Na małym ekranie: Elementary (2012 - 2018)

Na małym ekranie: Elementary (2012 - 2018)



Rozpoczynam dzisiaj nową serie na blogu dotyczącą seriali, które lubię i polecam. Na pierwszy ogień idzie jeden z moich najukochańszych seriali o jednym z najsłynniejszych detektywów na świecie.

Oglądać „Elementary” zaczęliśmy z Lubym zupełnym przypadkiem. Podczas urlopu w górach zastanawialiśmy się któregoś wieczora, co by tu obejrzeć przed snem i wtedy Luby powiedział, że ma na pendrivie jakiś serial ściągnięty kiedyś dla koleżanki z pracy, która jest fanką „Elementary”. Obejrzeliśmy pierwszy odcinek i wpadliśmy po uszy. A przynajmniej ja wpadłam, bo nie chciałam już oglądać niczego innego.

„Elementary” to bardzo współczesne spojrzenie na historię Sherlocka Holmesa (świetny w tej roli Johnny Lee Miller). Akcja dzieje się obecnie w Nowym Jorku, gdzie Sherlock Holmes, po terapii odwykowej od narkotyków zatrudnia byłą lekarkę Joan Watson (Lucy Liu) w charakterze osoby pilnującej, aby nie powrócił do nałogu. Z czasem zaczyna uczyć ją fachu detektywa i razem nawiązują współpracę z nowojorską policją pomagając im rozwiązywać zagadki kryminalne.

Co mnie tak zachwyca? Właściwie wszystko. Uwielbiam wysoki poziom zagadek, które ma do rozwikłania duet detektywów. Uwielbiam historie z życia prywatnego tej dwójki oraz ich przyjaciół, które ciągną się w tle przez wszystkie sezony. Uwielbiam grę z konwencją i oryginalne pomysły na przedstawienie znanych wątków z opowiadań Arthura Conan Doyla (np. Watson jest tu kobietą, podobnie zresztą Moriarty).

Poza tym uważam, że to serial z najlepszą czołówką ever! Uwielbiam i muzykę i obraz, przez całe pięć sezonów patrzyłam na nią jak zahipnotyzowana!


Dzięki temu serialowi polubiłam Lucy Liu, za którą wcześniej jakoś nie przepadałam. Poza tym jako kobiecie sprawia mi ogromną przyjemność patrzenie na stroje granej przez nią postaci. Jestem wielką fanką stylu Joan Watson, czasem patrząc na nią mam skojarzenia z Wendy z bloga Wendy’s Lookbook (ale to chyba przede wszystkim przez typ urody obu pań).

Nie wszystkie sezony są tak samo interesujące i choć poziom zagadek do rozwikłania cały czas utrzymuje wysoki poziom, to czasem wątki prywatno-poboczne nieco kuleją. Najsłabszy według mnie był sezon piąty z wątkiem Shinwella rozpracowującego swój były gang narkotykowy. Mam nadzieję, że w sezonie szóstym scenarzyści wrócą do formy, zwłaszcza, że zapowiedziany w ostatnim odcinku motyw siostry Sherlocka zapowiada się bardzo obiecująco.

Do chwili obecnej ukazało się pięć sezonów, w przygotowaniu jest szósty. Czekam na niego z wielką niecierpliwością!
Eliza Mórawska - White Plate. Na zdrowie

Eliza Mórawska - White Plate. Na zdrowie


Nie lubię gotować. W ogóle nie lubię przygotowywać jedzenia, obojętnie czy chodzi o gotowanie, smażenie, pieczenie czy robienie zwykłych kanapek. Już na samą myśl, że muszę sobie zrobić coś do jedzenia, wpadam w stan przygnębienia. Być może dlatego mam tak gigantyczne problemy z trawieniem. Nie chce mi się zrobić porządnego, zdrowego posiłku, który nie będzie zawierał składników, które mi szkodzą. Zamiast tego jem co popadnie albo co akurat jest w lodówce, co często kończy się wybuchem bomby w moim żołądku.

Chciałabym w tym roku zmienić ten stan rzeczy. Postanowiłam zmusić się do przygotowywania sobie dwa-trzy razy w tygodniu lekkich i prostych posiłków, które po pierwsze starczą mi co najmniej na dwa dni i po drugie nie będą zawierały składników, których mój organizm nie toleruje (przede wszystkim kazeiny z nabiału). Pomóc w tym przedsięwzięciu mają mi liczne książki kucharskie, gromadzone przez lata i zbierające kurz na półkach… Najwyższy czas zrobić z nich użytek!

Na pierwszy ogień idzie książka znanej blogerki Elizy Mórawskiej „White Plate. Na zdrowie”. O istnieniu bloga Elizy wiedziałam od dawna ale ponieważ kulinaria nie leżą w sferze moich zainteresowań, nigdy na niego nie zaglądałam. Książką jestem natomiast zachwycona i być może od czasu do czasu będę zaglądać także na bloga.

Po krótkim wstępie, w którym autorka przybliża nam wydarzenia ze swojego życia, które wpłynęły na jej sposób odżywiania, przechodzimy do jeszcze krótszego rozdziału z praktycznymi poradami związanymi z przygotowywaniem posiłków oraz do zestawienia polecanych przez Elizę sprzętów kuchennych oraz składników, które zawsze warto mieć w kuchni/spiżarni. Kolejne rozdziały to już konkretne przepisy na śniadania, obiady i kolacje wraz z osobistymi wtrętami autorki na temat jej przyzwyczajeń, nawyków czy drobnych przyjemności związanych z danym posiłkiem.

To, co najbardziej zachwyca w tej publikacji to szata graficzna. Stylistyka zdjęć jest niezwykle spójna i odzwierciedla ogólny koncept prezentowanych potraw: ma być swojsko, tradycyjnie, prosto. Dominuje styl rustykalny i powrót do natury, czego symbolem są ręcznie wytwarzane ceramiczne naczynia, metalowe kubki, bogato zdobione sztućce rodem z pchlich targów. Nawet ubrania, w których pozuje Eliza są spójne z ogólną koncepcją – są wykonane z naturalnych materiałów jak bawełna, len czy wełna. Poza tym sporo tu drewna oraz roślin.

„White Plate. Na zdrowie” nie jest efektem kolejnej mody żywieniowej wymyślonej przez marketingowe machiny przemysłu spożywczego i farmaceutycznego. Jest powrotem do korzeni, do tego, co proste, naturalne i najlepiej nam służące. Eliza wspomina czasy swego dzieciństwa, które przypadło na lata 80-te XXw. czyli okres sprzed rewolucji żywieniowej i mody na produkty silnie przetworzone, wspomina także swoje wizyty u lekarza TMC (tradycyjnej medycyny chińskiej) i jego wpływ na postrzeganie przez nią roli żywienia. Nasze nawyki żywieniowe powstały przecież w odpowiedzi na klimat, w jakim żyjemy i powinny być do niego dostosowane (o czym ciągle przypomina także Anna Ciesielska, moje guru jeśli chodzi o Kuchnię PP).

Bardzo odpowiada mi także styl wypowiedzi autorki. Nie jest nachalny, brak tu tonu osoby wszystkowiedzącej. Eliza opowiada, co się sprawdziło u niej a co czytelnik być może będzie chciał wypróbować. Nie mówi: musisz to mieć, musisz to kupić, tego używać. Zamiast tego proponuje, pokazuje, podpowiada ale ostateczną decyzję zostawia czytelnikowi.

Jestem zachwycona tą książką. Podoba mi się w niej absolutnie wszystko. Piękna szata graficzna, miły w dotyku papier a przede wszystkim niezbyt skomplikowane przepisy ze swojskich składników sprawiają, że z całą pewnością „White Plate. Na zdrowie” nie będzie się już kurzyć na półce tylko codziennie towarzyszyć mi w kuchni i motywować do smacznego i zdrowego gotowania.

Moja ocena: 6/6

autor: Eliza Mórawska
tytuł: White Plate. Na zdrowie

wydawca: Wydawnictwo Zwierciadło
liczba stron: 232






Lucy Maud Montgomery - Ania z Avonlea

Lucy Maud Montgomery - Ania z Avonlea


Nowy rok czytelniczy rozpoczynam od zrobienia pierwszego kroku w stronę realizacji jednego z moich postanowień czyli przeczytania wszystkich książek Lucy Maud Montgomery. Od ostatniej lektury powieści kanadyjskiej pisarki minęły dwa lata, najwyższa więc pora na kontynuację.

Za czasów dzieciństwa kilka razy czytałam „Anię z Zielonego Wzgórza” (choć nigdy w całości), po kolejne tomy serii jednak nigdy nie sięgnęłam. Uwielbiana na całym świecie rudowłosa sierota nigdy nie należała do grona moich ulubionych bohaterek literackich (uwielbiałam za to Emilkę). Teraz, będąc grubo po trzydziestce, nadrabiam zaległości w klasyce literatury dziecięco-młodzieżowej.

Rękopis „Ani z Avonlea” trafił do wydawnictwa już w listopadzie 1908r (dla przypomnienia: „Ania z Zielonego Wzgórza” ukazała się w czerwcu tego samego roku) ale aby nie stwarzać konkurencji dla pierwszego tomu, który nadal był absolutnym bestsellerem, zdecydowano, że kontynuacja losów Ani ukaże się drukiem dopiero we wrześniu 1909r.

Montgomery nie wierzyła, że książka może odnieść sukces. W lipcu 1909r tak pisała w liście do swojego kuzyna Murraya Macneilla: „Druga książka o Ani ukaże się we wrześniu (…). Nie będzie tak rozchwytywana jak pierwsza. Nie napisałam jej z własnej inicjatywy, powstała na zamówienie wydawcy. Nie wierzę, by książki pisane na zamówienie miały w sobie choć odrobinę świeżości.” [1]

W moim odczuciu autorka miała odrobinę racji. Czytając drugi tom przygód Ani nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czytam zlepek wymyślonych naprędce historyjek z życia mieszkańców Avonlea. Brakowało mi lepiej przemyślanego pomysłu na fabułę, jakiegoś motywu przewodniego, spajającego wydarzenia w jedną całość. Autorka skacze z tematu na temat, czytamy trochę o pracy Ani w lokalnej szkole i przygodach związanych z niesfornymi uczniami, trochę o działalności Klubu Miłośników Avonlea, trochę o miłosnych perypetiach sąsiadów czy wychowaniu przygarniętych przez Marylę bliźniąt. Swoją drogą Tadzio jest w moich oczach potwornie irytującym i głupim dzieckiem, bardzo uprzykrzał mi lekturę i trafił do grona najbardziej nielubianych przeze mnie postaci. Poza tym jego sposób wysławiania się wydał mi się mało wiarygodny, mówi zdecydowanie jak dorosły człowiek a nie pięcio- czy sześcioletnie dziecko.

Z przykrością stwierdzam także, że Ania Shirley nadal nie zaskarbiła sobie na tyle mojej sympatii aby trafić do grona ulubionych bohaterek literackich. Wprawdzie jest już o wiele mniej gadatliwa, rozkojarzona i roztrzepana, nabrała ogłady i wydoroślała, jednak nadal żywię wobec niej bardzo ambiwalentne uczucia. Doceniam wyobraźnię, wrażliwość na piękno przyrody oraz umiejętność dostrzegania pozytywnych stron w życiu ale nadal denerwuje mnie ta jej mocno romantyczna strona. Może po prostu się starzeję😉



Jak się okazuje Lucy Maud Montgomery także nie przepadała za stworzoną przez siebie postacią. Tak pisała o niej w jednym z listów: „(…) jestem tak zmęczona tą bohaterką, iż nie potrafię dostrzec w niej i w samej książce niczego dobrego.” [2] Maud miała cichą nadzieję, że powieść nie spotka się z tak dobrym przyjęciem jak tom pierwszy, bo przerażała ją myśl o konieczności dalszego wymyślania przygód „tej wstrętnej Ani” [3].

Całe szczęście ja postanowiłam poznawać dorobek Montgomery według dat powstawania/ukazywania się utworów, więc przez jakiś czas będę mogła odpocząć nieco od Ani. Jestem wielce ciekawa jak po latach odbiorę „Kilmeny ze starego sadu”, przy której niegdyś głośno wzdychałam 😊.

Moja ocena: 4/6


[1] Mollie Gillen, Maud z Wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, str. 169

[2] ibidem, str. 166

[3] ibidem, str. 167

autor: Lucy Maud Montgomery
tytuł: Ania z Avonlea

tytuł oryginału: Anne of Avonlea
tłumaczenie: Rozalia Bernsteinowa
wydawca: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 304






Podsumowanie roku 2017

Podsumowanie roku 2017


Miniony rok był pod względem czytelniczym jednym z najlepszych w ciągu kilku ostatnich lat. Udało mi się przeczytać 39 książek (pełna lista do wglądu tutaj), co - biorąc pod uwagę średnią z poprzednich roczników wynoszącą mniej więcej 25-27 książek - uznaje za mój mały osobisty sukces. Warto dodać, że zdecydowana większość przeczytanych pozycji to tytuły co najmniej dobre, gniotów zaliczyłam naprawdę niewiele.

Jeśli chodzi o moje zeszłoroczne literackie wojaże to niestety nie odkryłam żadnych nowych lądów. Odwiedziłam następujące kraje (zestawienie według kraju pochodzenia autora): Polska (17 książek), USA (8), Anglia (4), Norwegia (3), Japonia (2), Austria, Czechy, Niemcy, Szwecja i Kanada (po 1 książce). Dzięki osadzeniu miejsca akcji udało mi się zwiedzić także Włochy (a konkretnie Florencję), Francję a nawet okolice podbiegunowe! Bardzo ubolewam nad tym, że moje czytelnicze wybory koncentrują się często na tym, co swojskie i znane, łatwo dostępne i popularne. W 2018r. zamierzam jednak popracować nad świadomą eksploracją nowych literackich terytoriów, poznać pisarzy pochodzących z lub opisujących życie na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Południowej czy Afryce.

Cieszę się natomiast, że skutecznie udało mi się wprowadzić do mojego czytelniczego świata audiobooki. Wysłuchałam ich aż sześc (uważam, że jak na początek to całkiem dobry wynik) i utwierdziłam się w przekonaniu, że są doskonałym tłem do niezbyt lubianych acz koniecznych czynności jak np. sprzątanie czy prasowanie. A poza tym czasem można trafić na wspaniałe perełki, genialne interpretacje, dzięki którym nasz literacki świat przewraca się do góry nogami (Aleksandro Szwed, to o Tobie!).

Nie wyobrażam też sobie życia bez czytnika ebooków! Książek w wersji cyfrowej przeczytałam w zeszłym roku 15 (tylko o 3 mniej niż w wersji papierowej) i powoli przymierzam się do od dawno planowanego postu wychwalającego zalety czytnika.

Kolejny sukces to powrót do czytania w obcym języku. Może nie było tych książek zbyt wiele (dwie po angielsku i dwie po niemiecku) ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Liczy się pierwszy krok, bo to on jest najtrudniejszy. Potem jest już z górki.

Pora na główną część programu! Na podium za 2017r stają:

1. Marta Kisiel „Dożywocie” – książka dzięki której aż chce się żyć plus arcygenialna interpretacja Aleksandry Szwed

2. Maja Lidia Kossakowska „Bramy Światłości” – za humor i niesamowite przygody w światach opartych na mitologii hinduistycznej

3. Maria Zdybska „Wyspa Mgieł” – za morską wodę płynąca w żyłach autorki (ale i bohaterki!) zamiast krwi i niesamowity klimat


Jak widać mój zeszły rok zdecydowanie należał do polskiej fantastyki w wykonaniu kobiet, w tym miejscu warto wspomnieć również słowiańską komedię „Szeptucha” czy niepokojące „Redlum”. W 2018r zamierzam dalej eksplorować te tereny (głównie za sprawą wydawnictwa Genius Creations). Pozostając w temacie fantastyki na wyróżnienie zasłużyło także „Miasto Kości”, na którego kontynuację będę polować w bibliotece.

Czytałam sporo o minimalizmie (Anna Mularczyk-Meyer, Joanna Glogaza) oraz zmotywowałam się wreszcie do głębszego zanurzenia się w temacie kuchni Pięciu Przemian (postać pani Anny Ciesielskiej to jedno z moich wielkich tegorocznych odkryć!). Zakochałam się w osobowości Wisławy Szymborskiej (Pamiątkowe rupiecie), wykopałam mały skarb dziewiętnastowiecznej literatury dziecięcej (Tajemnicza Gerty) oraz skakałam nocą po dachach Florencji z wampirami i odkrywałam tajemnice malarstwa Botticellego (Raven).

Rozczarowań było niewiele, największym gniotem okazał się dla mnie bestseller „Getting Things Done” oraz proza #DilerkiEmocji (Łatwopalni). O ból głowy przyprawiły mnie także dwa pierwsze tomy cyklu skierowanego do nienarodzonej córki Knausgarda ale na szczęście tom trzeci przytłumił nieco moje gorzkie żale.

Plany na 2018 rok mam całkiem ambitne. Przede wszystkim chciałabym jeśli nie przeskoczyć to przynajmniej utrzymać liczbę przeczytanych książek oraz odważyć się wypłynąć na nieznane oceany w poszukiwaniu nieodkrytych jeszcze przeze mnie literackich lądów (mój statek obrał już kurs na Pakistan!).

Marzy mi się powrót do powieści Siesickiej i Musierowicz, będę starała się znaleźć czas na przerobienie całej ich twórczości (poza książkami dla dzieci). Może udałoby się włączyć do tego planu Lucy Maud Montgomery…

Muszę zacząć zdecydowanie częściej sięgać po książki z własnych półek. Niestety w wynajmowanym obecnie mieszkaniu nie ma miejsca na trzymanie całego naszego księgozbioru. Przeczytane książki mogłabym wywozić na przechowanie do domu rodzinnego a po zakupie własnego domu przenieść je z powrotem do siebie (gdzie będzie czekał na nie osobny pokój).

Na blogu pojawi się nowa kategoria wpisów zatytułowana „kącik germanisty”. Bardzo ubolewam nad tym, że od czasu ukończenia filologii germańskiej mój kontakt z literaturą krajów niemieckojęzycznych jest znikomy, więc postanowiłam to zmienić. W notkach w tej kategorii będą pojawiać się recenzje książek autorów pochodzących z w/w krajów lub opisujących w nich życie.

Już od dawna mam też w planach podzielenie się moimi serialowymi fascynacjami, oby w tym roku wreszcie się udało.
Ostatnie nabytki w tym roku

Ostatnie nabytki w tym roku

Przez cały grudzień księgarnia wydawnictwa Zwierciadło oferowała większość swoich książek z 40% rabatem. Chętnie skorzystałam z promocji aby uzupełnić biblioteczkę o brakujące tomy cykli, pozycje ulubionych autorów czy po prostu interesujące mnie tytuły.



Jak się okazuje deal roku zrobiłam tuż przed jego zakończeniem: podczas wczorajszych zakupów w Biedronce upolowałam biografię Zofii Nałkowskiej za 9,99zł a cena okładkowa to 89,99zł! Od dawna mam w planach lekturę dzienników tej pisarki, więc biografia na pewno będzie interesującym poszerzeniem perspektywy interpretacyjnej.


Marta Kisiel - Dożywocie

Marta Kisiel - Dożywocie


Od kilku lat jest już niejako tradycją, że ostatnia przeczytana przeze mnie w danym roku książka staje się tą NAJ i wygrywa w moim osobistym plebiscycie na Książkę Roku. Nie inaczej będzie i tym razem, bo debiutancka powieść Marty Kisiel okazała się być absolutnie bezkonkurencyjna a dodam, że miałam w tym roku przyjemność czytać naprawdę sporo bardzo dobrych książek!

Kiedy wiecznie zabiegany pisarz Konrad Romańczuk otrzymuje w spadku dom razem z zamieszkującymi go dożywotnikami zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jakie pociągnie to konsekwencje. Wyobraża sobie miły domek w leśnej głuszy wraz z kilkoma nieszkodliwymi lokatorami, miejsce ciche, spokojne, gdzie wreszcie będzie mógł odpocząć od zgiełku miasta i skupić się na pisaniu. Na miejscu okazuje się, że Lichotka jest obskurnym i zapuszczonym domem z kiczowatą gotycką wieżyczką a lokatorzy to postaci dosyć… osobliwe. Jest karłowaty anioł Licho z włosami z celofanu i uczuleniem na pierze (także to we własnych skrzydłach), jest panicz Szczęsny – rozmiłowany w robótkach ręcznych i poezji upiór widmo po dwóch próbach samobójczych, typowy przedstawiciel idealnego bohatera okresu romantyzmu, dalej mamy Krakersa czyli urzędującego w kuchni pradawnego morskiego potwora Cthulhu, kotkę Zmorę i cztery Utopce rozrabiające w łazience. Istny dom wariatów! Tylko czy wiecznie znerwicowany Konrad da radę wytrzymać z nimi pod wspólnym dachem?

Nie wiem właściwie, co skłoniło mnie do sięgnięcia po tę wydaną po raz pierwszy 7 lat temu powieść. Na wielu blogach przewijało się nazwisko Ałtorki (zwanej tak przez swoich fanów), kilka tytułów z jej dorobku miałam oczywiście zanotowane w kajecie ale jakoś nigdy wcześniej nie było okazji, by któryś z nich zdobyć. Ale widać nadszedł w końcu ten moment i bardzo się cieszę, że mieszkańcy Lichotki trafili pod mój dach. Wysłuchałam audiobooka w (genialnej!!! ale o tym późnej) interpretacji Aleksandry Szwed.

Najtrudniej jest pisać o tym, co najbardziej zachwyca, więc nie wiem nawet od czego mam zacząć moje peany. Spróbujmy może najpierw pochylić się nad językiem. Marta Kisiel jest absolutną mistrzynią słownej żonglerki i ciętego dowcipu. Polonistyczne wykształcenie z całą pewnością było pomocne przy konstruowaniu stylu wypowiedzi niektórych bohaterów - mam tu na myśli przede wszystkim Szczęsnego, którego wywody brzmią jak żywcem wyjęte z romantycznych utworów martyrologicznych. Poza tym jest to powieść tak cudownie intertekstualna, że co i rusz kwiczałam z radości wyłapując kolejne tropy ze świata literatury i filmu.
Cała powieść skrzy się dowcipem (występuje komizm zarówno słowny jak i sytuacyjny) i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to jedna z najkomiczniejszych książek, jakie przeczytałam w życiu. Humor Ałtorki jest mi szalenie bliski, jest to dokładnie ten rodzaj żartu, który lubię. A komicznych scen tu nie brakuje, podczas słuchania audiobooka niemal cały czas miałam przyklejonego na twarzy banana a co kilka minut do oczu tryskały łzy ze śmiechu.

Historię mieszkańców Lichotki poznałam poprzez audiobooka w arcygenialnej interpretacji Aleksandry Szwed. Myślę, że w ogromnej mierze przyczyniła się ona do mojego zakochania w tej książce. Jeśli czytacie tego bloga od dawna, z pewnością wiecie, że nie przepadam za słuchaniem książek czytanych przez kobiety, z jakiegoś powodu preferuję męskie głosy. I przyznaję, że na początku ciężko było mi oswoić się z głosem pani Aleksandry, wybijał mnie z rytmu, nie pozwalał skupić się na słuchanej treści. Jednak już po kilku minutach na tyle przyzwyczaiłam się do stylu wypowiedzi i modulacji głosu, że już kompletnie nie potrafię wyobrazić sobie bohaterów mówiących inaczej niż w sposób zaproponowany przez młodą aktorkę.

ilustracje z najnowszego wydania

Moim absolutnym ulubieńcem jest panicz Szczęsny, z wielką niecierpliwością czekałam na sceny z jego udziałem a jak już się pojawił, to w przeważającej liczbie wypadków łzy śmiechu ciekły mi niemal ciurkiem po policzkach. Bardzo polubiłam także zgraję wesołych Utopców i wielce żałuję, że poświęcono im tak mało miejsca, zwłaszcza że scena, w której pojawiają się po raz pierwszy jest jedną z moich ulubionych.

Zawsze dziwiły mnie wyznania czytelników, którzy deklarowali czytanie ulubionej książki (albo całego cyklu, najczęściej Harrego Pottera) co roku w tym samym czasie (np. w wakacje, w święta Bożego Narodzenia itp.). Nie potrafiłam zrozumieć, co może być takiego w książce, żeby chcieć wracać do niej co roku. Teraz już wiem. Dzięki Marcie Kisiel i Aleksandrze Szwed ja także będę chciała spotykać się z moimi ulubionymi bohaterami co kilkanaście miesięcy i ładować serce i duszę pozytywną energią.

Zresztą, całkiem niedawno dowiedziałam się, że nie tylko poczucie humoru mam wspólne z Ałtorką ale i datę urodzenia! Nie powinno więc dziwić, że czuję do twórczości Marty Kisiel tak silne przyciąganie!

Jakich czas temu czytałam (a właściwie słuchałam) „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla, o której to jeden z recenzentów napisał kiedyś, że to najbardziej antydepresyjna książka świata. Ja od tej chwili też mam już swojego faworyta w tej kategorii - „Dożywocie” sprawiło mi taki ogrom czytelniczej euforii, że mogłabym kupić kilkadziesiąt egzemplarzy i rozdawać je rodzinie i znajomym jako najlepszy antydepresant, lek na wszelkie smutki i książkę, dzięki której aż chce się żyć.

MOJA KSIĄŻKA ROKU! ALLELUJA! 👼

Moja ocena: 6/6 

autor: Marta Kisiel
tytuł: Dożywocie 
czyta: Aleksandra Szwed

czas trwania: 11h 34min







autor: Marta Kisiel  
tytuł: Dożywocie  
wydawnictwo: Uroboros 
liczba stron: 416
Maria Zdybska - Wyspa Mgieł (cykl Krucze Serce #1)

Maria Zdybska - Wyspa Mgieł (cykl Krucze Serce #1)


Uwielbiam motyw morza w literaturze. Jest to żywioł, który pod względem artystycznym bardzo silnie na mnie oddziałuje, zarówno słowem (literatura) jak i obrazem (malarstwo). Kocham marynistyczne elementy w wystroju wnętrz oraz w garderobie. Czuję wszechogarniający spokój patrząc na obrazy przedstawiające sielskie plaże czy samotne półwyspy z latarniami morskimi.

Zaskakujące jest natomiast to, że w rzeczywistym życiu zdecydowanie preferuje góry. Ostatnia wizyta nad morzem (mniej więcej półtorej godziny spędzone na plaży w porze zachodu słońca) sprawiła, że wróciłam do domu ze stanem podgorączkowym. Dla ceniącego cisze introwertyka jak ja było tam za głośno i zbyt wietrznie.

Powieść Marii Zdybskiej to moje drugie spotkanie z wydawnictwem Genius Creations. Od razu napiszę, że bardzo udane a „Wyspa Mgieł” z całą pewnością trafi do pierwszej trójki najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku.

Lirrian jest sierotą, jako małe dziecko została uratowana z morskiej kipieli przez piratów. Nie pamięta swojej przeszłości, nic nie wie o swoim pochodzeniu. Jej przybrany ojciec, pirat Hego, zdaje sobie sprawę, że statek piracki nie jest odpowiednim miejscem na wychowanie młodej panny, dlatego też powierza Lirrian opiece Maeve, władczyni Ysborga, na której zamku dziewczyna dorasta u boku jej syna, księcia Caela. Od samego początku Maeve nie darzy dziewczyny sympatią, traktuje ją jak zło konieczne, bękarta, uboga sierotę bez ogłady i perspektyw na przyszłość. Kiedy pewnego dnia księżna Maeve pod wpływem klątwy zaczyna szybko tracić zdrowie i siły życiowe, opiekujący się nią tajemniczy medyk upatruje jedynego ratunku w świętej wodzie ze źródła bogini Zarii. Z miłości do Caela Lirrian decyduje się pomóc znienawidzonej opiekunce i wyruszyć w podroż do świątyni Zarii znajdującej się na Wyspie Mgieł, gdzie wstęp mają tylko kobiety. Jak się później okaże, Viorel i Maeve mają wspólny sekret związany z wyspą a Lirrian jest tylko pionkiem w ich podstępnej grze. Na dodatek podczas pełnej przygód podróżny dziewczyna zaczyna powoli zdawać sobie sprawę, że nie jest zwykłym człowiekiem… Bo niby czemu nie odstępuje jej na krok tajemniczy kruk, który mówi ludzkim językiem, drapieżna rusałka nie chce jej zabić czując dziwny niepokój w obecności Lirr a zabójczo przystojny i opryskliwy mag Raiden zaczyna porozumiewać się z nią poprzez… myśli? Kim tak naprawdę jest Lirrian i jaka przeszłość kryje się w mrokach jej niepamięci?


„Wyspa Mgieł” to opowieść fantasy spokojnie mogąca stawać w szranki z historiami zagranicznych autorów (i niedługo będzie mogła, bo jak niesie facebookowa wieść anglojęzyczna wersja czeka na premierę!). Mamy tutaj ciekawie skonstruowaną bohaterkę, której posunięcia są odpowiednio umotywowane psychologicznie. To nie jest żadna tam Mary Sue, uwieziona na zamku sierotka, która czeka na wybawienie. To charakterna dziewczyna wychowana na statku pirackim i w konsekwencji nieco nieokiełznana, niedająca sobie w kaszę dmuchać, zachowująca się w sposób podpatrzony u morskich rozbójników. Także jej zagubienie i brak umiejętności okazywania uczuć ma swoje korzenie w środowisko pirackim a wiec typowo męskim a jak wiadomo mężczyźni nie są skorzy do uzewnętrzniania tego, co tkwi głęboko w nich ukryte.

Świat przedstawiony jest spójny i logiczny, nie występują zaburzenia związków przyczynowo-skutkowych a motywacja zdarzeń i zachowań postaci jest ściśle powiązana z zasadami panującymi w wykreowanej rzeczywistości.

Na stronie wydawnictwa jest napisane, że w żyłach autorki zamiast krwi płynie morska woda. Coś musi być na rzeczy, bo Maria Zdybska jest mistrzynią w opisywaniu morskich krajobrazów. Czytając powieść wyraźnie słyszymy szum fal uderzających o brzeg, krzyk mew kołujących nad targiem w ysborskim porcie, czujemy powietrze przesycone zapachem morskiej soli i alg. A plastyczność języka sprawia, że pod powiekami poszczególne sceny przesuwają się niczym w filmie.

Główna bohaterka z miejsca zdobyła moja sympatie! Bardzo podoba mi się konstrukcja tej postaci, jej sposób myślenia, wysławiania się. Koniecznie muszę pochwalić w tym miejscu pomysł autorki na przekleństwa! Lirr klnie jak szewc, choć raczej powinnam powiedzieć jak rasowy pirat, bo wulgaryzmy są ściśle związane ze słownictwem marynistycznym (głównie mitycznymi stworami morskimi). Już za sam pomysł należą się wielkie brawa! Bardzo podoba mi się także pełne imię bohaterki, które brzmi Ellirianoi. Wprawdzie nie znoszę języka francuskiego ale laboga! tutaj brzmi niemal jak poezja.

Jeśli nie znacie jeszcze powieści Marii Zdybskiej, gorąco zachęcam do zmiany tego stanu rzeczy! „Wyspa Mgieł” jest absolutnie fantastyczna książką, napisaną ciekawym językiem, posiadająca trzymającą w napięciu fabułę i sympatyczną bohaterkę. Ja się zakochałam w tej historii po uszy i wprost nie mogę się doczekać drugiego tomu!

Moja ocena: 6/6

P.S. Piękna okładka! To ona przykuła moją uwagę i zachęciła do lektury!

autor: Maria Zdybska
tytuł: Wyspa Mgieł

cykl: Krucze Serce #1
wydawnictwo: Genius Creations
liczba stron: 476






Karl Ove Knausgard - Wiosna

Karl Ove Knausgard - Wiosna


Do trzech razy sztuka! Jak to mówią Niemcy "der Funke ist übersprungen" czyli wreszcie coś zaiskrzyło pomiędzy mną a panem Knausgardem. Lepiej późno niż wcale. Ku własnemu zaskoczeniu trzeci tom serii dedykowanej najmłodszej córce połknęłam w kilka dni i to bez nadmiernego 'jojczenia'.

Sporym zaskoczeniem była też dla mnie forma tego tomu - nie mamy tu już mianowicie do czynienia z prozatorskimi miniaturami skupionymi wokół konkretnego tematu ale z dłuższą formą prozatorską, rodzajem listu czy wspomnień kierowanych bezpośrednio do niedawno urodzonej córki. Dłuższa forma wychodzi temu utworowi zdecydowanie na dobre - zniknęła pseudofilozofia i silenie się na głębię.

Knausgard opisuje jeden dzień z życia swojej rodziny, wtrącając do swej opowieści liczne retrospekcje, które rozszerzają znaczeniowy horyzont zdarzeń. Opisy są momentami niebywale naturalistyczne, Knausgard potrafi bardzo szczegółowo opisywać nawet najbardziej prozaiczne czynności ("Napiąłem mięśnie brzucha i poczułem, jak kał przesuwa się przez ostatni odcinek jelit, w którym leżał i rósł jak kiełbasa wtłaczana do osłonki, i wydostaje się na zewnątrz przez odbyt."[1]), brak tu upiększania, rzeczy i czynności opisywane są takimi, jakie są. Podobnie nie istnieje dla autora wstyd czy potrzeba zatajenia czegokolwiek, szczerze pisze o chorobie swojej żony, jej stanach depresyjnych i swojej bezsilności. Ta absolutna szczerość sprawiała, że myślałam sobie czasem "co za porąbana rodzina". Ciekawe jest też spojrzenie na państwa skandynawskie pod kątem polityki rodzinnej i stosunku wobec dzieci, Knausgard niejednokrotnie wyraża swoje obawy co do wizyty ludzi z Urzędu Ochrony Praw Dziecka.

Najciekawsze były dla mnie fragmenty, w których Knausgard rozwodził się na tematy literackie (głównie Tołstoj i Turgeniew) oraz filmowe (Ingmar Bergman), zawsze mam potem ochotę sięgnąć po tytuły, o których była mowa.

Najbardziej jednak ujęło mnie zakończenie tego tomu, słowa skierowane bezpośrednio do najmłodszej córki, uświadamiające, że życie tworzą najprostsze, codzienne gesty i słowa, to w nich kryje się tajemnica szczęśliwego życia. Muszę wyznać, że w tym momencie aż mi się łezka zakręciła w oku.

Autorką ilustracji towarzyszącym w tym tomie jest skandynawska (a jakże!) malarka Anna Bjerger. Ze wszystkich dotychczasowych tomów ten rodzaj malarstwa odpowiada mi najbardziej, uważam też, że całkiem zgrabnie wpasowuje się ono w treść książki.

Ostatniego tomu "Lato" jeszcze nie mam, moja biblioteka nie posiada go jeszcze w swoich zbiorach ale czekam cierpliwie aż się pojawi. I mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje.

[1] Karl Ove Knausgard, Wiosna, Wydawnictwo Literackie 2016, str. 40

Moja ocena: 3,5/6

autor: Karl Ove Knausgard 
tytuł: Wiosna

tłumaczenie: Milena Skoczko
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 232


Sylvain Reynard - Raven (cykl florentyński #1)

Sylvain Reynard - Raven (cykl florentyński #1)


A myślałam, że wyrosłam już z powieści o wampirach! 😋

Niezbyt atrakcyjna fizycznie, poruszająca się o lasce Raven Wood zajmuje się renowacją starych obrazów w galerii Uffizi we Florencji. Pewnego wieczoru wracając z imprezy u znajomych jest świadkiem napadu na bezdomnego. Próbując interweniować, sama ściąga na siebie wściekłość napastników. W ostatniej chwili wyłania się z mroku tajemnicza postać, która bezwzględnie rozprawia się z bandziorami i ratuje Raven życie. Kiedy dziewczyna odzyskuje przytomność, okazuje się, że od felernego wieczoru minął ponad tydzień a ona sama uległa niewytłumaczalnej przemianie:  jest piękną i szczupłą kobietą a po jej ułomności nie został żaden ślad. W galerii Uffizi nikt jej nie rozpoznaje a na dodatek okazuje się, że jest główną podejrzaną w sprawie kradzieży kolekcji bezcennych ilustracji Boticellego. Raven postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w trakcie którego trafi w mroczne zakamarki Florencji, gdzie zetknie się z istotami, o których istnieniu nie miała do tej pory pojęcia. 

Jest wiele rzeczy, na które trzeba w tej powieści przymknąć oko i naprawdę warto to zrobić, bo otrzymamy w zamian fajne czytadło z ciekawą fabułą, plastycznymi opisami i mroczną scenerią a na dodatek będziemy mieli szansę pogłębić swoją wiedzę w temacie malarstwa Boticellego (ja pod wpływem lektury miałam przez jakiś czas "Wiosnę" ustawioną jako tło pulpitu)!

To, co mnie najbardziej ujęło w tej powieści to miejsce akcji. Florencja, starożytne miasto pełne zabytkowych kościołów, mostów, pałaców i innych budynków oświetlonych nocą przez uliczne latarnie. Galerie ze słynnymi na cały świat obrazami. Mroczne zaułki i podziemny, tajemniczy świat wampirów... Wszystko tak plastycznie opisane, że obrazy przesuwają się przed oczami jak w filmie.




Bardzo spodobała mi się także decyzja autora, aby główną bohaterką uczynić osobę niepełnosprawną i mało atrakcyjną fizycznie. Na początku powieści ulega ona wprawdzie przemianie ale jest to stan krótkotrwały, po jakimś czasie ciało Raven wraca do poprzedniej formy. Jaka to ulga móc wreszcie poczytać, że mężczyzna zakochuje się przede wszystkim w kobiecym umyśle ale pożąda też jej ciała ze względu na apetyczne krągłości, pełne piersi, mocne uda a nawet tak zwaną 'oponkę' na brzuchu!

Osoby uprzedzone do wampirów pragnę uspokoić, że nie ma tu cudnych Adonisów połyskujących w pełnym słońcu brokatem. Wampirom Reynarda znacznie bliżej do wersji Anne Rice niż Stephenie Meyer.  
 
I jeszcze jedna uwaga - to jest romans. I to ognisty, sporo tu scen ocierających się niemal o pornografię.

No cóż, zdaje się, że twórczość pana Reynard będzie takim moim małym 'guilty pleasure', oddechem po ciężkim dniu, kiedy nie mam siły ani ochoty na lekturę angażującą myślenie. Czeka już na mnie drugi tom cyklu, ale zatopię w nim zęby dopiero w styczniu, bo na razie kończę inne powieści 😁

P.S. Polskie okładki jak zwykle szkaradne i zniechęcające do sięgnięcia po lekturę! 😒

P.P.S. Przez lekturę przewija się postać profesora Gabriela Emmersona, bohatera poprzedniego cyklu powieściowego Reynarda. Koniecznie muszę nadrobić!

Moja ocena: 4,5/6

autor: Sylvain Reynard
tytuł: Raven
tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
wydawnictwo: Akurat
liczba stron: 512



Karolina i Maciej Szaciłło - Jedzenie, które leczy

Karolina i Maciej Szaciłło - Jedzenie, które leczy


Jesteśmy tym, co jemy – pokarmy, które przyjmujemy każdego dnia mają decydujący wpływ nie tylko na naszą energię życiową, wagę, stan skóry, włosów czy narządów wewnętrznych, ale również na kondycję naszego umysłu. To, jak wyglądamy i jak się czujemy jest w dużej mierze uzależnione od ‘paliwa’, które dostarczamy naszemu organizmowi. Z jakich produktów, ziół i przypraw powinniśmy więc komponować menu, aby mieć energię i cieszyć się zdrowiem?

Karolina i Maciej Szaciłło, specjaliści ds. zdrowego odżywiania i ekologicznego stylu życia z wieloletnim doświadczeniem, odwołują się w swojej książce do mądrości ajurwedy – czyli starożytnej hinduskiej medycyny, której zasady stosowane są w Indiach po dziś dzień. Charakterystyczne dla ajurwedy jest to, że podchodzi ona do zdrowia w sposób holistyczny. Skupia się na całym organizmie i pomaga przywrócić mu stan równowagi.

Autorzy nie są ekspertami w dziedzinie ajurwedy, zresztą sami wielokrotnie to podkreślają i powołują się często na wiedzę Roberta Svobody (którego książka „Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę” jest moim zdaniem jedną z najlepszych pozycji na rynku jeśli chodzi o tematykę ajurwedyjską). W książce państwa Szaciłłów znajdują się także ramki tekstowe „zdaniem konsultanta ajurwedyjskiego”, w których głos zabiera Przemek Wardejn, konsultant merytoryczny.



Po krótkim wstępie, w którym autorzy opisują swoją przygodę z ajurwedą, przechodzimy do rozdziałów poświęconych konkretnym doszom (typom urodzeniowym). Tutaj od razu wskażę na jeden minus – kiepski test na rozpoznanie doszy. W moim przypadku okazał się on mało precyzyjny i byłam zmuszona korzystać z innych źródeł do określenia swojej konstytucji. Następnie przechodzimy do rozdziałów poświęconych każdej z trzech dosz. Autorzy podają w nich przepisy na proste posiłki inspirowane kuchnią kliniki ajurwedyjskiej, w której przebywali. Trudno dostępne w Polsce składniki zastępują artykułami o podobnym działaniu dostępnymi w każdym sklepie czy na bazarku. Dla każdej doszy przedstawione jest menu na dwie odrębne pory roku (wiosna-lato oraz jesień-zima) składające się z propozycji na śniadania, obiady i kolacje. Oprócz tego znajdziemy tutaj wskazówki co dana dosza powinna jeść a czego unikać a także podpowiedzi jak skutecznie się relaksować i detoksyfikować organizm.


Książka jest pięknie wydana – począwszy od twardej oprawy w moich ulubionych odcieniach błękitu, przez miły w dotyku kredowy papier aż po zdjęcia gotowych potraw czy pojedynczych składników w stylistyce przywołującej na myśl Indie (ceramiczne i miedziane naczynia często we wzory orientalne).


Nie znoszę gotować, przygotowywanie jedzenia to dla mnie czynność wywołująca zniechęcenie i stany okołodepresyjne. Niech więc na korzyść „Jedzenia, które leczy” ma fakt, że to jedna z moich ulubionych książek kucharskich (nie ma ich wiele, można je policzyć na palcach jednej ręki), takich po które sięgam mając ochotę na coś prostego i przede wszystkim nie działającego na mój żołądek jak wybuch bomby atomowej.

Nie trzeba znać się na ajurwedzie aby móc sięgnąć po tę książkę. Nie jest ona także eksperckim poradnikiem w temacie, gdyż w warstwie merytorycznej koncentruje się głównie na podstawach wiedzy ajurwdyjskiej. Uważam, że jest to pozycja, która całkiem zgrabnie wprowadza w temat i inspiruje do dalszych, już o wiele głębszych poszukiwań.

Moja ocena: 5/6

autor: Karolina i Maciej Szaciłło
tytuł: Jedzenie, które leczy
wydawnictwo: Zwierciadło
liczba stron: 296


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger