Kathy Page - Paradise and elsewhere

Kathy Page - Paradise and elsewhere



Jako że maj ustanowiony został jako 'international short story month' postanowiłam przeczytać choć jeden tom zawierający krótką formę literacką. Mój wybór padł na zbiór autorstwa Kathy Page, który mignął mi niedawno w internecie i z opisu wydał się wart zainteresowania.

Tematyka wokół której krąży Page to przede wszystkim inność i poczucie wyobcowania. Autorka wrzuca swoich bohaterów w nieznane im środowisko i jak laborantka obserwuje pod mikroskopem ich reakcje, zachowania, odczucia. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki napisane są te opowiadania. Czytelnik ma wrażenie, że stoi gdzieś w ukryciu i z niezdrową wręcz fascynacją podgląda bohaterów w danej sytuacji. Opowiadania są bardzo klimatyczne, mroczne, niepokojące, cały czas wyraźnie można wyczuć czające się w powietrzu niebezpieczeństwo czy tragedię a to jeszcze bardziej podsyca w czytającym chęć dalszej lektury. "I like to look" mówi protagonistka jednego z opowiadań i to samo można powiedzieć o czytelniku tego zbioru - zafascynowanym tym, co widzi stojąc gdzieś z boku i niemogącym przestać 'patrzeć'.

Zbiór zawiera 14 opowiadań i jest w mojej opinii dosyć nierówny. Nie wszystkie historie mnie porwały, nie wszystkie do końca zrozumiałam, jest kilka, w których nie mogłam dopatrzeć się celu ani głębszego sensu ale znalazło się także parę perełek. Do moich faworytów należą zwłaszcza: "The Ancient Siddanese" oraz "Low Tide". Pierwsze, opisujące historię powstania pewnego starożytnego miasta, zafascynowało mnie do tego stopnia, że po jego skończeniu zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji na ten temat. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, ze takie miasto nigdy nie istniało a całość została zmyślona przez autorkę. Tym bardziej chylę czoła przed talentem pisarskim i wyobraźnią pani Page - byłam w stu procentach pewna, że to historia oparta na faktach!

Jeżeli nie straszne Wam czytanie po angielsku serdecznie polecam Wam zapoznanie się ze zbiorem "Paradise and elsewhere". Mnie styl pisania Kathy Page przekonał na tyle, że w przyszłości chętnie zapoznam się z innymi jej utworami jeśli gdzieś na takowe trafię.

Moja ocena: 4,5/6

autor: Kathy Page 
tytuł: Paradise & Elsewhere
wydawnictwo: Biblioasis
liczba stron: 128


Adina Grigore - Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej EKOpielęgnacji

Adina Grigore - Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej EKOpielęgnacji


Nie chcę wyjść na osobę, która uważa się za wszystkowiedzącą ale niestety osławiony w blogosferze (zarówno książkowej jak i urodowej) poradnik założycielki S.W. Basics (firmy produkującej naturalne kosmetyki do pielęgnacji skóry) nie okazał się dla mnie szczególnie odkrywczy. Tak właściwie 99% treści tej książki to informacje znane mi od dawna. Swoją wiedzę w zakresie wpływu odżywiania oraz chemii zawartej w kosmetykach na stan skóry przez wiele lat czerpałam z inspirujących i merytorycznych artykułów w moich ulubionych czasopismach (E!Stilo, Zwierciadło, Sens) a także w internecie. Zainteresowałam się tym tematem na długo zanim stał się popularny. Zmusił mnie do tego nie tylko stan mojej skóry ale i długoletnia choroba.

Nie twierdzę, że "Szczęśliwa skóra" jest kiepskim kompendium wiedzy, wręcz przeciwnie. Uważam, że to świetna pozycja dla osób początkujących w temacie, na wczesnym etapie poszukiwań. Dostarcza podstawowych informacji i może być inspiracją do dalszego zgłębiania tematu.

W pierwszych rozdziałach swego poradnika Grigore skupia się na wyjaśnieniu jak funkcjonuje ludzka skóra, zwraca uwagę czytelnika na różne aspekty jego stylu życia mające bezpośredni wpływ na stan cery (pochodzenie etniczne, klimat w którym się żyje, poziom stresu). Następnie przechodzi do kwestii odżywiania proponując proste ćwiczenia mające ułatwić wychwycenie pokarmów, które nam szkodzą. Ta część książki jest najbardziej obszerna, bo autorce zależało na tym, aby czytelnicy najpierw dokładnie zrozumieli, jak ważnym czynnikiem w walce o zdrową skórę jest odpowiedni pokarm a dopiero na końcu zajęli się tym, co na nią nakładamy.
Nie ukrywam, że część zawierająca przepisy na proste kosmetyki do samodzielnego wykonania wzbudziła moje największe zainteresowanie. Powiem szczerze, że po ich przeczytaniu napaliłam się jak szczerbaty na suchary i większość z proponowanych receptur na pewno wypróbuję.

Mimo iż Ameryki dzięki tej książce nie odkryłam, uważam że to naprawdę fajny poradnik - napisany z sensem i zwierający mnóstwo inspirujących przepisów na kosmetyki diy, dzięki którym jednorazowa przygoda ma szansę stać się codzienną praktyką.    

Moja ocena: 4,5/6

autor: Adina Grigore 
tytuł: Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej EKOpielęgnacji
tytuł oryginału: Skin cleanse. The simple, all-natural program for clear, calm, happy skin
tłumaczenie: Agnieszka Wróblewska 
wydawnictwo: Galaktyka
liczba stron: 270
Podsumowanie marca i kwietnia

Podsumowanie marca i kwietnia


Nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy minęły dwa miesiące!
Od połowy marca żyłam bardzo intensywnie, niemal codziennie ten sam schemat: praca, szkolenia, padnięcie ledwo żywa do łóżka. Nie czytałam praktycznie nic, nie było na to czasu. Wieczorami pozwalałam sobie jedynie na odcinek "Doktora House'a" a przed snem nauka....

No właśnie - poniżej sprawca całego zamieszania, mój codzienny towarzysz w komunikacji miejskiej i w łóżku przed snem. Książka, której intensywne wałkowanie uniemożliwiło mi czytanie czegokolwiek innego. Rany, już zapomniałam jak to jest zakuwać do egzaminu!
Podjęcie wyzwania jakim jest zrobienie prawa jazdy to dla mnie ogromny wysiłek psychiczny. Przez wiele lat uważałam, że się do tego nie nadaję, bałam się wsiąść za kierownicę. Wymagało to ode mnie sporej ilości pracy nad sobą, pokonania wielu uprzedzeń i lęków wewnętrznych ale opłaciło się - dzisiaj mogę powiedzieć, że lubię jeździć samochodem a na dodatek  jest to dla mnie czynność w pewnym sensie relaksująca.

Na razie zdałam egzaminy wewnętrzne, przede mną egzaminy państwowe, więc pewnie zastój na blogu jeszcze trochę potrwa. Ale odczuwam już bardzo silne czytelnicze ssanie, tak się stęskniłam za czymś normalnym do czytania!



Z powodów wymienionych powyżej lista lektur za ubiegłe dwa miesiące będzie bardzo mizerna, ale nie mam wyrzutów sumienia. Po prostu miałam inne priorytety i trzeba było dostosować do nich tryb życia.

W marcu przeczytałam tylko jedną książkę:
1. Maria S. Cummins "Tajemnica Gerdy"

Udało mi się także przeczytać pięć opowiadań zamieszczonych w Nowej Fantastyce nr 3/2017. Poniżej lista tytułów od najlepszego do najsłabszego:
Marcin Jamiołkowski "Hispaniola"
Ray Bradbury, Gary Gianni (ilustracje) "Ekspres Nefertiti-Tut. Historia w scenopisie"
Rich Larson "Lód"
Łukasz Malinowski "Wiewiórka"
Hubert Fryc "Sieroty"

Na marginesie muszę wspomnieć, że był to wyjątkowo kiepski numer jeśli chodzi o jakość opowiadań. Żadne mnie tak naprawdę nie porwało a dwa ostatnie z zestawienia wymęczyły tak, że ledwo byłam w stanie je skończyć. 

W kwietniu nie przeczytałam nic, nawet opowiadań w NF. 


Pod względem filmowym marzec i kwiecień były równie skromne. W marcu obejrzałam trzy filmy, w kwietniu tylko jeden ale w sumie wszystkie mi się podobały.
Najsłabiej z całej czwórki wypadł "Assasin's Creed" (reż. Justin Kurzel) - uważam, że to taki film do obejrzenia jak nie ma się nic innego do roboty. Nie porywa ale chciałam go obejrzeć ze względu na plakat (ten asasyn szykujący się do skoku! Ach, jest w tym coś seksownego! 😉)
O "Pięknej i Bestii" (reż. Bill Condon) napisałam cały post, więc nie będę się powtarzać. Mój film roku! Bardzo spodobała mi się także animacja "Vaiana: Skarb oceanu" (reż. Ron Clements, John Musker). Wpadające w ucho piosenki (cały czas podrygiwałam na kanapie a niektóre melodie do tej pory chodzą mi po głowie), przezabawny kogucik, egzotyczna sceneria i wplecione w fabułę polinezyjskie wierzenia sprawiły, że pysznie się bawiłam przez prawie dwie godziny. Nie wiem tylko czemu polski tytuł to "Vaiana", nawet nie wiem, co to słowo oznacza i nie kojarzę, by pojawiło się w filmie. Nie można było po prostu zostawić "Moany"? Na koniec kwietnia obejrzałam japońską animację "Your Name (Kimi no na wa)" w reżyserii Makoto Shinkai (to ten od "5 centymetrów na sekundę"). Coś pięknego! Niesamowite obrazy i piękna historia. Bardzo polecam!
Wiosenne nowości na moich półkach

Wiosenne nowości na moich półkach

Przyszła pora na pokazanie, co nowego trafiło na moje półki w pierwszym kwartale tego roku. Były to bardzo udane zakupy, gdyż większość pozycji nabyłam ze zniżką 50% lub więcej.

Na pierwszym zdjęciu zdobycze z wyprzedaży na stronie wydawnictwa Muza, na portalu czytam.pl, dwie książki wygrane w konkursie oraz jedna pozycja kupiona po cenie okładkowej - silnie mnie do siebie przyciągała i okazała się absolutnie f-a-n-t-a-s-t-y-c-z-n-ą lekturą i moim odkryciem roku. Nie powiem która to książka, ale myślę, że łatwo odgadniecie 😁 Może zdążę z recenzją jeszcze w marcu.


Poniżej zbliżenie na książki wygrane w "Charakterach". W tym miejscu chciałabym bardzo pochwalić pracowników redakcji magazynu za jakość obsługi klienta. Kiedy po trzech miesiącach wygrana książka "Mindfulness dla zdrowia" nadal do mnie nie dotarła, napisałam do redakcji z pytaniem czy nagroda w ogóle została do mnie wysłana. Odpowiedź otrzymałam dosłownie po kilkunastu minutach, okazało się, że nastąpiła pomyłka w adresie doręczenia, więc książka zostanie wysłana do mnie jeszcze raz z małym bonusem w ramach przeprosin. Bonusem okazała się powieść Agnieszki Opolskiej "Anna May". To się nazywa dbanie o klienta! 👏


I na koniec wyprzedażowe łupy w wydawnictwie słowo/obraz/terytoria. To jedno z moich ulubionych wydawnictw, których nowości śledzę z pilną uwagą. Ceny okładkowe nie zachęcają jednak do zakupu, zawsze czekam na ciekawą ofertę promocyjną. I w końcu doczekałam się - wszystkie pozycje nabyłam z rabatem minimum 50%.


Piękna i Bestia (2017) - wrażenia po seansie

Piękna i Bestia (2017) - wrażenia po seansie


Poszłam do kina pod wpływem impulsu. Opowieść o Pięknej i Bestii nigdy nie należała do moich ulubionych baśni, nigdy nawet nie obejrzałam animowanej wersji z 1991r. ale tyle było szumu w Internetach na temat ekranizacji AD 2017, że postanowiłam nie czekać aż film pojawi się na DVD tylko obejrzeć go na dużym ekranie. I to w dzień premiery.

Moje serce chyba wiedziało, co robi szepcząc mi, że warto ten film obejrzeć, bo wychodząc z sali kinowej wiedziałam już że oto obejrzałam mój osobisty film roku a na dodatek zyskałam drugi (obok „Upiora w operze”) ukochany musical.

No właśnie, musical. To było pierwsze wielkie zaskoczenie wieczoru, bo spodziewałam się zwykłego filmu (nie czytałam wcześniej żadnych recenzji ani informacji na jego temat). Drugim zaskoczeniem była moja reakcja na to, co dzieje się na ekranie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio film wzbudził we mnie tyle emocji.

Pełen zachwyt – tak mogłabym podsumować moją opinię po zakończonym seansie. Obłędna, bajeczna scenografia (zimowy krajobraz parku wokół zamku! 💖) w połączeniu z raz chwytającymi za serce, innym razem porywającymi do tańca piosenkami, oraz przepiękną historią miłosną poruszyły bardzo czułą strunę w mojej duszy. Siedziałam w fotelu oczarowana tym co widzę i słyszę i chciałam aby film nie miał końca. Przy niektórych piosenkach bardzo trudno było mi usiedzieć spokojnie na czterech literach, nogi same rwały się do tańca, ciało ogarniała fala podrygów i kosztowało mnie sporo wysiłku, aby pozwolić jedynie głowie na rytmiczne kołysanie, choć i tu starałam się robić to delikatnie, aby ludzie siedzący obok mnie nie wzięli mnie za nawiedzoną wariatkę. Podobnie sprawa się miała w przypadku wzruszających melodii, choć tu nie udało mi się tak dobrze kontrolować ciała ogarniętego drgawkami od płaczu, na co wskazywało czułe głaskanie mnie po ramieniu przez Lubego siedzącego obok, który zapewne poczuł jak się cała trzęsę z emocji.

Twórcy zadbali także o sporą dawkę humoru – moim absolutnym faworytem jest szczekający podnóżek Fru-Fru. 😁

Na końcu nie byłam już w stanie kontrolować ciała ogarniętego drgawkami od spazmatycznego szlochu. Aż mi było wstyd wobec ludzi siedzących dookoła (niewielu ale zawsze).

Uwag krytycznych nie mam żadnych, nie przyczepię się nawet do wyboru Emmy Watson do roli Belli. I choć osobiście uważam, że nawet Bestia jest ładniejsza od niej to w końcu de gustibus non est disputandum a poza tym aktorka nadrabia naprawdę ładnym, miło brzmiącym głosem.

Z wielką przykrością przeczytałam za to kilka recenzji po seansie, w których skupiano się na wywlekaniu jakiejś poprawności politycznej, obecności czarnoskórych aktorów w filmie czy wątkach homoseksualnych. Ja oglądałam ten film przede wszystkim sercem a poza tym dla mnie Le Fou był osobą zapatrzoną w Gastona, pragnącą być taki jak on i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógł być w nim zakochany. Może ja po prostu nie widzę wszystkiego tylko w czarno-białych barwach.

Oglądałam wersję 3D w oryginale z napisami.

Myślę, że „Piękna i Bestia” będzie teraz taką moją małą obsesją. Już planuję ściągnąć z domu rodzinnego ozdobny zegar i kandelabr wykonane przez mojego tatę odlewnika a także zakupić imbryk z filiżanką, miotełkę do kurzu oraz mały stołeczek by mieć też swoje 'żyjące' sprzęty i meble. Tak, chyba jednak jestem wariatką.😜

Wystawa storczyków - edycja wiosenna

Wystawa storczyków - edycja wiosenna

W miniony weekend w łódzkim ogrodzie botanicznym miała miejsce wystawa storczyków. Na niewielkiej powierzchni zgromadzono kilkanaście odmian tych pięknych kwiatów pochodzących z różnych zakątków świata.
Wystawa cieszyła się dużym powodzeniem i ściągnęła mnóstwo miłośników nie tyle storczyków co fotografii - pełne zachwytu westchnienia przeplatały się z dźwiękiem migawek aparatów fotograficznych.
Poniżej kilka zdjęć z wystawy:




















Więcej zdjęć na drugim blogu.
Maria S. Cummins - Tajemnica Gerty

Maria S. Cummins - Tajemnica Gerty


Trafiłam niedawno na wcześniej zupełnie mi nieznaną pozycję z klasyki literatury młodzieżowej, która zachwyciła mnie do tego stopnia, że nawet w pracy wykorzystywałam każdą wolną chwilę na czytanie. Mowa o debiutanckiej powieści dla dziewcząt "Tajemnica Gerty" autorstwa dziewiętnastowiecznej amerykańskiej pisarki Marii Cummins.
Bohaterką powieści jest ośmioletnia Gerta, która osierocona przez matkę wychowuje się w domu okrutnej opiekunki, gdzie doświadcza upokorzeń i przemocy. Udaje jej się wyrwać z nędzy dzięki staremu latarnikowi oraz jego niewidomej znajomej. Przyszłość kryje przed nią jednak jeszcze wiele trudów, które ukształtują jej charakter oraz znajomości, które pozwolą odkryć Gercie tajemnicę jej pochodzenia.
Nie da się nie dostrzec wad tej powieści - w oczy rzuca się przede wszystkim silny moralizatorsko-dydaktyczny charakter, czarno-białe postaci oraz cudowne zbiegi okoliczności ale jeśli przymkniemy na nie oko ukaże nam się to, co najważniejsze czyli piękne wartości, które propaguje autorka takie jak prawość, uczciwość, brak pychy, lojalność wobec bliskich, wierność wyznawanym wartościom i zasadom. Kierunek jaki wskazuje Maria Cummins na drodze do kształtowania charakteru jest mi bardzo bliski a wiele z przedstawionych w powieści wartości sama wyznaję.
Klimatem powieść przypominała mi nieco "Małą księżniczkę" Francis H. Burnett, która także zrobiła na mnie spore wrażenie. Jeśli lubicie powieści Burnett, Montgomery, Alcott czy Spyri, to i historia Gerty przypadnie Wam do gustu.
P.S. I chyba po raz pierwszy polskie tłumaczenie tytułu uważam za lepsze od oryginału. Latarnik odgrywa wprawdzie istotną rolę na początku powieści ale to przecież nie jest opowieść o nim...

Moja ocena: 5/6

autor: Maria Susanna Cummins
tytuł: Tajemnica Gerty
tytuł oryginału: The Lamplighter
tłumaczenie: Janina Buchholtzowa
wydawnictwo: Novus Orbis
liczba stron: 160



Podsumowanie lutego

Podsumowanie lutego


Pod względem czytelniczym luty wypadł skromnie w porównaniu do stycznia, ale to chwilowy zastój. Przyszły miesiąc znów obrodzi w nowe wspaniałe lektury, już teraz mogę Wam to obiecać.  Zaczęłam czytać m.in. jedno opasłe tomiszcze, które spodziewałam się skończyć jeszcze w lutym ale lektura okazała się tak świetna, że wcale nie mam ochoty tak szybko się z nią pożegnać. Recenzja pojawi się więc dopiero w marcu a ja zdradzę Wam tylko, że będzie to pierwsza kandydatka do miana książki roku a jej autorka to moje wielkie tegoroczne odkrycie literackie!

Przeczytane w lutym:
1. Banana Yoshimoto "Tsugumi" 5/6
2. Anna Mularczyk-Meyer "Minimalizm po polsku" 5/6

Przeczytałam także pięć opowiadań zamieszczonych w Nowej Fantastyce nr 2/2017. Poniżej lista tytułów od najlepszego do najsłabszego:
Szymon Stoczek "Wyrównanie"
Seanan McGuire "Córki Posejdona"
Magdalena Kucenty "Czwarta wiadomość"
Michał Smyk "Ballada o Kwiatuszku"
Ian McDonald "Botanica veneris: trzynaście wycinanek wykonanych przez Idę, hrabinę Rathangan"

Na marginesie wspomnę tylko, że szalenie zaciekawił mnie świat przedstawiony w opowiadaniu "Wyrównanie" należący do gatunku określonego przez redaktora NF jako clockwork-punk. Proszę o więcej takich opowiadań!

Luty był za to miesiącem obfitym w obejrzane filmy a było ich aż siedem! Najsłabiej wypadły produkcje nastawione na młodszych widzów czyli "Bociany" (reż. Nicholas Stoller, Doug Sweetland) i "Księga Dżunglii" (reż. Jon Favreau). Pierwszy był dla mnie mało zabawny i miał potwornie głupią i irytującą główną bohaterkę zaś drugi po prostu nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Historia chłopca wychowanego w dżungli nigdy mnie nie pociągała, stąd też do tej pory nie sięgnęłam także po książkę. Bardzo podobał mi się za to Benedict Cumberbatch jako "Doktor Strange" (reż. Scott Derrickson), choć spotkałam się z opinią, że wykreowany przez niego bohater jest antypatyczny i odpychający. Być może za bardzo przyzwyczaiłam się do pyszałkowatego Sherlocka Holmesa w jego wykonaniu, bo zapalałam do pana doktora sympatią już od pierwszej sceny. "Fantastyczne zwierzęta i gdzie je znaleźć", po których wiele sobie obiecywałam okazały się z kolei zupełnie przeciętnym filmem. 



Dwa obejrzane w tym miesiącu dramaty okazały się bardzo dobrymi i zapadającymi w pamięć produkcjami. Początkowo nie byłam przekonana do "Mr. Church'a" (reż. Bruce Beresford) ale ostatecznie nie żałuję, że dałam się namówić na seans. Piękny film o przyjaźni, na dodatek oparty na prawdziwej historii. No i chyba pierwszy raz w życiu miałam okazję podziwiać Eddiego Murphy'ego nie w komediowej roli. Pięknie o rodzącej się przyjaźni oraz o pokonywaniu własnych uprzedzeń opowiada nieco starszy film "Gran Torino" (reż. Clint Eastwood). I choć przez większość czasu uśmiech nie schodzi nam z twarzy, to końcówka jest bardzo gorzka. Film zdecydowanie zmuszający do myślenia, nie pozostawiający widza obojętnym wobec wydarzeń na ekranie.
Najlepszym filmem okazał się jednak "Nowy początek" (reż. Denis Villeneuve) nakręcony na podstawie opowiadania Teda Chianga. To jeden z tych rzadko spotykanych filmów science-fiction, które nie są nastawione na oszałamiające efekty specjalne a skupiają się na chęci przekazania widzowi pewnych prawd, zmuszając go do myślenia, wyciągania wniosków. Zakończenie zaskakujące - przez cały film nie byłam w stanie domyślić się, do czego to wszystko zmierza. Zdecydowanie chcę przeczytać opowiadanie, na którego podstawie nakręcono ten film.

Anna Mularczyk-Meyer - Minimalizm po polsku

Anna Mularczyk-Meyer - Minimalizm po polsku


Zachwycona "Minimalizmem dla zaawansowanych" sięgnęłam po debiut literacki Anny Mularczyk-Meyer, autorki bloga http://www.prostyblog.com/
W swojej pierwszej książce autorka skupia się na przybliżeniu nam zjawiska minimalizmu od typowo polskiej strony. Wyjaśnia dzisiejszy konsumpcjonizm Polaków i przywiązanie do rzeczy materialnych szukając korzeni tych zjawisk w czasach PRL-u. Obala także wiele mitów narosłych wokół pojęcia "minimalizm" i udowadnia, że mając mniej można żyć lepiej.
Bardzo podoba mi się spojrzenie pani Anny na świat, z wieloma jej poglądami się identyfikuję. Obie książki autorki skupiają się na psychologicznej stronie problemu, próbach uświadomienia czytelnikowi, że posprzątanie raz a dobrze nie jest skutecznym i długotrwały rozwiązaniem, bo usuwa skutek a nie przyczynę naszych kłopotów.
Cudna książka, napisana bez zadęcia czy prób wpasowania się w aktualną modę, traktująca temat prosto, z głębi serca. Myślę, że będzie stanowić ogromną inspirację i będzie rzetelnym przewodnikiem po świecie minimalistycznego życia dla osób początkujących w tym temacie.

Moja ocena: 5/6

autor: Anna Mularczyk-Meyer
tytuł: Minimalizm po polsku
wydawnictwo: Czarne
liczba stron: 192


Banana Yoshimoto - Tsugumi

Banana Yoshimoto - Tsugumi


Zgodnie ze złożoną w zeszłym roku deklaracją powoli zapoznaję się z twórczością Banany Yoshimoto, która swoimi opowiadaniami "Kitchen" i "Moonlight Shadow" skradła mi duszę i serce. Tym razem mój wybór padł na "Tsugumi", klimatyczną opowieść o ostatnim lecie spędzonym przez narratorkę Marię w  zajeździe prowadzonym przez jej wujostwo. Maria wspomina chwile spędzone  z kuzynkami Tsugumi i Yoko w małej nadmorskiej miejscowości, przywołuje z pamięci ich wspólne zabawy, problemy, kłótnie. Jej uwaga skupia się na tytułowej Tsugumi, ciężko chorej i wydelikaconej piękności, która swoim bezpośrednim i dosyć ordynarnym stylem bycia zmusza Marię do przemyśleń.
Nastrój panujący w "Tsugumi" jest odmienny od tego panującego w dwóch poprzednich opowiadaniach. Wyraźnie da się tu odczuć pewną dozę melancholii, jednak nie ma tu tego wszechogarniającego lirycznego smutku. Yoshimoto posługuje się bardzo oszczędną paletą środków wyrazu, język jest prosty i lekki, choć już nie zachwyca tak mocno jak w "Kitchen/Moonlight Shadow". Może to kwestia tłumaczenia, tym razem książkę czytałam już po polsku. Nie zmienia to jednak faktu, że obrazy wyłaniające się spomiędzy wersów nadal wywołują uśmiech na mojej twarzy, nadal chłonę całą sobą ten cudowny wspomnieniowy klimat i zachwycam się dialogami i zachowaniami bohaterów, tak odmiennymi od naszych europejskich.

Moja ocena: 5/6

autor: Banana Yoshimoto
tytuł: Tsugumi
tytuł oryginału: TUGUMI

tłumaczenie: Gabriela Rzepecka
wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
liczba stron: 152
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger