Ostatnie nabytki w tym roku

Ostatnie nabytki w tym roku

Przez cały grudzień księgarnia wydawnictwa Zwierciadło oferowała większość swoich książek z 40% rabatem. Chętnie skorzystałam z promocji aby uzupełnić biblioteczkę o brakujące tomy cykli, pozycje ulubionych autorów czy po prostu interesujące mnie tytuły.



Jak się okazuje deal roku zrobiłam tuż przed jego zakończeniem: podczas wczorajszych zakupów w Biedronce upolowałam biografię Zofii Nałkowskiej za 9,99zł a cena okładkowa to 89,99zł! Od dawna mam w planach lekturę dzienników tej pisarki, więc biografia na pewno będzie interesującym poszerzeniem perspektywy interpretacyjnej.


Marta Kisiel - Dożywocie

Marta Kisiel - Dożywocie


Od kilku lat jest już niejako tradycją, że ostatnia przeczytana przeze mnie w danym roku książka staje się tą NAJ i wygrywa w moim osobistym plebiscycie na Książkę Roku. Nie inaczej będzie i tym razem, bo debiutancka powieść Marty Kisiel okazała się być absolutnie bezkonkurencyjna a dodam, że miałam w tym roku przyjemność czytać naprawdę sporo bardzo dobrych książek!

Kiedy wiecznie zabiegany pisarz Konrad Romańczuk otrzymuje w spadku dom razem z zamieszkującymi go dożywotnikami zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jakie pociągnie to konsekwencje. Wyobraża sobie miły domek w leśnej głuszy wraz z kilkoma nieszkodliwymi lokatorami, miejsce ciche, spokojne, gdzie wreszcie będzie mógł odpocząć od zgiełku miasta i skupić się na pisaniu. Na miejscu okazuje się, że Lichotka jest obskurnym i zapuszczonym domem z kiczowatą gotycką wieżyczką a lokatorzy to postaci dosyć… osobliwe. Jest karłowaty anioł Licho z włosami z celofanu i uczuleniem na pierze (także to we własnych skrzydłach), jest panicz Szczęsny – rozmiłowany w robótkach ręcznych i poezji upiór widmo po dwóch próbach samobójczych, typowy przedstawiciel idealnego bohatera okresu romantyzmu, dalej mamy Krakersa czyli urzędującego w kuchni pradawnego morskiego potwora Cthulhu, kotkę Zmorę i cztery Utopce rozrabiające w łazience. Istny dom wariatów! Tylko czy wiecznie znerwicowany Konrad da radę wytrzymać z nimi pod wspólnym dachem?

Nie wiem właściwie, co skłoniło mnie do sięgnięcia po tę wydaną po raz pierwszy 7 lat temu powieść. Na wielu blogach przewijało się nazwisko Ałtorki (zwanej tak przez swoich fanów), kilka tytułów z jej dorobku miałam oczywiście zanotowane w kajecie ale jakoś nigdy wcześniej nie było okazji, by któryś z nich zdobyć. Ale widać nadszedł w końcu ten moment i bardzo się cieszę, że mieszkańcy Lichotki trafili pod mój dach. Wysłuchałam audiobooka w (genialnej!!! ale o tym późnej) interpretacji Aleksandry Szwed.

Najtrudniej jest pisać o tym, co najbardziej zachwyca, więc nie wiem nawet od czego mam zacząć moje peany. Spróbujmy może najpierw pochylić się nad językiem. Marta Kisiel jest absolutną mistrzynią słownej żonglerki i ciętego dowcipu. Polonistyczne wykształcenie z całą pewnością było pomocne przy konstruowaniu stylu wypowiedzi niektórych bohaterów - mam tu na myśli przede wszystkim Szczęsnego, którego wywody brzmią jak żywcem wyjęte z romantycznych utworów martyrologicznych. Poza tym jest to powieść tak cudownie intertekstualna, że co i rusz kwiczałam z radości wyłapując kolejne tropy ze świata literatury i filmu.
Cała powieść skrzy się dowcipem (występuje komizm zarówno słowny jak i sytuacyjny) i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to jedna z najkomiczniejszych książek, jakie przeczytałam w życiu. Humor Ałtorki jest mi szalenie bliski, jest to dokładnie ten rodzaj żartu, który lubię. A komicznych scen tu nie brakuje, podczas słuchania audiobooka niemal cały czas miałam przyklejonego na twarzy banana a co kilka minut do oczu tryskały łzy ze śmiechu.

Historię mieszkańców Lichotki poznałam poprzez audiobooka w arcygenialnej interpretacji Aleksandry Szwed. Myślę, że w ogromnej mierze przyczyniła się ona do mojego zakochania w tej książce. Jeśli czytacie tego bloga od dawna, z pewnością wiecie, że nie przepadam za słuchaniem książek czytanych przez kobiety, z jakiegoś powodu preferuję męskie głosy. I przyznaję, że na początku ciężko było mi oswoić się z głosem pani Aleksandry, wybijał mnie z rytmu, nie pozwalał skupić się na słuchanej treści. Jednak już po kilku minutach na tyle przyzwyczaiłam się do stylu wypowiedzi i modulacji głosu, że już kompletnie nie potrafię wyobrazić sobie bohaterów mówiących inaczej niż w sposób zaproponowany przez młodą aktorkę.

ilustracje z najnowszego wydania

Moim absolutnym ulubieńcem jest panicz Szczęsny, z wielką niecierpliwością czekałam na sceny z jego udziałem a jak już się pojawił, to w przeważającej liczbie wypadków łzy śmiechu ciekły mi niemal ciurkiem po policzkach. Bardzo polubiłam także zgraję wesołych Utopców i wielce żałuję, że poświęcono im tak mało miejsca, zwłaszcza że scena, w której pojawiają się po raz pierwszy jest jedną z moich ulubionych.

Zawsze dziwiły mnie wyznania czytelników, którzy deklarowali czytanie ulubionej książki (albo całego cyklu, najczęściej Harrego Pottera) co roku w tym samym czasie (np. w wakacje, w święta Bożego Narodzenia itp.). Nie potrafiłam zrozumieć, co może być takiego w książce, żeby chcieć wracać do niej co roku. Teraz już wiem. Dzięki Marcie Kisiel i Aleksandrze Szwed ja także będę chciała spotykać się z moimi ulubionymi bohaterami co kilkanaście miesięcy i ładować serce i duszę pozytywną energią.

Zresztą, całkiem niedawno dowiedziałam się, że nie tylko poczucie humoru mam wspólne z Ałtorką ale i datę urodzenia! Nie powinno więc dziwić, że czuję do twórczości Marty Kisiel tak silne przyciąganie!

Jakich czas temu czytałam (a właściwie słuchałam) „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla, o której to jeden z recenzentów napisał kiedyś, że to najbardziej antydepresyjna książka świata. Ja od tej chwili też mam już swojego faworyta w tej kategorii - „Dożywocie” sprawiło mi taki ogrom czytelniczej euforii, że mogłabym kupić kilkadziesiąt egzemplarzy i rozdawać je rodzinie i znajomym jako najlepszy antydepresant, lek na wszelkie smutki i książkę, dzięki której aż chce się żyć.

MOJA KSIĄŻKA ROKU! ALLELUJA! 👼

Moja ocena: 6/6 

autor: Marta Kisiel
tytuł: Dożywocie 
czyta: Aleksandra Szwed

czas trwania: 11h 34min







autor: Marta Kisiel  
tytuł: Dożywocie  
wydawnictwo: Uroboros 
liczba stron: 416
Maria Zdybska - Wyspa Mgieł (cykl Krucze Serce #1)

Maria Zdybska - Wyspa Mgieł (cykl Krucze Serce #1)


Uwielbiam motyw morza w literaturze. Jest to żywioł, który pod względem artystycznym bardzo silnie na mnie oddziałuje, zarówno słowem (literatura) jak i obrazem (malarstwo). Kocham marynistyczne elementy w wystroju wnętrz oraz w garderobie. Czuję wszechogarniający spokój patrząc na obrazy przedstawiające sielskie plaże czy samotne półwyspy z latarniami morskimi.

Zaskakujące jest natomiast to, że w rzeczywistym życiu zdecydowanie preferuje góry. Ostatnia wizyta nad morzem (mniej więcej półtorej godziny spędzone na plaży w porze zachodu słońca) sprawiła, że wróciłam do domu ze stanem podgorączkowym. Dla ceniącego cisze introwertyka jak ja było tam za głośno i zbyt wietrznie.

Powieść Marii Zdybskiej to moje drugie spotkanie z wydawnictwem Genius Creations. Od razu napiszę, że bardzo udane a „Wyspa Mgieł” z całą pewnością trafi do pierwszej trójki najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku.

Lirrian jest sierotą, jako małe dziecko została uratowana z morskiej kipieli przez piratów. Nie pamięta swojej przeszłości, nic nie wie o swoim pochodzeniu. Jej przybrany ojciec, pirat Hego, zdaje sobie sprawę, że statek piracki nie jest odpowiednim miejscem na wychowanie młodej panny, dlatego też powierza Lirrian opiece Maeve, władczyni Ysborga, na której zamku dziewczyna dorasta u boku jej syna, księcia Caela. Od samego początku Maeve nie darzy dziewczyny sympatią, traktuje ją jak zło konieczne, bękarta, uboga sierotę bez ogłady i perspektyw na przyszłość. Kiedy pewnego dnia księżna Maeve pod wpływem klątwy zaczyna szybko tracić zdrowie i siły życiowe, opiekujący się nią tajemniczy medyk upatruje jedynego ratunku w świętej wodzie ze źródła bogini Zarii. Z miłości do Caela Lirrian decyduje się pomóc znienawidzonej opiekunce i wyruszyć w podroż do świątyni Zarii znajdującej się na Wyspie Mgieł, gdzie wstęp mają tylko kobiety. Jak się później okaże, Viorel i Maeve mają wspólny sekret związany z wyspą a Lirrian jest tylko pionkiem w ich podstępnej grze. Na dodatek podczas pełnej przygód podróżny dziewczyna zaczyna powoli zdawać sobie sprawę, że nie jest zwykłym człowiekiem… Bo niby czemu nie odstępuje jej na krok tajemniczy kruk, który mówi ludzkim językiem, drapieżna rusałka nie chce jej zabić czując dziwny niepokój w obecności Lirr a zabójczo przystojny i opryskliwy mag Raiden zaczyna porozumiewać się z nią poprzez… myśli? Kim tak naprawdę jest Lirrian i jaka przeszłość kryje się w mrokach jej niepamięci?


„Wyspa Mgieł” to opowieść fantasy spokojnie mogąca stawać w szranki z historiami zagranicznych autorów (i niedługo będzie mogła, bo jak niesie facebookowa wieść anglojęzyczna wersja czeka na premierę!). Mamy tutaj ciekawie skonstruowaną bohaterkę, której posunięcia są odpowiednio umotywowane psychologicznie. To nie jest żadna tam Mary Sue, uwieziona na zamku sierotka, która czeka na wybawienie. To charakterna dziewczyna wychowana na statku pirackim i w konsekwencji nieco nieokiełznana, niedająca sobie w kaszę dmuchać, zachowująca się w sposób podpatrzony u morskich rozbójników. Także jej zagubienie i brak umiejętności okazywania uczuć ma swoje korzenie w środowisko pirackim a wiec typowo męskim a jak wiadomo mężczyźni nie są skorzy do uzewnętrzniania tego, co tkwi głęboko w nich ukryte.

Świat przedstawiony jest spójny i logiczny, nie występują zaburzenia związków przyczynowo-skutkowych a motywacja zdarzeń i zachowań postaci jest ściśle powiązana z zasadami panującymi w wykreowanej rzeczywistości.

Na stronie wydawnictwa jest napisane, że w żyłach autorki zamiast krwi płynie morska woda. Coś musi być na rzeczy, bo Maria Zdybska jest mistrzynią w opisywaniu morskich krajobrazów. Czytając powieść wyraźnie słyszymy szum fal uderzających o brzeg, krzyk mew kołujących nad targiem w ysborskim porcie, czujemy powietrze przesycone zapachem morskiej soli i alg. A plastyczność języka sprawia, że pod powiekami poszczególne sceny przesuwają się niczym w filmie.

Główna bohaterka z miejsca zdobyła moja sympatie! Bardzo podoba mi się konstrukcja tej postaci, jej sposób myślenia, wysławiania się. Koniecznie muszę pochwalić w tym miejscu pomysł autorki na przekleństwa! Lirr klnie jak szewc, choć raczej powinnam powiedzieć jak rasowy pirat, bo wulgaryzmy są ściśle związane ze słownictwem marynistycznym (głównie mitycznymi stworami morskimi). Już za sam pomysł należą się wielkie brawa! Bardzo podoba mi się także pełne imię bohaterki, które brzmi Ellirianoi. Wprawdzie nie znoszę języka francuskiego ale laboga! tutaj brzmi niemal jak poezja.

Jeśli nie znacie jeszcze powieści Marii Zdybskiej, gorąco zachęcam do zmiany tego stanu rzeczy! „Wyspa Mgieł” jest absolutnie fantastyczna książką, napisaną ciekawym językiem, posiadająca trzymającą w napięciu fabułę i sympatyczną bohaterkę. Ja się zakochałam w tej historii po uszy i wprost nie mogę się doczekać drugiego tomu!

Moja ocena: 6/6

P.S. Piękna okładka! To ona przykuła moją uwagę i zachęciła do lektury!

autor: Maria Zdybska
tytuł: Wyspa Mgieł

cykl: Krucze Serce #1
wydawnictwo: Genius Creations
liczba stron: 476






Karl Ove Knausgard - Wiosna

Karl Ove Knausgard - Wiosna


Do trzech razy sztuka! Jak to mówią Niemcy "der Funke ist übersprungen" czyli wreszcie coś zaiskrzyło pomiędzy mną a panem Knausgardem. Lepiej późno niż wcale. Ku własnemu zaskoczeniu trzeci tom serii dedykowanej najmłodszej córce połknęłam w kilka dni i to bez nadmiernego 'jojczenia'.

Sporym zaskoczeniem była też dla mnie forma tego tomu - nie mamy tu już mianowicie do czynienia z prozatorskimi miniaturami skupionymi wokół konkretnego tematu ale z dłuższą formą prozatorską, rodzajem listu czy wspomnień kierowanych bezpośrednio do niedawno urodzonej córki. Dłuższa forma wychodzi temu utworowi zdecydowanie na dobre - zniknęła pseudofilozofia i silenie się na głębię.

Knausgard opisuje jeden dzień z życia swojej rodziny, wtrącając do swej opowieści liczne retrospekcje, które rozszerzają znaczeniowy horyzont zdarzeń. Opisy są momentami niebywale naturalistyczne, Knausgard potrafi bardzo szczegółowo opisywać nawet najbardziej prozaiczne czynności ("Napiąłem mięśnie brzucha i poczułem, jak kał przesuwa się przez ostatni odcinek jelit, w którym leżał i rósł jak kiełbasa wtłaczana do osłonki, i wydostaje się na zewnątrz przez odbyt."[1]), brak tu upiększania, rzeczy i czynności opisywane są takimi, jakie są. Podobnie nie istnieje dla autora wstyd czy potrzeba zatajenia czegokolwiek, szczerze pisze o chorobie swojej żony, jej stanach depresyjnych i swojej bezsilności. Ta absolutna szczerość sprawiała, że myślałam sobie czasem "co za porąbana rodzina". Ciekawe jest też spojrzenie na państwa skandynawskie pod kątem polityki rodzinnej i stosunku wobec dzieci, Knausgard niejednokrotnie wyraża swoje obawy co do wizyty ludzi z Urzędu Ochrony Praw Dziecka.

Najciekawsze były dla mnie fragmenty, w których Knausgard rozwodził się na tematy literackie (głównie Tołstoj i Turgeniew) oraz filmowe (Ingmar Bergman), zawsze mam potem ochotę sięgnąć po tytuły, o których była mowa.

Najbardziej jednak ujęło mnie zakończenie tego tomu, słowa skierowane bezpośrednio do najmłodszej córki, uświadamiające, że życie tworzą najprostsze, codzienne gesty i słowa, to w nich kryje się tajemnica szczęśliwego życia. Muszę wyznać, że w tym momencie aż mi się łezka zakręciła w oku.

Autorką ilustracji towarzyszącym w tym tomie jest skandynawska (a jakże!) malarka Anna Bjerger. Ze wszystkich dotychczasowych tomów ten rodzaj malarstwa odpowiada mi najbardziej, uważam też, że całkiem zgrabnie wpasowuje się ono w treść książki.

Ostatniego tomu "Lato" jeszcze nie mam, moja biblioteka nie posiada go jeszcze w swoich zbiorach ale czekam cierpliwie aż się pojawi. I mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje.

[1] Karl Ove Knausgard, Wiosna, Wydawnictwo Literackie 2016, str. 40

Moja ocena: 3,5/6

autor: Karl Ove Knausgard 
tytuł: Wiosna

tłumaczenie: Milena Skoczko
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 232


Sylvain Reynard - Raven (cykl florentyński #1)

Sylvain Reynard - Raven (cykl florentyński #1)


A myślałam, że wyrosłam już z powieści o wampirach! 😋

Niezbyt atrakcyjna fizycznie, poruszająca się o lasce Raven Wood zajmuje się renowacją starych obrazów w galerii Uffizi we Florencji. Pewnego wieczoru wracając z imprezy u znajomych jest świadkiem napadu na bezdomnego. Próbując interweniować, sama ściąga na siebie wściekłość napastników. W ostatniej chwili wyłania się z mroku tajemnicza postać, która bezwzględnie rozprawia się z bandziorami i ratuje Raven życie. Kiedy dziewczyna odzyskuje przytomność, okazuje się, że od felernego wieczoru minął ponad tydzień a ona sama uległa niewytłumaczalnej przemianie:  jest piękną i szczupłą kobietą a po jej ułomności nie został żaden ślad. W galerii Uffizi nikt jej nie rozpoznaje a na dodatek okazuje się, że jest główną podejrzaną w sprawie kradzieży kolekcji bezcennych ilustracji Boticellego. Raven postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w trakcie którego trafi w mroczne zakamarki Florencji, gdzie zetknie się z istotami, o których istnieniu nie miała do tej pory pojęcia. 

Jest wiele rzeczy, na które trzeba w tej powieści przymknąć oko i naprawdę warto to zrobić, bo otrzymamy w zamian fajne czytadło z ciekawą fabułą, plastycznymi opisami i mroczną scenerią a na dodatek będziemy mieli szansę pogłębić swoją wiedzę w temacie malarstwa Boticellego (ja pod wpływem lektury miałam przez jakiś czas "Wiosnę" ustawioną jako tło pulpitu)!

To, co mnie najbardziej ujęło w tej powieści to miejsce akcji. Florencja, starożytne miasto pełne zabytkowych kościołów, mostów, pałaców i innych budynków oświetlonych nocą przez uliczne latarnie. Galerie ze słynnymi na cały świat obrazami. Mroczne zaułki i podziemny, tajemniczy świat wampirów... Wszystko tak plastycznie opisane, że obrazy przesuwają się przed oczami jak w filmie.




Bardzo spodobała mi się także decyzja autora, aby główną bohaterką uczynić osobę niepełnosprawną i mało atrakcyjną fizycznie. Na początku powieści ulega ona wprawdzie przemianie ale jest to stan krótkotrwały, po jakimś czasie ciało Raven wraca do poprzedniej formy. Jaka to ulga móc wreszcie poczytać, że mężczyzna zakochuje się przede wszystkim w kobiecym umyśle ale pożąda też jej ciała ze względu na apetyczne krągłości, pełne piersi, mocne uda a nawet tak zwaną 'oponkę' na brzuchu!

Osoby uprzedzone do wampirów pragnę uspokoić, że nie ma tu cudnych Adonisów połyskujących w pełnym słońcu brokatem. Wampirom Reynarda znacznie bliżej do wersji Anne Rice niż Stephenie Meyer.  
 
I jeszcze jedna uwaga - to jest romans. I to ognisty, sporo tu scen ocierających się niemal o pornografię.

No cóż, zdaje się, że twórczość pana Reynard będzie takim moim małym 'guilty pleasure', oddechem po ciężkim dniu, kiedy nie mam siły ani ochoty na lekturę angażującą myślenie. Czeka już na mnie drugi tom cyklu, ale zatopię w nim zęby dopiero w styczniu, bo na razie kończę inne powieści 😁

P.S. Polskie okładki jak zwykle szkaradne i zniechęcające do sięgnięcia po lekturę! 😒

P.P.S. Przez lekturę przewija się postać profesora Gabriela Emmersona, bohatera poprzedniego cyklu powieściowego Reynarda. Koniecznie muszę nadrobić!

Moja ocena: 4,5/6

autor: Sylvain Reynard
tytuł: Raven
tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
wydawnictwo: Akurat
liczba stron: 512



Karolina i Maciej Szaciłło - Jedzenie, które leczy

Karolina i Maciej Szaciłło - Jedzenie, które leczy


Jesteśmy tym, co jemy – pokarmy, które przyjmujemy każdego dnia mają decydujący wpływ nie tylko na naszą energię życiową, wagę, stan skóry, włosów czy narządów wewnętrznych, ale również na kondycję naszego umysłu. To, jak wyglądamy i jak się czujemy jest w dużej mierze uzależnione od ‘paliwa’, które dostarczamy naszemu organizmowi. Z jakich produktów, ziół i przypraw powinniśmy więc komponować menu, aby mieć energię i cieszyć się zdrowiem?

Karolina i Maciej Szaciłło, specjaliści ds. zdrowego odżywiania i ekologicznego stylu życia z wieloletnim doświadczeniem, odwołują się w swojej książce do mądrości ajurwedy – czyli starożytnej hinduskiej medycyny, której zasady stosowane są w Indiach po dziś dzień. Charakterystyczne dla ajurwedy jest to, że podchodzi ona do zdrowia w sposób holistyczny. Skupia się na całym organizmie i pomaga przywrócić mu stan równowagi.

Autorzy nie są ekspertami w dziedzinie ajurwedy, zresztą sami wielokrotnie to podkreślają i powołują się często na wiedzę Roberta Svobody (którego książka „Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę” jest moim zdaniem jedną z najlepszych pozycji na rynku jeśli chodzi o tematykę ajurwedyjską). W książce państwa Szaciłłów znajdują się także ramki tekstowe „zdaniem konsultanta ajurwedyjskiego”, w których głos zabiera Przemek Wardejn, konsultant merytoryczny.



Po krótkim wstępie, w którym autorzy opisują swoją przygodę z ajurwedą, przechodzimy do rozdziałów poświęconych konkretnym doszom (typom urodzeniowym). Tutaj od razu wskażę na jeden minus – kiepski test na rozpoznanie doszy. W moim przypadku okazał się on mało precyzyjny i byłam zmuszona korzystać z innych źródeł do określenia swojej konstytucji. Następnie przechodzimy do rozdziałów poświęconych każdej z trzech dosz. Autorzy podają w nich przepisy na proste posiłki inspirowane kuchnią kliniki ajurwedyjskiej, w której przebywali. Trudno dostępne w Polsce składniki zastępują artykułami o podobnym działaniu dostępnymi w każdym sklepie czy na bazarku. Dla każdej doszy przedstawione jest menu na dwie odrębne pory roku (wiosna-lato oraz jesień-zima) składające się z propozycji na śniadania, obiady i kolacje. Oprócz tego znajdziemy tutaj wskazówki co dana dosza powinna jeść a czego unikać a także podpowiedzi jak skutecznie się relaksować i detoksyfikować organizm.


Książka jest pięknie wydana – począwszy od twardej oprawy w moich ulubionych odcieniach błękitu, przez miły w dotyku kredowy papier aż po zdjęcia gotowych potraw czy pojedynczych składników w stylistyce przywołującej na myśl Indie (ceramiczne i miedziane naczynia często we wzory orientalne).


Nie znoszę gotować, przygotowywanie jedzenia to dla mnie czynność wywołująca zniechęcenie i stany okołodepresyjne. Niech więc na korzyść „Jedzenia, które leczy” ma fakt, że to jedna z moich ulubionych książek kucharskich (nie ma ich wiele, można je policzyć na palcach jednej ręki), takich po które sięgam mając ochotę na coś prostego i przede wszystkim nie działającego na mój żołądek jak wybuch bomby atomowej.

Nie trzeba znać się na ajurwedzie aby móc sięgnąć po tę książkę. Nie jest ona także eksperckim poradnikiem w temacie, gdyż w warstwie merytorycznej koncentruje się głównie na podstawach wiedzy ajurwdyjskiej. Uważam, że jest to pozycja, która całkiem zgrabnie wprowadza w temat i inspiruje do dalszych, już o wiele głębszych poszukiwań.

Moja ocena: 5/6

autor: Karolina i Maciej Szaciłło
tytuł: Jedzenie, które leczy
wydawnictwo: Zwierciadło
liczba stron: 296


Bea Uusma - Ekspedycja. Historia mojej miłości

Bea Uusma - Ekspedycja. Historia mojej miłości


Być może nigdy o tym nie wspominałam ale prawdą jest, że fascynują mnie opowieści związane z podbojami okołobiegunowymi. Do tej pory jednak czerpałam wiedzę głównie z filmów dokumentalnych oraz artykułów prasowych (bądź internetowych). Dzieło Bei Uusmy jest moją pierwszą relacją z wyprawy na biegun północny w formie książkowej.

Pod koniec XIX wieku w Szwecji zorganizowano wyprawę polarną, której członkowie: Salomon August Andrée, Knut Frænkel i Nils Strindberg mieli zdobyć biegun północny dolatując na miejsce... balonem. Z dzisiejszej perspektywy pomysł ten wydaje się przerażający a jak się okazało balon nie był w 100% przygotowany do lotu i w konsekwencji osiadł na krze, jakieś 500km od miejsca startu. Uczestnicy wyprawy zostali postawieni przed koniecznością żmudnego marszu przez dalsze 800 km. Każdy z nich ciągnął za sobą sanie ważące ok. 200kg, załadowane zapasami żywności na 3 miesiące, bronią, amunicją, ciepłymi ubraniami ale i zupełnie zbędnymi rzeczami jak np. kilka tomów encyklopedii, spinacze, krawaty, jedwabne szaliki. Członkowie ekspedycji nigdy nie wrócili do domów.

Trzydzieści trzy lata po feralnym starcie balonu zupełnie przypadkiem odkryto resztki ostatniego obozowiska członków wyprawy Andreego na lodowcowej wyspie. O losach wyprawy można było przeczytać w dziennikach jej uczestników, znalezionych w obozowisku.
Przez niemal kolejne sto lat badacze, dziennikarze i lekarze próbowali rozwiązać zagadkę śmierci Andreego, Fraenkela i Strindberga. Co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie? Co spowodowało śmierć wszystkich członków ekspedycji? Nie brakowało im przecież ani ciepłych ubrań, ani pożywienia, mieli także spory zapas leków, amunicji oraz broń.

Dla Bei Uusmy rozwikłanie zagadki śmierci członków ekspedycji okazało się być życiowym celem. Przez 15 lat autorka zbierała dane na temat wyprawy, spędziła dziesiątki godzin w archiwach i bibliotekach, na własną rękę organizowała wyprawy na Wyspę Białą, gdzie odnaleziono ostatni obóz. Ukończyła nawet studia lekarskie, które miały jej ułatwić zrozumienie ewentualnych przyczyn śmierci od strony medycznej.

źródło: Wikipedia
Książka ta zaskoczyła mnie już w momencie, w którym wzięłam ją do ręki. Po pierwsze zaskoczył mnie jej format (175x240mm) - jest większa niż standardowe książki, wygląda bardziej jak album aniżeli standardowa powieść. I tutaj kolejna niespodzianka - spodziewałam się obszernej, naszpikowanej detalami relacji opisującej wyprawę od A do Z, mnóstwo tekstu z niewielką ilością zdjęć. Tymczasem otrzymałam coś zupełnie odwrotnego: mnóstwo zdjęć zrobionych przez autorkę, trochę oryginalnych zdjęć Strindberga oraz masę kolorowych obrazków i stron we wzorki. Tekst stanowi może jakieś 30% całości. W tym momencie wysoka cena publikacji (55zł) przestała mnie dziwić.

Wiele osób jest zachwyconych szatą graficzną tej książki. Trzeba przyznać, że jest wydana rzeczywiście bardzo starannie, z dużą ilością zdjęć i ilustracji, na dobrym jakościowo papierze. Oczy zdecydowanie się cieszą. Mój umysł niestety jest znacznie mniej zadowolony, bo treść okazała się być dla mnie nieco rozczarowująca.
Bea Uusma koncentruje się w swojej opowieści przede wszystkim na odtworzeniu przebiegu wyprawy po przymusowym lądowaniu balonu oraz na przyczynach śmierci członków ekspedycji. Z jednej strony to rozumiem, w końcu to było jej głównym celem, jednak zdecydowanie brakuje mi tutaj jakiegoś linearnego przebiegu tej historii od A do Z, zamiast tego autorka skacze z kwiatka na kwiatek rozrzucając po całej książce strzępki tych samych informacji. Forma przekazu zupełnie nie przypadła mi do gustu.
Poza tym jak na 15 lat badań i poszukiwań jest tutaj zdecydowanie za mało treści. Gdyby wyrzucić te wszystkie zapełniacze stron w postaci kolorowych wzorków, ilustracji, zdjęć i pojedynczych zdań z pamiętników (jedno zdanie zajmuje czasem całe dwie strony książki...), wyszłaby z tego cieniutka książeczka.
Na okładce napisano: "Wszystko w tej książce jest prawdą. Wszystko się wydarzyło. Oprócz tego, co napisano na stronach 275 i 276". Na tych stronach autorka przedstawiła swoją wersję przyczyn śmierci członków ekspedycji. Jest to wersja bardzo prawdopodobna i ja się z nią zgadzam w 100%. Zresztą niemal od samego początku podejrzewałam taki przebieg wypadków.

Nie żałuję przeczytania tej książki. Nie była może dokładnie tym, czego się spodziewałam ale i tak w dużym stopniu poszerzyła moją wiedzę.

Tutaj można przeczytać fragment książki oraz zobaczyć szatę graficzną: fragment w PDF

Moja ocena: 4/6

autor: Bea Uusma  
tytuł: Ekspedycja. Historia mojej miłości

tłumaczenie: Justyna Czechowska
wydawnictwo: Marginesy
liczba stron:
320
Agnieszka Lingas-Łoniewska - Łatwopalni

Agnieszka Lingas-Łoniewska - Łatwopalni


Już nie pamiętam na czyim blogu przeczytałam recenzję jednej z powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej ale zapamiętałam wtedy to nazwisko i polowałam na nie w bibliotece. Autorka musiała cieszyć się wtedy sporą popularnością, bo jej książki zawsze były wypożyczone. W końcu jednak udało mi się jedną z nich zdobyć - trafiło na "Łatwopalnych".

Do małego miasteczka na Dolnym Śląsku przyjeżdża Jarek Minc, mężczyzna mocno pokiereszowany przez życie. Pewien wypadek sprzed lat sprawił, że Jarek nie może zaznać spokoju, nie potrafi sobie wybaczyć i wciąż ucieka. Przez przypadek spotyka Monikę, nauczycielkę, której brakuje wiary w siebie i którą podobnie jak jej ulubioną bohaterkę literacką Joannę Stirling dusi małomiasteczkowy konwenans. To spotkanie naznaczy ich oboje - zrodzi się miłość, która będzie musiała stawić czoła wielu przeciwnościom. Tylko czy będzie w stanie?

No cóż... Bardzo narzekałam swego czasu na prozę pani Katarzyny Michalak i z wielką przykrością muszę odnotować, że Agnieszka Lingas-Łoniewska gra w tej samej lidze. Nie jest może AŻ tak źle ale na pewno jest ŹLE i to bardzo. Powieść napisana jest w mocno łzawym stylu z dużą ilością wykrzykników a jak dodamy do tego dialogi a la kiepski harlequin i pomysł na fabułę rodem z meksykańskiej telenoweli to otrzymujemy coś absolutnie ciężkostrawnego, zwłaszcza dla czytelnika myślącego. Książka zawiera także swój soundtrack, muzyczną playlistę z utworami przypisanymi do każdego z rozdziałów jako ich tło i dopełnienie. Pomysł ten wydał mi się potwornie kiczowaty.

Egzemplarz biblioteczny z autografem

Zresztą, czego ja tak właściwie mogłam oczekiwać? Już niektóre tytuły powieści pani Agnieszki powinny dać mi do myślenia ("Jesteś moja dzikusko", "Boys from Hell") a fakt, że autorka określa się jako #DilerkaEmocji spowodować dziki wrzask przerażenia i skierowanie mych kroków jak najdalej od bibliotecznej półki z jej twórczością...

W 2013 „Łatwopalni“ zostali wyróżnieni w plebiscycie portalu Granice.pl jako najlepsza książka na Jesień 2013. Nie wiem, jaką prozę lubią czytać osoby, które głosowały na tę pozycję ale najwidoczniej preferują literaturę głupiutką i przyprawiającą o jeszcze większą depresję (jakby jesienny spleen sam w sobie był za mało przygnębiający...). Zupełnie nie rozumiem tego wyboru, zwłaszcza że ja w smutne i ponure dni wolę sięgać po książki tętniące życiem i przypominające o pięknie świata (vide Lucy Maud Montgomery) zamiast jeszcze bardziej dołować się głupimi bohaterami i ich jeszcze głupszymi zachowaniami.

"Łatwopalni" są pierwszą częścią trylogii ale nie mam ochoty poznać dalszych losów jej bohaterów. W ogóle nie mam ochoty sięgać po pozostałe powieści z dorobku pani Lingas-Łoniewskiej. Wyjątek zrobię jedynie dla serii 'Szukaj mnie wśród lawendy', która interesowała mnie od momentu ukazania się na rynku. Choć po lekturze "Łatwopalnych" nie spodziewam się niczego dobrego...

Moja ocena: 1/6

autor: Agnieszka Lingas Łoniewska
tytuł: Łatwopalni
wydawnictwo: Filia
liczba stron: 276
Karl Ove Knausgard - Zima

Karl Ove Knausgard - Zima


Pisząc o pierwszej części cyklu Cztery Pory Roku wspomniałam, że wzięłam z biblioteki część drugą czyli "Zimę" ale nie wiedziałam, czy w ogóle ją przeczytam. Z kronikarskiego obowiązku melduję więc, że wewnętrzny przymus kończenia napoczętych serii zatriumfował i tak oto mocno wynudzona i wymęczona merytoryczną pustką prozatorskich miniatur Knausgarda przebrnęłam przez "Zimę".

Wszystko co zarzucałam "Jesieni", znajdziemy także i tutaj. Spostrzeżenia autora nadal są błahe i bez polotu, choć muszę przyznać, że w tym zbiorku znalazłam jeden ciekawy tekst zatytułowany "Zima", w którym Knausgard porównuje stagnację tej pory roku ze stanem osób z chorobą alkoholową. W całym zbiorze pojawia się także sporo odniesień do mitologii germańskiej, co przypomniało mi, że już od lat miałam w planach zagłębienie się w tym temacie.

Poza tym nuuuuda. Autorem ilustracji do tej części jest Lars Lerin, jednak i tym razem to nie moja bajka.

Wzięłam z biblioteki "Wiosnę" więc pewwnie będę brnąć dalej.

Moja ocena: 1/6

autor: Karl Ove Knausgard 
tytuł: Zima

tłumaczenie: Milena Skoczko
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 276

Simran Singh - Conversations with the Universe / Rozmowy z Wszechświatem

Simran Singh - Conversations with the Universe / Rozmowy z Wszechświatem


Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się budzić w nocy zawsze o tej samej godzinie, dostrzegać na mieście ciągle ten sam billboard albo zupełnie niespodziewanie odnaleźć jakiś ważny dla ciebie przedmiot z przeszłości? Czy zastanawiałeś się kiedyś nad sensem zdarzeń, nad znaczeniem symboli, zbiegów okoliczności czy snów, które pojawiają się w twoim życiu?

Wszechświat jest z tobą w nieustannym dialogu. Cały czas komunikuje się z tobą poprzez odwołanie się do zmysłów wzroku, słuchu, węchu. Stawia na twojej drodze liczby, zwierzęta, banery reklamowe, usterki w domu czy w samochodzie, konkretne zapachy czy dźwięki chcąc ci w ten sposób coś przekazać. Jest jak cichy przewodnik, doradca, który wciąż do ciebie mówi. Czy zechcesz go wysłuchać?

Książka napisana przez Simran Singh jest swego rodzaju przewodnikiem po symbolice języka, którym przemawia do nas Wszechświat. Na początku odpowiada na pytania, czy cokolwiek w życiu pojawia się przypadkiem, jak rozpoznać momenty zwrotne w życiu oraz dlaczego przydarza nam się to, co się przydarza i jak rozpoznać dary z każdej nawet najtrudniejszej sytuacji. Potem Singh przechodzi do omawiania poszczególnych elementów języka Wszechświata i tłumaczenia ich symboliki: od powtarzających się w naszym życiu liczb czy nazw, przez pory roku, zwierzęta, sny czy dopadające nas dolegliwości zdrowotne a nawet usterki w samochodzie czy mieszkaniu!

Okazuje się, że nic nie dzieje się przypadkiem, trzeba tylko chcieć zobaczyć i usłyszeć pojawiające się znaki. Autorka zachęca do obserwowania świata dookoła, do podejmowania prób zrozumienia jego sposobu komunikacji a przede wszystkim do zaufania jego symbolice i zrozumienia, że człowiek jest częścią Wszechświata, jest z nim Jednością, więc wszystko co pojawia się na naszej drodze życia, ma nam tylko pomóc w lepszym zrozumieniu sensu naszego jestestwa.

Czytałam książkę w oryginale i powiem szczerze, że o ile tematyka sama w sobie jest naprawdę ciekawa, to nie do końca przekonała mnie forma przekazu. Język, jakim posługuje się Simran Singh nie jest wprawdzie zbyt skomplikowany ale cechuje go bardzo duża ilość powtórzeń, mówienie w kółko o tym samym tylko w nieco innym ujęciu i spore dłużyzny. Wszystko to sprawiało, że czytanie ciągnęło się w nieskończoność a niektóre fragmenty wręcz omiatałam tylko wzrokiem, zirytowana bezcelowym 'laniem wody'. Uważam, że bez uszczerbku na treści można by skrócić tę książkę co najmniej o 1/3.

Mimo wszystko polecam tę pozycję osobom zainteresowanym rozwojem duchowym i ezoteryką, może ona być wstępem do wspaniałej przygody z życiem.
Po polsku książka ukazała się nakładem wydawnictwa Biały Wiatr.

Moja ocena: 3,5/6

autor: Simran Singh 
tytuł: Conversations with the Universe. How the world speaks to us.
wydawnictwo: Select Books 
liczba stron: 216 








autor: Simran Singh 
tytuł: Rozmowy z Wszechświatem 
tłumaczenie: Monika Kowalska
wydawnictwo: Biały Wiatr 
liczba stron: 304 
Ota Pavel - Śmierć pięknych saren (audiobook)

Ota Pavel - Śmierć pięknych saren (audiobook)



Robiąc niedawno porządek w starych gazetach trafiłam na recenzję jednej z książek Oty Pavla, w której recenzent zachwycał się najsłynniejszym utworem wyżej wymienionego czeskiego pisarza twierdząc, że to najbardziej antydepresyjna książka świata. Kupuje ją ponoć w ilościach hurtowych i rozdaje znajomym z różnych okazji. Uważa, że to książka, która potrafi zarazić radością czytania, dlatego też poleca ją tym, którzy za czytaniem nie przepadają.
Niemal natychmiast odpaliłam audiobooka.

"Śmierć pięknych saren" to zbiór autobiograficznych opowiadań, spisanych jako forma terapii po zdiagnozowaniu u autora zaburzeń psychicznych. Pavel wspomina swoje lata dzieciństwa i młodości, szczególny nacisk kładąc na postać ojca, handlarza sprzętem gospodarstwa domowego, wiecznie usiłującego zrobić interes życia.

Opowiadania nacechowane są często groteskowym humorem ale także melancholią, tęsknotą za minionymi latami.

Nie ujęła mnie ta proza. Owszem, bardzo miło się ją słuchało ale to absolutnie nie jest ten rodzaj literatury, który porusza ukryte struny w mym sercu. Nie polecałabym tej książki osobom nie lubiącym czytać. Nie uważam, że to najbardziej antydepresyjna proza świata. Wręcz przeciwnie, pozostawiła mnie z uczuciem smutku i przykrą refleksją, że to nie jest świat dla dobrych i poczciwych ludzi.

Moja ocena: 3,5/6

autor: Ota Pavel
tytuł: Śmierć pięknych saren 
wydawnictwo: Zakład Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych 
czyta: Ryszard Nadrowski 



Jesienne nowości w moim księgozbiorze

Jesienne nowości w moim księgozbiorze

Jednym z moich tegorocznych odkryć jeśli chodzi o wydawnictwa jest bydgoskie Genius Creations. Tak bardzo odpowiada mi tematyka ich książek, że postanowiłam przeczytać wszystko, co do tej pory wydali. Poza tym często mają naprawdę świetne promocje w swojej księgarni internetowej, czego efektem są zdjęcia poniżej:




Poznawanie oferty wydawnictwa zaczęłam od sympatycznego "Redlum" (recenzja), jestem w trakcie bardzo dobrej "Wyspy Mgieł" a w nowym roku mam nadzieję przeczytać przynajmniej połowę z wyżej pokazanych nabytków. I oczywiście powiększać swój księgozbiór o kolejne propozycje wydawnictwa!

Kolejne nabytki należą do kategorii 'egzotycznej'. Chciałabym w przyszłym roku mocniej skupić się na poznawaniu (na razie niestety tylko literacko) krajów z kontynentu azjatyckiego (szczególnie Bliskiego Wschodu). Ciągnie mnie ostatnio w te rejony, nawet przytargałam z biblioteki interesująco zapowiadającą się książkę na temat życia w Pakistanie.
Poza tym nadal zgłębiam temat Ajurwedy oraz Pięciu Przemian a pięknie wydaną książkę Karoliny i Macieja Szaciłłów będę wam wkrótce bardzo polecać!



Ostatni stosik to ogólnie rzecz biorąc fantastyka. Na wydanie w Polsce "Nibynocy" czekałam z wypiekami na policzkach. Zaczęłam ją czytać w pierwszym kwartale roku po angielsku i wpadłam w zachwyt ale postanowiłam odłożyć lekturę jak tylko doszła do mnie informacja o planowanym polskim tłumaczeniu. Polska premiera w okolicy moich imienin była doskonałym pretekstem do zrobienia sobie prezentu książkowego.
"Dożywocie" Marty Kisiel to kolejny zachwyt (słucham teraz audiobooka) ale na razie cicho sza, peany pochwalne będą w grudniowej recenzji.
Dwie pozostałe książki to łupy wygrzebane na wyprzedaży w hipermarkecie: "Kamienna ćma" do kolekcji (Uczta Wyobraźni) a Jay Kristoff wiadomo - po zachwycie Nibynocą stwierdziłam, że warto poznać i inne jego dzieła.


Coleen Hoover - November 9

Coleen Hoover - November 9


Tyle zawsze narzekam na prozę z gatunku young adult, że głupia, że kiepsko napisana, że bez większej merytorycznej wartości a tu proszę - w końcu trafiam na książkę, która naprawdę mi się podoba i do niewielu rzeczy tak właściwie mogę się przyczepić.

9. listopada życie Fallon zmieniło się o 180 stopni. To dzień, w którym ledwo uszła z życiem z pożaru w domu jej ojca, słynnego aktora. Blizny pokrywające niemal całą połowę ciała bohaterki przekreślają jej marzenia o karierze aktorskiej i utrudniają normalne relacje z rówieśnikami. Fallon wstydzi się tego, jak wygląda a całe zgorzknienie wylewa na ojca, którego wini za wypadek. W rocznicę wypadku, podczas kłótni z ojcem w restauracji niespodziewanie przysiada się do ich stolika nieznany chłopak. Ben wydaje się być oburzony tym, jak ojciec traktuje własną córkę i postanawia udawać chłopaka Fallon, aby dać jej ojcu prztyczka w nos. Między Fallon a Benem rodzi się dziwne uczucie, coś pomiędzy przyjaźnią a fascynacją. Ponieważ dziewczyna przeprowadza się na drugi koniec Stanów, oboje zawierają umowę, że będą się spotykać raz do roku 9.listopada a w pozostałe dni nie będą się ze sobą kontaktować. W tym momencie fabuła rozszczepia się i jest prowadzona dwutorowo: w rzeczywistości i w powieści, którą pisze Ben. Wątki splatają się ze sobą a im bliżej końca, tym coraz bardziej zszokowany czytelnik nie może uwierzyć, jak bardzo powiązane są losy tych dwojga.

Zacznę może od jedynego zarzutu, jaki mam wobec tej historii. Siła uczuć pomiędzy tym dwojgiem wydaje mi się mało prawdopodobna. Widzą się tylko raz w roku przez kilka godzin, w pozostałe dni nie kontaktują się ze sobą w żaden sposób, żyją własnym życiem, nie są parą sensu stricte, więc umawiają się z innymi a mimo to każdego 9.listopada wybucha między nimi wulkan miłości i pożądania (tak, sporo tu seksu). Jestem w stanie zrozumieć taką fascynację jako jednorazowy akt ale po dwóch, trzech latach siła takiego 'uczucia' powinna naturalnie opaść albo w ogóle zniknąć. Weźmy dla przykładu związki, w których jeden z partnerów wyjeżdża do pracy zagranicę. Wiecie dlaczego większość takich związków się rozpada? Bo brakuje stałego kontaktu - przede wszystkim fizycznego (nie mam tu na myśli wyłącznie seksu). On lub ona czuje się coraz bardziej samotny/a, uczucie do partnera po prostu gdzieś znika. Nie rozumiem więc tej ciągle żywej fascynacji pomiędzy Fallon a Benem.

Pomijając ten fakt, na który jestem skłonna przymknąć oko (w końcu to powieść dla starszych nastolatek i młodych studentek, które zazwyczaj są spragnione takich treści), powieść podobała mi się pod wieloma względami. Po pierwsze mamy tutaj bohaterkę, która nie jest pięknością a ciało w połowie pokryte bliznami czyni ją osobą niepewną siebie, zakompleksioną a przede wszystkim rezonującą z czytelniczkami, które mogą się z nią pod wieloma względami identyfikować (w końcu która młoda kobieta uważa się za nieskazitelnie piękną?).
Po drugie bardzo popieram w literaturze miłość pomiędzy nieidealnymi bohaterami. Wydaje mi się bardziej ludzka, prawdziwa. A sposób, w jaki Ben patrzy na ciało Fallon, w jaki ją dotyka i całuje ma szansę obudzić w wielu zakompleksionych dziewczynach nadzieję, że i one bez względu na to, jak wyglądają, zasługują na takie spojrzenia i taki dotyk.
A po trzecie to jest naprawdę dobrze napisana historia, z sensownymi dialogami (och, dialogi w większości powieści young adult to dla mnie horror), ciekawym pomysłem na fabułę oraz tajemnicą w tle. A pod koniec powieści, kiedy wychodzą na jaw pewne fakty, szczęka opada z wrażenia a na policzki wyskakuje rumieniec wywołany gorączkowym przerzucaniem stron i chłonięciem tekstu, byle dowiedzieć się jak to się wszystko skończy...

Tak, podobało mi się. Tak, chcę przeczytać więcej książek Collen Hoover.

Moja ocena: 5/6

autor: Coleen Hoover 
tytuł: November 9
tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
wydawnictwo: Otwarte 
liczba stron: 336
Katarzyna Rupiewicz - Redlum (audiobook)

Katarzyna Rupiewicz - Redlum (audiobook)


Wydawnictwo Genius Creations to moje ostatnie odkrycie literackie. Niemal wszystkie wydane przez nich książki zachęcają opisem fabuły do zanurzenia się w ich świecie, co też postanowiłam uczynić i na początek nabyłam 17 pozycji, które będą mi umilać jesienne i zimowe wieczory. W planach mam przeczytanie wszystkiego co wyszło ze stajni GC.

Na pierwszy ogień poszła debiutancka powieść Katarzyny Rupiewicz w formie audiobooka (zaczęłam słuchać jeszcze zanim zrobiłam zakupy w księgarni wydawnictwa).

Redlum to nazwa miasteczka otoczonego wielkim murem, wybudowanego aby uniemożliwić zamieszkującym miasto potworom wydostanie się poza jego granice. Żyją tu potwory najróżniejszej maści: wampiry, sukkuby, czarownice, tytani, dzieci Lilith, elfy, krasnoludy i co wam jeszcze wyobraźnia podpowie. Głównym bohaterem jest Słodki - istota niewiadomego pochodzenia (wraz z rozwojem wydarzeń będziemy odkrywać, kim tak naprawdę jest), która po usunięciu jej ze stanowiska dozorcy w szkole magii za nieuprawnione używanie zaklęć, trafia pod skrzydła miejscowego karczmarza. A jak głosi pewne stare porzekadło: 'najbardziej epickie przygody zawsze rozpoczynają się w karczmie' trafiamy w sam środek życia miasteczka i wraz ze Słodkim, który niebawem zostaje karczmarzem, uczestniczymy w mniej lub bardziej groźnych wydarzeniach. Każdy rozdział to nowa historia i nowy bohater na scenie a wszystko spięte jest postacią Słodkiego i tajemnic wokół jego osoby.
 
Moja przygoda z wydawnictwem Genius Creations zaczęła się naprawdę dobrze. "Redlum" to wciągająca opowieść łącząca strach i tajemnice z czarnym humorem a jak dodamy do tego oryginalne miejsce akcji oraz sympatycznych bohaterów, to otrzymamy naprawdę fajne czytadło (albo "słuchadło" jeśli tak jak ja wybierzecie formę audiobooka). Ale "Redlum" ma do zaoferowania coś więcej niż tylko czystą rozrywkę - to także opowieść o byciu odmieńcem, niechęci do tego, czego nie rozumiemy oraz o trudnej do przełknięcia prawdzie, że czasami potwory mają znaczniej bardziej ludzką twarz niżbyśmy chcieli przyznać a największymi potworami okazują się być ludzie.

Słuchanie audiobooka w interpretacji pana Wojciecha Masiaka to czysta przyjemność. Świetna barwa, dykcja i oczywiście interpretacja. 

P.S. Nie dotarłam wprawdzie do takiej informacji ale czytając tytuł powieści wspak doszłam do wniosku, że autorka musiała być chyba fanką serialu "Z archiwum X" 😉

Moja ocena: 4,5/6

autor: Katarzyna Rupiewicz
tytuł: Redlum
wydawnictwo: Genius Creations 
czas trwania: 8h20min



Karl Ove Knausgard - Jesień

Karl Ove Knausgard - Jesień


Kolejny autor, z którym mam problem.

Nie czytałam chwalonego cyklu "Moja walka" ale dobiegające zewsząd pozytywne opinie skłoniły mnie do wyciągnięcia jednoznacznego wniosku: to musi być mocna i wartościowa proza. Więc gdy trafiam na bibliotecznej półce na pierwszy tom nowej serii dedykowanej nienarodzonej jeszcze córce, biorę bez zastanowienia i jeszcze tego samego dnia zaczynam czytać. I pojawia się zonk.

"Jesień" to zbiór myśli - krótkich form prozatorskich - skierowanych do córki Knausgarda, mającej się narodzić za kilka miesięcy. Cel jest dwojaki: pokazać i wytłumaczyć dziecku świat, na którym się niedługo pojawi ale przede wszystkim ma to też być rodzaj autoterapii dla autora, uchwycenie drobnych elementów codzienności i udowodnienie sobie, że warto żyć.

Problem jest natomiast taki, że myśli, które snuje Knausgard są błahe i zupełnie bez polotu. Wywoływały we mnie konsternację i zażenowanie, że w ogóle poświęcam czas na coś tak trywialnego. Tekstom brakuje nie tylko błyskotliwości, puenty ale i lekkości. Odniosłam wrażenie, że większość z nich rodziła się w bólach, została niejako wymuszona spod palców Knausgarda, który również na siłę starał się nadać swym myślom głębszy sens. Tylko czy pisanie o wymiocinach albo określanie muszli klozetowej mianem 'łazienkowego łabędzia' ma w sobie coś głębokiego? 

Jestem bardzo rozczarowana tą pozycją i uważam, że w ogóle nie powinna ukazać się w formie książki i być tak promowana (zwłaszcza przez tak poważne wydawnictwo). Dla mnie są to teksty, które mogłyby być opublikowane w formie felietonów w jakimś głupiutkim pisemku o modzie. Tam zazwyczaj można spotkać podobnie słabe teksty.

Na marginesie dodam, że zamieszczone w książce grafiki autorstwa norweskiej artystki Vanessy Baird również nie zarezonowały z moim poczuciem estetyki.

Wzięłam z biblioteki kolejny tom cyklu ale wcale nie mam ochoty go czytać.

Moja ocena: 1/6

autor: Karl Ove Knausgard 
tytuł: Jesień 

tłumaczenie: Milena Skoczko
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 240



Jerzy Pilch - Portret młodej wenecjanki

Jerzy Pilch - Portret młodej wenecjanki


To moje pierwsze spotkanie z prozą Jerzego Pilcha i od razu na wstępie powiem, że nie zaiskrzyło między nami.

Nie potrafiłam znaleźć w tej historii punktu zaczepienia. Wynurzenia podstarzałego faceta wspominającego swoją miłość do bałkańskiej studentki psychologii wydały mi się mało ciekawe a styl wypowiedzi męczący. Niewiele zapamiętałam z tej historii a za kilka dni całość zapewne kompletnie zatrze się w mojej pamięci.

Być może zaczęłam od złej książki, być może trzeba było sięgnąć po wczesną twórczość Pilcha. Na 'wenecjankę' trafiłam w bibliotece i po prostu postanowiłam przeczytać. Nie wykluczam ponownego spotkania z prozą tego autora, choć raczej nie będzie mi spieszno do dalszego jej zgłębiania. Na pewno chcę przeczytać dzienniki Pilcha, bo to gatunek który zawsze mnie kręcił.

Moja ocena: 2/6

autor: Jerzy Pilch
tytuł: Portret młodej wenecjanki
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 188


Ks. Jan Kaczkowski - Samarytanin, kapelusznice i kot (audiobook)

Ks. Jan Kaczkowski - Samarytanin, kapelusznice i kot (audiobook)


Którejś wrześniowej niedzieli włączyłam sobie taki oto audiobook, który miał mi umilić prasowanie 😉

Jestem osobą niewierzącą i dosyć agresywnie nastawioną wobec instytucji kościoła katolickiego, co nie oznacza jednak, że odrzucam poglądy wszystkich księży. Na palcach jednej ręki mogę policzyć duchownych, których słowa chętnie czytam/słucham a jednym z nich jest zmarły w zeszłym roku ksiądz Jan Kaczkowski.

Cenię go sobie za humor, pogodę ducha, niektóre poglądy stojące w opozycji do nauk kościoła katolickiego oraz brak chęci do moralizatorskiego grzmienia z ambony. Ksiądz Kaczkowski był bardzo ludzki, otwarty na życie i ludzi a przede wszystkim jawił mi się jako człowiek potrafiący rozmawiać na wszelkie tematy bez konieczności obrażania innych czy narzucania swoich poglądów i nawet jeśli z czymś się nie zgadzałam, doceniałam fakt, że Kaczkowski potrafił spokojnie i logicznie wytłumaczyć, czemu uważa tak a nie inaczej.

"Samarytanin, kapelusznice i kot" to zapis rozmowy skupiającej się wokół tematu pomagania. Historia samarytanina oraz postać Jezusa stanowią oczywiście punkt wyjścia do rozważań, jak skutecznie pomagać innym ale nagranie zawiera też sporo wątków pobocznych i trafnych obserwacji z życia wziętych podanych w charakterystyczny dla Kaczkowskiego ironiczny sposób.
Miło było posłuchać, choć tematyka niekoniecznie moja.

Moja ocena: 3/6

autor: ks. Jan Kaczkowski 
tytuł: Samarytanin, kapelusznice i kot
wydawnictwo: RTCK
czas trwania: 1h47min
 

Katarzyna Berenika Miszczuk - Szeptucha [Kwiat Paproci #1]

Katarzyna Berenika Miszczuk - Szeptucha [Kwiat Paproci #1]


Prosto ze świata barwnej i egzotycznej mitologii hinduistycznej przeniosłam się na bardziej rodzime tereny a to za sprawą pierwszego tomu cyklu Kwiat Paproci autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk.

"Szeptucha" to historia Gosławy Brzózki, świeżo upieczonej absolwentki Uniwersytetu Medycznego, która zgodnie z tradycją przed rozpoczęciem praktyki lekarskiej musi odbyć roczny staż u wiejskiej szeptuchy. Na co Gosia oczywiście absolutnie nie ma ochoty, zwłaszcza że nie wierzy w żadne wiejskie zabobony a wizja zbierania leczniczych ziółek w pełnym czyhających na nią kleszczy lesie przyprawia naszą bohaterkę o gęsią skórkę. Okazuje się jednak, że szeptucha (pieszczotliwie zwana przez Gosię Babą Jagą) jest całkiem sympatyczna a na dodatek we wsi pojawił się zabójczo przystojny uczeń miejscowego kapłana, co osładza Gosi męki związane z praktyką...

O czymś zapomniałam? Ach tak, bo może nie domyśliliście się tego z powyższego streszczenia ale akcja powieści dzieje się we współczesnej Polsce tyle że.... alternatywnej. Bo okazuje się, że król Mieszko I wcale nie przyjął chrztu a całe stulecia później Polska (przy normalnym rozwoju technologiczno-naukowym) nadal jest krajem pogańskim, gdzie obowiązuje wiara w słowiańskie bóstwa.

Co z tego wyszło? Arcyprzyjemna "słowiańska komedia", pełna zabawnych dialogów, ciapowatych bohaterów (z Gosią na czele) i komicznych zachowań czy sytuacji. To jest książka niesamowicie lekka i przyjemna w czytaniu a jednocześnie zupełnie nie roszcząca sobie praw do bycia nie wiadomo jakich lotów literaturą. Po prostu rozrywka w czystej postaci.

Podobało mi się szalenie! Humor wylawający się z kart "Szeptuchy" jest dokładnie takim rodzajem humoru, który lubię (a niestety w z wiekiem coraz mniej rzeczy mnie śmieszy...) a i cała słowiańska otoczka nie tylko bardzo przypadła mi do gustu ale i rozbudziła apetyt na dalsze zgłębianie motywu wierzeń słowiańskich w literaturze (podczas następnej wizyty w domu rodzinnym koniecznie muszę drapnąć z regału "Starą Baśń"!).

Na koniec dodam jeszcze, że czytanie "Szeptuchy" w komunikacji miejskiej grozi niekontrolowanymi wybuchami śmiechu (a w konsekwencji dziwnymi spojrzeniami współpasażerów) a tak zwane "momenty" (scena kąpieli nago w jeziorze) mogą sprawić, że przegapicie autobus na przystanku, jak mnie się zdarzyło.... 😉😊

Moja ocena: 5/6

autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
tytuł: Szeptucha [cykl Kwiat Paproci Tom 1]
wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 352
Maja Lidia Kossakowska - Bramy Światłości

Maja Lidia Kossakowska - Bramy Światłości


Są takie książki, które przyciągają nas do siebie w jakiś tajemniczy i niewytłumaczalny sposób. Czasem wystarczy jedno spojrzenie na okładkę, by dany tytuł prześladował nas przez kilka dni, nie pozwalał o sobie zapomnieć, krzyczał do nas ze sklepowych regałów, wyciągał do nas ręce z rozdzierającym krzykiem "Kup mnie! Nie zawiedziesz się!". Po przeczytaniu opisu na okładce wpadłam po uszy, spać po nocach nie mogłam. Klamka zapadła. Będąc przy najbliższej okazji w księgarni bez mrugnięcia okiem kupiłam książkę po cenie okładkowej.

Tak w moim życiu pojawiły się "Bramy Światłości".

To moja pierwsza książka autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej, nigdy wcześniej nie miałam przyjemności czytać nic z jej dorobku, choć nazwisko to przewijało się tu i ówdzie i próbowało mnie do siebie przyciągnąć. I dobrze, że w końcu się udało, bo twórczość pani Mai zdaje się być moim wielkim tegorocznym odkryciem literackim!

"Bramy Światłości" należą do cyklu Zastępów Anielskich ale znajomość wcześniejszych tomów nie jest konieczna, ponieważ mamy tutaj do czynienia z zupełnie nową historią. Ogniwem łączącym są bohaterowie. Jeśli ktoś czytał "Żarna Niebios", "Siewcę Wiatru" czy "Zbieracza Burz" z pewnością dostrzega więcej smaczków niż czytelnik, który po raz pierwszy styka się ze Skrzydlatymi, bo zna przeszłość bohaterów.

Ale przejdźmy do treści:
Po nagłym odejściu Pana regentem Królestwa został Gabriel, który z pomocą kilku skrzydlatych braci usiłuje utrzymać w tajemnicy, że tron Jasności jest pusty. Kiedy z jednej ze swoich wypraw badawczych wraca Sereda, uczona Świetlista i informuje, że najprawdopodobniej odkryła miejsce bytności Pana, zostaje zorganizowana ekspedycja badawcza mająca na celu sprawdzenie, czy Pan faktycznie przebywa w Strefach Poza Czasem czy też jest to jedynie pułapka Antykreatora, pana złych mocy. Przywódcą wyprawy zostaje Daimon Frey, Tańczący na Zgliszczach, który nie za bardzo potrafi dogadać się z Seredą...

Jestem tak zachwycona tą prozą, że aż nie wiem, od czego zacząć moje peany! Może od tego, że jestem absolutnie zakochana i odurzona tym, co Maja Lidia Kossakowska skrywa w swoim umyśle a a konkretnie rozbuchaną wyobraźnią i równie nieposkromionym językiem. Światy, które kreuje autorka zapierają dech w piersiach a styl, jakim są opisane powala na kolana. W tym miejscu muszę jednak wskazać na jeden - jakże bolesny dla mnie fakt. To nie jest proza dla każdego. Styl jest na tyle charakterystyczny, że albo pokocha się go od pierwszego zdania albo znienawidzi. Dla wielu czytelników będzie to przykład czystego grafomaństwa i spowoduje natychmiastowy odruch wymiotny zakończony rzuceniem powieści w kąt. I ja to rozumiem. Nie wszyscy muszą wszystko lubić. Ja jednak pokochałam tę prozę całym sercem, idealnie rezonuje z moim postrzeganiem świata i poczuciem humoru, jest tak bardzo "moja".

W "Bramach Światłości" autorka przenosi swoich skrzydlatych bohaterów do oszałamiająco barwnego i magicznego świata hinduskich wierzeń i mitów. To właśnie te egzotyczne krainy przemierzają członkowie ekspedycji w poszukiwaniu Jasności a wraz z nimi i czytelnik, odurzony mnogością bóstw, krajobrazów i obyczajów. Na końcu książki znajduje się glosa z alfabetycznie ułożonymi terminami z mitologii hinduskiej, ułatwiająca orientację w tym mało znanym dla nas świecie.

Czy powieść, nad którą tak pieję z zachwytu posiada jakieś wady? Nie da się ukryć, że tak. Przyznaję bez bicia, że ilość scen walki była dla mnie zdecydowanie zbyt duża, czego konsekwencją było ostudzenie mojego początkowego zapału do czytania "Bram Światłości" o każdej porze dnia i nocy. W pewnym momencie robi się nieco nudnawo i przewidywalnie - wystarczy, że ekspedycja trafi do nowej krainy i właściwie od razu wiadomo, że trzeba będzie z kimś walczyć. Wolałabym aby Kossakowska inaczej rozwiązała problem "trudności na szlaku". 

Podczas czytania przez cały czas nie opuszczała mnie myśl, że byłby z tej powieści świetny serial - pod warunkiem jednak że nie kręciliby go Polacy. 😉

"Bramy Światłości" to moja pierwsza kandydatka do miana 'Książki Roku' i choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim przypadnie ona do gustu, to mino wszystko polecam bardzo mocno!!! 

Moja ocena: 6/6
 
autor: Maja Lidia Kossakowska
tytuł: Bramy Światłości. Tom 1
wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 512
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger