu, by móc go wreszcie zobaczyć. To jednak nie jest najważniejszy wątek w tej powieści.

Niepostrzeżenie autorka daje tu i ówdzie do zrozumienia, że Alabama lat 30-tych nadal jest stanem, gdzie czarni traktowani są jako ludzie drugiej kategorii, praktycznie bez żadnych praw, o czym boleśnie przekonamy się w części drugiej. Tu mianowicie akcja krąży głównie wokół sprawy czarnoskórego Toma Robinsona oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. A adwokatem Toma jest Atticus Finch, ojciec Smyka i Jema.

Atticus jest jednym z moich ukochanych bohaterów literackich, człowiekiem (mimo iż fikcyjnym) godnym naśladowania, którego podziwiam za mądrość, odwagę i niezwykły szacunek dla każdej istoty na ziemi. Jest to człowiek, który nie powtarza ślepo słów, myśli czy czynów innych ludzi i który swoim zachowaniem na co dzień udowadnia, że w każdej sytuacji, choćby takiej bez wyjścia, kiedy wiemy, że i tak jesteśmy na straconej pozycji, należy kierować się własnym rozumem i sumieniem.

"[...] ale ja zanim będę mógł żyć w zgodzie z innymi ludźmi, przede wszystkim muszę żyć w zgodzie z sobą samym. Jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka." [1]

Dlatego też Atticus podejmuje się obrony Robinsona, mimo iż wie, że czarnoskóry mężczyzna, choć jest niewinny, w rasistowskim mieście i tak nie ma najmniejszych szans na uniknięcie kary. Finch nie rozróżnia ludzi na białych i czarnych, dla niego każdy człowiek bez względu na kolor skóry zasługuje na szacunek. Gdyby - mimo świadomości, że z góry skazany jest na przegraną - nie podjął się obrony Toma, miałby do końca życia wyrzuty sumienia, że nie uczynił wszystkiego, by pomóc temu człowiekowi - "[...] cóż, kiedy w zamkniętych sądach ludzkich serc nie miał żadnych argumentów." [2] Nie wszyscy mieszkańcy Maycomb popierają działania Fincha, są tacy, którzy mają mu za złe, że broni "czarnucha". Mała Smyk nie rozumie całej tej sytuacji i wpada w gniew, gdy inne dzieci w szkole przezywają jej ojca "murzyńskim pachołkiem". Któregoś dnia zwierza się Atticusowi ze swych rozterek:

"- Więc ty na pewno nie jesteś murzyński pachołek, prawda?
- Jestem. Robię, co mogę, żeby służyć wszystkim. Czasem mi ciężko... Dziecino, wcale nie obrażają takie wyzwiska, chociaż temu, kto je rzuca, wydają się najgorszą obelgą. Dowodzą tylko ubóstwa umysłowego osób, które nimi szafują i bynajmniej nie ranią." [3]
I chyba to właśnie jest najgorsze w rasizmie - że wpaja się go ludziom już od najmłodszych lat. Smyk opowiada wszystkie zdarzenia ze swej dziecięcej perspektywy i nie jest przez to w stanie trzeźwo ocenić, czy to co słyszy jest z moralnego punktu widzenia poprawne czy nie. W swej dziecięcej naiwności może jedynie powtarzać to, co słyszy wokół, bo skoro wszyscy są zdania, że czarni są gorszym gatunkiem człowieka, to z pewnością rzeczywiście tak jest.

Harper Lee
Ale to się odnosi nie tylko do rasizmu ale do odmienności w ogóle. "Zabić drozda" to moim zdaniem
powieść właśnie o odmienności, o tym, że należy ją szanować zamiast z niej szydzić i powtarzać bezmyślnie słowa innych. Nie należy się jej bać, bo przy bliższym poznaniu okazuje się, że to "inne" jest w gruncie rzeczy takie samo jak my. Doskonale odzwierciedla to zarówno wątek "Dzikiego Radley'a", który w rzeczywistości okazuje się nie być szalonym mordercą a człowiekiem, którego mierzi małomiasteczkowe zakłamanie (które dobrze widać na podwieczorku zorganizowanym przez ciocię Alexandrę w domu Atticusa, kiedy to wychodzi na jaw fałszywa moralność najpobożniejszych osób w mieście) i który wolał zamknąć się w swoim własnym świecie niż musieć w tym zakłamaniu uczestniczyć, jak i sprawa Toma Robinsona, który jest dobrym i uczynnym człowiekiem, mimo iż to przecież tylko "czarnuch". Chciał zwyczajnie pomóc białej kobiecie, bo zdawał sobie sprawę z jej ciężkiej sytuacji życiowej a mimo to został przez nią i jej ojca oskarżony o czyn, którego się nie dopuścił i dopuścić nie mógł. To biały człowiek - wyższa rasa panów - okazał się tu być gorszy. Szacunek dla inności drugiego człowieka widać też choćby w takiej niepozornej scenie kiedy Smyk głośno wyraża swe zdziwienie zachowaniem zaproszonego przez nią ubogiego kolegi szkolnego, który podczas obiadu polewa ziemniaki sosem z melasy. Ostro reaguje na to Calpurnia, czarnoskóra gosposia, która pracuje u Finchów wiele lat i praktycznie wychowała Smyka i Jema (matka zmarła gdy Smyk była malutkim dzieckiem) i która tłumaczy Smykowi, że Walter jest jej gościem i choćby chciał jeść obrus ze stołu należy mu na to pozwolić, bo to że u niego w domu panują inne zwyczaje, nie oznacza, że należy z tego powodu z niego szydzić. Także bliższy kontakt z Dolfusem Raymondem, miasteczkowym pijaczyną sprawia, że dzieci przekonują się, że plotki o tym człowieku nie do końca są prawdą a sposób bycia jaki sobie obrał ma swój głębszy sens.

Ale jest to też powieść o utracie dzieciństwa. O tym, że czas beztroskich zabaw w ogrodzie czy na werandzie w pewnym momencie się skończy i czy tego chcemy czy nie będziemy musieli stawić czoło światu dorosłych i zmierzyć się z jego problemami. Takim zetknięciem ze światem dorosłych jest dla trzech małych bohaterów właśnie sprawa o gwałt.

Nie bez znaczenia jest tytuł powieści. Jego wyjaśnienie autorka podaje nam w scenie, w której Jem dostaje w prezencie wiatrówkę. Atticus ostrzega go wtedy:

"Strzelaj więc sobie, ile chcesz, do sójek, jeżeli ci nie za trudno je trafić, tylko pamiętaj, że grzechem jest zabić drozda" [4]

Dokładniej tłumaczy to sąsiadka Finchów, pani Maudie:

"Drozdy nic nam nie czynią poza tym, że radują nas swoim śpiewem. Nie niszczą ogrodów, nie gnieżdżą się w szopach na kukurydzę, nie robią żadnej szkody, tylko śpiewają dla nas z głębi swoich ptasich serduszek. Dlatego właśnie grzechem jest zabić drozda." [5]
Takimi drozdami są w tej powieści Arthur Radley oraz Tom Robinson - dobrzy i nie czyniący nikomu krzywdy ludzie, którzy zostają zabici (tu w rozumieniu: skrzywdzeni) przez bezmyślne działania ludzi. Psychika młodego Arthura została stłamszona przez surowego i okrutnego ojca, ale pomimo ogromu cierpień "Dziki Radley" pozostał w głębi duszy dobrym człowiekiem: to on zostawiał w dziupli w drzewie małe prezenty dla Smyka i Jema, to on okrył małą Jean Louise kocem podczas pożaru domu pani Maudie, to wreszcie on uratował dzieci przed Bobem Ewellem. Tom Robinson nigdy nie odważyłby się zgwałcić kobiety, wiedział w jak trudnej sytuacji jest Mayella Ewell i chciał jej jedynie pomóc w pewnych pracach domowych (np. rąbanie drewna), bo wiedział, że jej wiecznie zapijaczony ojciec tego nie zrobi. W swej dobroci chciał jej jedynie ulżyć w ciężkiej pracy a odpłacono mu za to wyrokiem śmierci.

Jest to jedna z najbardziej wartościowych powieści, z jakimi się spotkałam w życiu, uczy szacunku do drugiego człowieka, bez względu na kolor jego skóry, pochodzenie czy życiowe wybory. Zrozumiała to w końcu i mała Smyk, która w rozmowie z bratem stwierdziła:

"Nie Jem. Myślę, że jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie." [6]
Warto o tym pamiętać.

Nie przegapcie tej książki.

Moja ocena: 6/6

[1] Harper Lee, Zabić drozda, Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1979, str. 134
[2] tamże, str. 295
[3] tamże, str. 139
[4] tamże, str. 115
[5] tamże, str. 115
[6] tamże, str. 279

autor: Harper Lee
tytuł: Zabić drozda
tytuł oryginału To kill a mockingbird
tłumaczenie: Zofia Kierszys 
wydawca: Książka i Wiedza
liczba stron: 389

Sztuka kochania czyli serdeczne porachunki

Sztuka kochania czyli serdeczne porachunki

Wczoraj, czyli w Walentynki, w dużej sali kinowej Łódzkiego Domu Kultury miał miejsce kameralny spektakl muzyczny z udziałem Katarzyny Skrzyneckiej i Dariusza Kordka pt. "Sztuka kochania czyli serdeczne porachunki" (reż. Jan Szurmiej). Ten króciutki, bo trwający nieco ponad godzinę spektakl przedstawia jeden wieczór z życia pewnej pary - Ewy i Tomka. A wieczór jest szczególny, bo to ich dziesiąta rocznica ślubu. Skłania to bohaterów do wspomnień - jak się poznali, jak Tomek o mały włos nie spóźnił się na własny ślub, o początkowych trudnościach finansowych, o małej kawalerce z karaluchami, o drugiej kobiecie... Po krótkich dialogach wprowadzających w sytuację następuje piosenka (do słów Jadwigi Has i muzyki m.in. Seweryna Krajewskiego). Bohaterowie podsumowują razem spędzone lata i na nowo uczą się... sztuki kochania (ale nie tej cielesnej ;))



Poszłam na to przedstawienie tylko i wyłącznie ze względu na Kasię Skrzynecką. Uwielbiam ją jako wokalistkę i jako człowieka - cenię jej pogodę ducha, ogromne poczucie humoru, wewnętrzne ciepło i serdeczność. Nigdy nie było mi dane zobaczyć jej na żywo, więc kiedy nadarzyła się okazja, by ją nie tyle zobaczyć, co i posłuchać, skorzystałam bez namysłu. Udało mi się zdobyć bilet w pierwszym rzędzie a miejsce miałam wyjątkowo korzystne - siedziałam dokładnie tam, gdzie aktorzy co chwila podchodzili na brzeg sceny i przystawali/siadali/kucali/klękali. Miałam ich dosłownie na wyciągnięcie ręki. A Panią Kasię udało mi się zobaczyć jeszcze przed samym spektaklem - akurat jak oddawałam płaszcz do szatni, Skrzynecka wyszła na moment z sali, gdzie trwały ostatnie próby dźwięku, szukając czegoś/kogoś. Zdziwiłam się, że jest tak niewielka :) To niesamowite uczucie widzieć swego idola dosłownie dwa metry od siebie, móc się mu przyjrzeć z bliska, wymienić spojrzenie czy uśmiech.

Co mogę powiedzieć o samym przedstawieniu? Podobało mi się, choć nie jest to spektakl, który wbija w fotel. Mówi prostym językiem o codziennych małżeńskich sprawach, o radościach i smutkach, chwilach nadziei i rozczarowania. Autorka libretta, pani Jadwiga Has tak mówi o przesłaniu płynącym z jej tekstów: "Chciałabym, abyśmy w dzisiejszych nerwowych, zaginionych dniach nie zgubili miłości, zatrzymali się na chwilę i być może zastanowili nad tym, co w życiu i partnerstwie dwojga ludzi jest najważniejsze. Pamiętajmy o miłości i nie uciekajmy od wydarzeń, które niesie ona w sobie - to moje skromne przesłanie do widzów. Będę szczęśliwa, jeżeli w naszym spektaklu odnajdą Państwo, być może, cząstkę własnego życia". Ja taką cząstkę znalazłam. I mimo iż niby jest to ot taki sobie zwykły spektakl o zwykłych sprawach, to na końcu poryczałam się jak głupia. Bo właśnie końcówka przedstawienia jest moim zdaniem najlepsza (z piękną piosenką "A my płyniemy").


Wszystkie piosenki były wykonywane na żywo, aktorzy nie śpiewali z playbacku. Oboje mają niezwykłe poczucie rytmu - żebyście widzieli Kaśkę tańczącą sambę!!! Oj jestem pewna, że niejednemu facetowi na widowni stanęło wtedy serce (i nie tylko ;-)) Darek Kordek wokalnie znacznie lepiej wypada na żywo niż na płycie, jego głos jest bardziej ekspresyjny i taki hm... brakuje mi odpowiedniego słowa - niewygładzony? Skrzynecka jest rewelacyjna zarówno na płytach jak i na żywo - choć akurat w jej przypadku mogę być nieobiektywna ;-) Był nawet jeden bis.

Podsumowując: podobało mi się. Nie napiszę, że jest to spektakl, który koniecznie trzeba obejrzeć, bo tak nie jest. Ale jeśli chcecie miło spędzić godzinkę czasu słuchając piosenek o mądrych tekstach, to się wybierzcie. Spektakl jest grany gościennie w wielu miastach Polski (w roli Ewy występują zamiennie Katarzyna Skrzynecka i Olga Bończyk).

TUTAJ zdjęcia ze spektaklu (z Olgą Bończyk jako Ewą)
TUTAJ fragment spektaklu (także z O.Bończyk - akurat uważam, że Skrzynecka odegrała tę scenę dużo dużo lepiej, bardziej ekspresyjnie)
TUTAJ można posłuchać piosenek ze spektaklu (w folderze POLSKIE -> Bonczyk Olga -> Sztuka kochania)
Trzy razy "A" czyli Kreativ Blogger Award

Trzy razy "A" czyli Kreativ Blogger Award


Zostałam wyróżniona przez Anię, Annę i Arię wirtualną nagrodą Kreativ Blogger, za którą chciałabym z całego serca podziękować. Miło jest wiedzieć, że ktoś docenia moje wysiłki w tworzeniu sympatycznego miejsca w sieci, gdzie niektórzy lubią od czas do czasu zajrzeć i czerpać stąd inspiracje. Dziękuję! :)

Zgodnie z zasadami powinnam teraz wytypować 7 blogów, które według mnie zasługują na to miano. Cenię wszystkich autorów blogów, na które zaglądam - jest ich bardzo dużo (więcej niż mam w blogowych zakładkach - często dodaję różne adresy do ulubionych w komputerze a zapominam dopisać je tutaj), wskażę jednak tylko trzy - te najbardziej inspirujące, pobudzające do myślenia, wzbogacające moją wiedzę o całe multum interesujących rzeczy. A oto nominowane osoby:

Ninedin - Bardzo cenię sobie ludzi z pasją a ta wylewa się z jej notek wręcz hektolitrami. I nieważne czy autorka pisze o fantastyce, angielskim romantyzmie, literaturze greckiej, arabskiej poezji andaluzyjskiej, filmie czy interpretuje słowa piosenki swego ulubionego zespołu - robi to w ciekawy sposób, pełen erudycji, momentami trochę naukowy (ale nie nudny!!!) i sprawia, że jak zahipntyzowana chłonę każde jej słowo. Zazdroszczę studentom UJ takiego wykładowcy ;) Przeczytałam ten blog od deski do deski i z niecierpliwością czekam na każdy nowy wpis.

Padma - Pozostajemy w kręgu akademickim, jednak zmieniamy kierunek studiów ;) (Tak, lubię środowisko akademickie i mam do niego ogromny sentyment). Miasto Książek jest dla mnie źródłem niewyczerpanej wiedzy o literaturze i kulturze angielskiej. Czuć, że autorka fascynuje się epoką wiktoriańską a dzięki interesującym notkom udaje jej się przenieść część tej pasji na czytelnika.

Chihiro - To również jeden z blogów, który przeczytałam niemalże od deski do deski, zafascynowana tematyką wpisów. Autorka nie skupia się na jednej dziedzinie, pisze o literaturze, muzyce, podróżach i życiu w ogóle. Jest dla mnie źródłem inspiracji muzyczno-książkowych oraz źródłem wiedzy o dalekim świecie.

P.S. Miałam ostatnio mały zastój w czytaniu, stąd znikoma ilość recenzji książek w ostatnich dniach. Od przyszłego tygodnia powinno się to zmienić :) A już jutro relacja ze spektaklu muzycznego z udziałem Katarzyny Skrzyneckiej i Dariusza Kordka, na który wybieram się dziś wieczorem :)
Mistrzowie nie umierają - "Nine - Dziewięć"

Mistrzowie nie umierają - "Nine - Dziewięć"


Miałam na tym blogu pisać tylko o książkach i wydarzeniach związanych z literaturą, ale jestem świeżo po obejrzeniu filmu "Nine - Dziewięć", który wywołał we mnie lawinę emocji i chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami.

Jeżeli jeszcze go nie widzieliście, bo uważacie, że z filmu z obsadą z samych gwiazd i gwiazdek Hollywoodu o ponętnych ciałkach niekoniecznie musi wyniknąć coś dobrego (a już na pewno nic głębokiego) a fakt, że twórcy filmu inspirowali się słynnym "Osiem i pół" Federica Felliniego, jednego z najwybitniejszych reżyserów wszech czasów skłania Was ku opinii, że na pewno wyjdzie z tego wielki gniot, to jesteście w błędzie.
Ostatni raz tak bardzo dałam się porwać emocjom oglądając "Upiora w operze" w reż. Joela Schumachera. Jestem osobą mocno reagującą na muzykę połączoną z odpowiednim obrazem, ale niestety rzadko kiedy coś oddziałuje na mnie tak silnie, bo albo muzyka nie taka albo obraz mi nie pasuje. W przypadku "Nine" chłonęłam nie tylko dźwięki i obrazy ale przede wszystkim opowiedzianą w nim historię Guido - włoskiego reżysera (w tej roli bardzo, bardzo dobry Daniel Day-Lewis), który popadł w niemoc twórczą i nie potrafi stworzyć nowego, oczekiwanego przez wszystkich filmu. I podobnie jak jego imiennik w arcydziele Felliniego, otaczają go kobiety jego życia - matka, przyjaciółka, kochanka, muza, żona... A całość prowadzi do wielkiego finału (z bardzo symboliczną i bardzo wzruszającą ostatnią sceną) - manifestacji nie tyle triumfu życia co wielkości człowieka.

Myślę, że wielbiciele filmów Felliniego będą i tą produkcją zachwyceni i nie stwierdzą z niesmakiem, że to profanacja arcydzieł mistrza. Ja wyraźnie czułam tam ducha nieżyjącego włoskiego reżysera i jestem zdania, że Rob Marshall kręcąc "Nine" inspirował się nie tylko "Osiem i pół" ale całą twórczością Felliniego i chciał poprzez swój obraz oddać hołd wielkiemu człowiekowi kina. Ale nie tylko jemu - bo "Nine" to też wielki hymn na cześć kobiet, kobiet wcielających się w życiu w różne role - wyrozumiałej matki, ognistej kochanki, wiernej żony, eterycznej muzy czy służącej dobrą radą przyjaciółki. Kobiet, bez których mężczyzna byłby nikim.

Jest to film wywołujący skrajne emocje - od śmiechu i radosnej euforii po zadumę i wzruszenie. Większość aktorów mówi po angielsku z mocnym włoskim akcentem, co sprawiało, że z mojej twarzy nie znikał ironiczny uśmieszek - mój szef jest Włochem, więc znam dobrze zarówno akcent jak i tą pokręconą włoską mentalność ;-). Zresztą zamierzam mu ten film polecić, bo zawiera receptę na wszystkie jego problemy - "lie for Italia!" (co mój szef zresztą już od dawna praktykuje... ;-))
Natomiast niezwykle wzruszają sceny ze zmarłą matką Guida (w tej roli Sophia Loren), w szczególności scena, w której Guido załamuje się i na wpół zgięty płacze i mówi do matki (której postać wyobraża sobie przed sobą), że już nie wie co ma robić.

Bardzo ale to bardzo podobało mi się idealne dopasowanie piosenek i tła/obrazu/choreografii do charakteru i roli poszczególnych kobiet. Żona Luisa (Marion Cotillard) śpiewa dramatyczny utwór o niekochanej, zdradzanej żonie, która kiedyś miała głowę pełną marzeń a teraz zgorzkniała czekając na wiecznie nieobecnego i zajętego własnymi myślami męża. Kochanka Carla (Penelope Cruz) prezentuje się w mocno erotycznym utworze skierowanym do obiektu swej miłości, muza Claudia (Nicole Kidman) wyśpiewuje Guido swe smutne wyznanie w jakże symbolicznej scenie przy fontannie (kto oglądał "La dolce vita" wie o co chodzi), prostytutka Saraghina (Fergie) kusi nas w ognistym utworze na wzór cygański, dziennikarka Vogue'a Stephanie (Kate Hudson) porywa w radosnej piosence o Guido i cinema italiano (cały czas chodzi mi ten utwór po głowie) wyśpiewanej jak przystało na pracownicę działu mody na wybiegu dla modelek a przyjaciółka Liliane (Judy Dench) pokazuje w zabawnej rewiowej piosence, że warto zawsze czerpać radość z życia i poprzez swą pracę uszczęśliwiać innych. Muzyka jest naprawdę świetna. Akurat traf chciał, że po wyjściu z kina skierowałam swe kroki do Empiku, by coś tam zakupić a podchodząc już do kasy zauważyłam na blacie wśród innych produktów z oferty specjalnej soundtrack z "Nine"! Nie mogłam nie kupić!

Zachęcam Was do wybrania się do kin. Naprawdę warto.


tytuł: Nine - Dziewięć
reżyseria: Rob Marshall
scenariusz: Anthony Minghella, Michael Tolkin
gatunek: Dramat, Musical
produkcja: USA, Włochy
premiera: 22 stycznia 2010 (Polska), 3 grudnia 2009 (świat) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger