Gangaji - Diament w twojej kieszeni

Gangaji - Diament w twojej kieszeni


Może w ogóle nie powinnam pisać tej recenzji, skoro rzecz dotyczy ebooka niewiadomego pochodzenia i tak właściwie sama sobie jestem winna, że zamiast kupić normalną, papierową wersję wolałam najpierw zapoznać się z tekstem elektronicznym wyłowionym z czeluści internetu. Z drugiej strony nie wiem, czy wersja papierowa sygnowana przez jedno z moich najukochańszych wydawnictw - Biały Wiatr - nie jest powieleniem tego translatorskiego horroru i czy czasem nie zaoszczędziłam tych trzydziestu paru złotych...

Zacznijmy pokrótce od opisu, o czym tak właściwie jest przeczytana przeze mnie książka. Otóż Gangaji to pseudonim duchowej przewodniczki, która przekazuje światu nauki, które sama otrzymała od swojego hinduskiego mistrza Papaji. Zachęca ona do świadomej samorealizacji, do zatrzymania się i przyjrzenia się swojemu życiu, do odrzucenia na chwilę wszystkiego co zewnętrze, skupienia się na własnym wnętrzu i odkrycia diamentu, który wszyscy w sobie nosimy. Zapewne jest to bardzo ciekawa książka, zmuszająca do myślenia i zapraszająca do wprowadzania zmian w życiu, niestety mnie nie było dane się o tym przekonać z winy tłumacza, który przekształcił tę pozycję w coś literacko kompletnie niestrawnego.

Ebook, który przeczytałam sygnowany jest przez nieznane mi wydawnictwo Samadi (strona www nie istnieje), tłumaczem jest pan Jakub Filipek a redaktorem, grafikiem i korektorem niejaki pan Michał Filipek. Zbieżność nazwisk jak mniemam nie jest przypadkowa, pewnie rodzinny biznes. W dzisiejszych czasach każdy może napisać książkę, każdy może ją też przetłumaczyć i 'wydać' w internecie. Niestety. Niestety, bo potem trafiają do sieci takie 'perełki' jak ta, którą Wam dzisiaj przedstawiam... A moje obawy co do nakładu wydawnictwa Biały Wiatr wiążą się z tym, że nazwisko pana Jakuba Filipka dalej widnieje w wykazie tłumaczy - wprawdzie pojawia się tam jeszcze pan Dariusz Wróblewski, który być może wystąpił jako ten, który opierał się na tłumaczeniu pana Filipka, wygładził je i dopracował ale dopóki nie będę miała w rękach egzemplarza z wydawnictwa Biały Wiatr, to się wypowiadać nie będę.

Otóż dzisiaj nie będę koncentrować się na treści książki a na jej przekładzie. Jak to się stało, że tłumaczenia podjęła się osoba, która o tym fachu nie ma zielonego pojęcia?! Wiecie, tu nie chodzi o to, że kilka zdań zostało koślawo przetłumaczone czy że przekład jest nieco sztywny, co utrudnia płynne czytanie.

Tego w ogóle nie da się czytać!

W trakcie lektury wielokrotnie zastanawiałam się, czy nie porzucić polskiego przekładu na rzecz angielskiego oryginału, bo serce mi krwawiło i mózg uszami wypływał w kontakcie z językowym inwalidztwem tłumacza. Nie wiem, jak inaczej scharakteryzować translatorskie umiejętności pana Jakuba Filipka niż jako poważne językowe upośledzenie.

Ale przejdźmy do rzeczy - o co tak naprawdę mam pretensje. Cytatów nie będzie, bo musiałabym tu przytoczyć jakieś 99% książki...

1. Tłumacz nie ma bladego pojęcia o tematyce książki, którą przekłada. Nie 'czuje' tematyki związanej z rozwojem duchowym, nie rozumie sensu zdań, które tłumaczy.

2. Tłumaczenie odbywa się na zasadzie 1:1, zostaje zachowana budowa oraz tryb zdania oryginalnego, co daje kuriozalne efekty w języku polskim. Zamiast tłumaczyć sens, daną myśl, tłumacz przekłada słowo w słowo nie zadając sobie trudu stworzenia spójnej wypowiedzi. Często zastanawiałam się jak wyglądałby ten przekład, gdyby językiem wyjściowym był niemiecki, gdzie w zdaniach podrzędnie złożonych czasownik często ląduje na samym końcu zdania. W polskiej konstrukcji zdaniowej też znalazłby się na końcu?

3. Rażące błędy merytoryczne wynikające ze zjawiska tzw. false friends czyli wyrazów które brzmią bardzo podobnie w dwóch językach ale mają różne znaczenie. W przypadku "Diamentu..." autor przekładu notorycznie tłumaczył słowo 'realize' (zdawać sobie sprawę, uświadamiać sobie coś) jako 'realizować'.

Wyszedł z tego translatorski potwór, który powinien być analizowany na warsztatach czy studiach podyplomowych dla tłumaczy jako przykład, jak NIE NALEŻY tłumaczyć.

Tym razem pominę ocenę książki, bo dawanie jej jedną gwiazdkę za nieumiejętne tłumaczenie byłoby po prostu niesprawiedliwe.

autor: Gangaji
tytuł: Diament w Twojej kieszeni
tytuł oryginału: The diamond in your pocket
tłumaczenie: Jakub Filipek
wydawnictwo: Samadi
liczba stron: 202
Anna Bikont, Joanna Szczęsna - Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej

Anna Bikont, Joanna Szczęsna - Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej


Powiem wprost - poezja Wisławy Szymborskiej nigdy nie należała do kręgu moich literackich zainteresowań. Nie wzbudzała mojego zachwytu, nie poruszała ukrytych strun w duszy, nie 'czułam' jej zupełnie. Przemawiały do mnie raptem pojedyncze frazy, akapity, jedna myśl ciekawie uchwycona w słowa. Jakże się więc cieszę, że zupełnie przypadkowo świat Wisławy Szymborskiej uchylił przede mną swe wrota. Ach, jak ja kocham za to literaturę! Za te nieoczekiwane momenty olśnień, przez przypadek pojawiające się w naszym życiu postaci i fabuły, które zostają już z nami na zawsze! Bo właśnie w taki sposób osoba Wisławy Szymborskiej pojawiła się niedawno w moim życiu - nie poezja (choć ta po części oczywiście też) ale właśnie sama postać poetki, której życie i osobowość wprawiły mnie w niepohamowany zachwyt.
Anna Bikont i Joanna Szczęsna wykorzystując wieloletnią znajomość z poetką stworzyły biografię-nie-biografię, która nie mieście się w sztywnych ramach gatunku. Napisały opowieść o wspaniałym człowieku, pisaną z wielkiej sympatii i prosto z serca. Jest tu wiele z gawędy i wspomnień, nie tylko autorek ale także osób przez lata związanych z Szymborską czy to zawodowo czy prywatnie. 
Początkowe rozdziały skupiają się na próbie chronologicznego uchwycenia życia przyszłej noblistki, poczynając od narodzin, poprzez liczne przeprowadzki rodziny, ukończenie szkół, pierwszą pracę i nieśmiałe próby literackie. Dopiero w drugiej połowie książki autorki odchodzą od chronologii na rzecz tematycznego podziału opisywanych sfer życia.
Całą sobą zachwyciłam się osobowością Szymborskiej. Jej ironicznym poczuciem humoru, łagodnością, skromnością a nawet (a może przede wszystkim!) różnymi dziwactwami! Wyklejanki wysyłane przyjaciołom i znajomym z różnych okazji, radocha z robienia sobie zdjęć pod tablicami miejscowości o kuriozalnych/śmiesznych nazwach, organizowanie wśród przyjaciół tzw. "loteryjek", w których jeden z zaproszonych na kolację gości wygrywał jakiś kiczowaty przedmiot z kolekcji poetki czy doszukiwanie się motywów z greckiej mitologii w serialu "Dynastia" - no jak tu nie kochać osoby o takich zainteresowaniach?
Pierwsze rozdziały, w których czytelnik poznaje historię rodziny Szymborskiej a zwłaszcza jej ojca, Wincentego Szymborskiego, który był zarządcą dóbr ziemskich hrabiego Zamoyskiego (Tak! Tego Zamoyskiego!) czytałam z wypiekami na twarzy. Dla mnie jako miłośniczki historii oraz życia literackiego Tatr i Zakopanego była to nie lada gratka. Największą radochę miałam jednak podczas czytania rozdziałów poświęconych wyklejankom do przyjaciół czy wyliczaniu różnego rodzaju dziwactw poetki, choć moim zdaniem i tak nic nie przebije rozdziału poświęconemu Michałowi Rusinkowi, wieloletniemu sekretarzowi poetki, gdzie podczas czytania nieomal przez cały czas płakałam ze śmiechu.
I oczywiście napaliłam się teraz na "Lektury nadobowiązkowe" oraz "Rymowanki dla dużych dzieci". Poezja jeszcze będzie musiała poczekać.
Z całego serca polecam Wam biografię-gawędę duetu Bikont-Szczęsna, nawet jeśli nie jesteście miłośnikami poezji! Szymborska zachwyci Was jako człowiek, jestem tego pewna. Kandydatką do miana książki roku ta pozycja może nie jest, ale z całą pewnością znajdzie się w pierwszej dziesiątce the best of the best.

Moja ocena: 6/6 

autor: Anna Bikont, Joanna Szczęsna
tytuł: Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej
wydawnictwo: Znak
liczba stron: 576

Elżbieta Jackiewiczowa - Tancerze

Elżbieta Jackiewiczowa - Tancerze


Ciągnie mnie w te wakacje do literatury popularnej w czasach PRL-u, przetrząsam półki z książkami w bibliotece i rodzinnym domu i po każdej wizycie wracam do siebie z jakąś wyłowioną perełką.
Ostatnio przeczytałam "Tancerzy" Elżbiety Jackiewiczowej, książkę dla młodzieży, która ukazała się drukiem na początku lat 60-tych XX wieku.

Jest to opowieść o grupie przyjaciół/znajomych tuż po maturze, wkraczających w dorosłe życie, próbujących zrzucić pęta domowego reżimu, przeciwstawiający się zastanej rzeczywistości, konwenansom, obłudzie życia społecznego. Oprócz problemów typowych dla wieku bohaterów Jackiewiczowa genialnie wplata w fabułę tło społeczno-obyczajowe czasów PRL oraz zwraca uwagę na różnice w statusie ekonomicznym przyjaciół. Ta książka to kopalnia wiedzy na temat życia w tamtych czasach, choć obawiam się, że współczesna młodzież będzie mocno kręcić nosem podczas czytania, bo nie da się ukryć, że to powieść, która mocno trąci myszką, także w sferze dialogów.


Jestem zdania, że warto się nieco pomęczyć ze stylem i mimo wszystko dać szansę "Tancerzom", zwłaszcza, że w kwestii konfliktów na linii nastolatek - rodzice niewiele się przez te dziesięciolecia zmieniło i wiele młodych czytelników może odnaleźć się wśród problemów dotykających Urszulę, Magdę, Pawła, Teresę, Krzysztofa czy Jadwigę. To ludzie z krwi i kości, zaangażowani myślowo i uczuciowo, ambitni, mocno reaktywni. Zdziwiło mnie także, że jak na powieść peerelowską bardzo dużo tu seksu, fizyczności.

Moja ocena: 4/6

autor: Elżbieta Jackiewiczowa
tytuł: Tancerze
wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1972r
liczba stron: 256   
Eustachy Rylski - Po śniadaniu

Eustachy Rylski - Po śniadaniu


Uwielbiam czytać o czytaniu! Fascynują mnie opowieści innych ludzi (zwłaszcza pisarzy!) o tym, co czytają, jakie książki miały wpływ na ich światopogląd, których autorów podziwiają i dlaczego.

W krótkim zbiorze "Po śniadaniu" Eustachy Rylski przedstawia 'siedmiu wspaniałych': autorów, którzy na różnych etapach jego życia fascynowali go i stanowili światopoglądowy kierunkowskaz. Od razu przyznam, że część nazwisk jest mi obca. Zupełnie nie wiem, kim był Andre Malraux, Aleksandra Błoka i Iwana Turgieniewa kojarzę tylko z nazwiska. Hemingway'a, Iwaszkiewicza, Camusa i Capote czytałam ale żaden z tych autorów nie skradł mi duszy.

Niestety wywody pana Rylskiego zupełnie do mnie nie trafiły. Pomijam już fakt, że pisze o postaciach, które nigdy nie były dla mnie ważne ale robi to też w sposób, który mnie jako czytelnika odpycha. To jest bardzo męska proza, afirmująca męską literaturę. Momentami Rylski używa bardzo dosadnego, wulgarnego wręcz języka. To nie jest styl pisania, który akceptuję.

Po lekturze zbiorku nabrałam mimo wszystko ochoty, aby odświeżyć sobie opowiadania Iwaszkiewicza ("Panny z Wilka" oraz "Brzezinę") a także "Dżumę" Alberta Camusa (przywiozłam już nawet stary egzemplarz z domu rodzinnego!).

Moja ocena: 2/6

autor: Eustachy Rylski 
tytuł: Po śniadaniu
wydawnictwo: Wielka Litera
liczba stron: 168


Cassandra Clare - Miasto Kości (cykl Dary Anioła #1)

Cassandra Clare - Miasto Kości (cykl Dary Anioła #1)


Dawno nie czytałam dobrej młodzieżowej fantasy, oj dawno! A wzięty od niechcenia z biblioteki pierwszy tom cyklu Dary Anioła okazał się być wyjątkowo przyjemną i lekką lekturą a co najważniejsze - narobił mi niezłego apetytu na dalsze tomy serii.

Akcja skupia się wokół nastoletniej Clary, której matka ginie w dziwnych okolicznościach. Clary próbując odnaleźć zaginioną rodzicielkę trafia na tzw. Nocnych Łowców, którzy chronią świat przed demonami, wampirami i innymi groźnymi stworzeniami z innych wymiarów. Z ich pomocą stopniowo odkrywa rodzinne tajemnice oraz swoje przeznaczenie.

To bardzo zwięzły opis fabuły ale nie chciałabym niczego spojlerować. Możecie mi wierzyć na słowo, że dzieje się tu tyle, że raczej nie powinniście się nudzić. Praktycznie każdy rozdział przynosi jakąś nową informację, zmienia postać rzeczy, zmusza do spojrzenia na to, co działo się do tej pory z innej perspektywy. A na koniec autorka serwuje nam taki twist, że nawet mnie - czytelniczce, którą naprawdę mało co zaskakuje - szczęka opadła do samej podłogi.

Pod względem klimatu książka Cassandry Clare szalenie wręcz kojarzyła mi się z moim ukochanym serialem z czasów nastoletnich - "Buffy postrach wampirów" (byłam psychofanką 😜). Nie wiem, czy autorka w jakikolwiek sposób inspirowała się światem przedstawionym w tym serialu ale były momenty, kiedy wręcz nie mogłam się odpędzić od skojarzeń z w/w serialem.

Bransoletka oraz t-shirt na poprzednim zdjęciu to wygrana w konkursie

Wady? W moim odczuciu tylko jedna: zbyt długie i nic nie wnoszące do akcji dialogi pomiędzy bohaterami. Ale zaznaczam, że jako 35-latka nie jestem targetem tej powieści i flirty i przekomarzania bohaterów zwyczajnie mnie nudziły. Podejrzewam, że nastolatki czy młode studentki lepiej się odnajdą w tych klimatach. W moim wieku nieco inaczej patrzy się na miłość i związki (także w literaturze!).

Serialu na podstawie cyklu nie oglądałam i nie zamierzam. Dobór aktorów skutecznie mnie odstrasza.

P.S. I na litość boską! Czy ktoś mógłby wydać tę serię w Polsce z mniej ohydnymi okładkami?!

Moja ocena: 5/6

autor: Cassandra Clare 
tytuł: Miasto Kości (cykl Dary Anioła #1)
tytuł oryginału: City of Bones
tłumaczenie: Anna Reszka
wydawnictwo: MAG
liczba stron: 508
Podsumowanie maja i czerwca

Podsumowanie maja i czerwca


Już zapewne zdążyliście się domyślić, że cisza na blogu spowodowana jest brakiem czasu - ale tylko na pisanie bo czytać staram się zawsze i wszędzie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się skończyć tylko dwie książki, mam zaczętych kilka innych. Na urlopie też nie było kiedy czytać - wiem, wiem, większość książkoholików kiwa teraz ze zdziwieniem głową. Jak to? Przecież urlop jest właśnie czasem największego nadrabiania czytelniczych zaległości! Otóż nie u mnie. Urlop spędzam aktywnie - chodzę po górach. Wychodzimy z kwatery raniutko by wrócić do niej dopiero wieczorem, zmęczenie jest często tak duże, że sił starcza już tylko na prysznic i ewentualnie jeden odcinek serialu lub film.
Ale muszę przyznać, że marzy mi się choć kilka dni wolnych,  które będę mogła spędzić po prostu w domu z książką w ręku. Tęsknię do takiego wypoczynku.

W maju przeczytałam cztery książki i wysłuchałam jednego audiobooka:
1. Adina Grigore "Szczęśliwa skóra"
2. Kathy Page "Paradise and elsewhere"
3. Robert Seethaler "Ein ganzes Leben / Całe życie"
4. Marie Kondo "Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce"
5. David Allen "Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności" 

To bardzo dobry wynik jak na mnie!
W czerwcu natomiast skończyłam tylko dwie książki - jedną przed urlopem, drugą po. Recenzji nie zdążyłam jeszcze napisać, pojawią się one w lipcu.

1. Cassandra Clare "Miasto Kości"
2. Eustachy Rylski "Po śniadaniu"


Pod względem filmowym maj zakończyłam z wynikiem zerowym, za to w czerwcu na urlopie obejrzałam trzy filmy. Jeden okazał się totalnym gniotem, dwa były mocno średnie.
Nie jestem jakąś szczególną fanką komiksowych bohaterów (wyjątkiem jest Batman!), oglądam te filmy dla czystej rozrywki ale chwalony przez recenzentów "Logan: Wolverine" (reż. James Mangold) wynudził mnie strasznie. Tak, starość byłych superbohaterów jest bardzo ludzka: trudna, bolesna i upierdliwa. I niestety nudna. "Wielki Mur" (reż. Yimou Zhang) też nie zrobił na mnie większego wrażenia ale dostarczył na tyle dość przyzwoitej akcji, że nie musiałam przysypiać. Totalnym gniotem okazał się natomiast film "X-Men: Apocalypse" (reż. Bryan Mangold) i jest to pierwszy w tym roku kandydat do miana gniota roku. Jest to film tak głupi, że musiałam go sobie podzielić na dwa seanse, nie szło tego obejrzeć za jednym posiedzeniem. Bzdurna fabuła, dialogi rodem z meksykańskiej telenoweli i akcent polski wywołujący gest zwany facepalmem. Nie, nie, nie. NIE. 
David Allen "Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności" (audiobook)

David Allen "Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności" (audiobook)


Mam bardzo mieszane uczucia odnośnie tej książki.

Jestem osobą myślącą, nie boję się używać szarych komórek. Większość problemów jakie napotykam w życiu zawodowym staram się rozwiązywać samodzielnie a tam, gdzie jest to możliwe szukam dodatkowo sposobów na ułatwienie sobie wykonywania pewnych zadań (zwłaszcza jeśli są powtarzalne). Dlatego też zdecydowana większość porad pana Allena nie stanowiła dla mnie nowości ani odkryć na miarę Ameryki -  część z nich stosuję od dawna i nie potrzebowałam żadnego poradnika aby wpaść na dany pomysł.

Podczas słuchania o metodzie GTD zastanawiałam się w głównej mierze do kogo adresowana jest ta książka, bo odniosłam dziwne wrażenie, że do ludzi nie potrafiących (albo po prostu nie chcących) myśleć. Według Allena jego poradnik skierowany jest do menedżerów wysokiego szczebla i powiem szczerze, że współczuję firmom, które zatrudniają menedżerów potrzebujących tego rodzaju lektury.

Od daty premiery "Getting Things Done" minęło kilkanaście lat a to w dzisiejszym zdigitalizowanym świecie bardzo długi okres czasu. Nie da się ukryć, że niektóre porady Allena trącą myszką.
Poza tym czy ludzie naprawdę nie wiedzą do czego służą teczki i segregatory i czy trzeba przedstawiać im szczegółową listę artykułów biurowych, w które powinni się zapatrzyć aby sprawnie realizować się w tzw. pracach biurowych?

Wydaje mi się, że Allen niekiedy za bardzo skupia się na rozdrabnianiu pewnych zadań na poszczególne etapy zamiast po prostu wykonać dane zadanie. Jest w książce podany taki jeden kompletnie absurdalny dla mnie przykład umawiania się z klientem an obiad. Allen radzi jak rozpisać to zadanie na kilkanaście etapów (!) co w efekcie trwa trzy razy dłużej niż zwyczajne podniesienie słuchawki i po prostu wykonanie tego telefonu.

Irytował mnie także użyty w książce język. Mówiąc o rzeczach prostych i nieskomplikowanych autor używa obco brzmiących sformułowań i naukowych terminów, zapewne chcąc w ten sposób nadać swojej wypowiedzi powagi i kompetencji, jednak w moim odczuciu brzmi po prostu śmiesznie.

Wiem, że jest to bardzo popularna pozycja, wiele osób zachwyca się metodą GTD. Jeżeli okazuje się pomocna - to super. W moim przypadku publikacja ta nie wniosła niczego nowego do mojego zawodowego życia i przyznam, że zupełnie nie rozumiem jej fenomenu.

Moja ocena: 1/6

autor: David Allen 
tytuł: Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności
czyta: Marcin Fugiel
wydawnictwo: Onepress
czas nagrania: 10godz 16min

Marie Kondo - Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce

Marie Kondo - Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce


Odnoszę wrażenie, że kontynuacja słynnego na całym świecie bestsellera o sprzątaniu to nic innego jak odcinanie kuponów od sukcesu części pierwszej. Tak właściwie cała treść "Tokimeki" to powtórka z rozrywki wzbogacona zapełniaczami stron w postaci rysunków.

Książka podzielona jest na trzy części: w pierwszej ("Mistrzowskie rady KonMarie") mamy do czynienia ze streszczeniem filozofii sprzątania przedstawionej w poprzednim poradniku. Część druga ("Encyklopedia sprzątania") to zbiór rad i wskazówek dotyczących porządkowania konkretnych grup rzeczy (czyli znowu powtórka z rozrywki plus całe mnóstwo rysunków jak składać poszczególne części garderoby. Swoją drogą - czy tylko ja uważam, że ubrania składane według rad KonMarie wyglądają potem jak wyciągnięte psu z gardła?). Przyznaję, że tę część głównie przebiegałam wzrokiem. Ostatnia część ("Magia zmieniająca życie") traktuje o powiązaniach pomiędzy sprzątaniem a naszym życiem osobistym czy zawodowym. To taka bardziej filozoficzno-psychologiczna część, chyba najciekawsza w całej książce.

'Tokimeki' w języku japońskim oznacza coś, co daje radość. Autorka poradnika opiera swoją filozofię sprzątania na pytaniach czy dana rzecz wywołuje w nas pozytywne uczucia, jednak momentami tak zapędza się w argumentach za wyrzuceniem połowy dobytku, jakby zupełnie zapominała, że przecież istnieją rzeczy, które niekoniecznie sprawiają nam radość ale są jednak przydatne (po co ci młotek skoro możesz wbijać gwoździe żeliwną patelnią - mój ulubiony przykład, totalnie rozłożył mnie na łopatki). Rozumiem ideę minimalizmu polegającą na posiadaniu niewielkiej ilości sprzętów (sama mam np. jeden duży wazon na kwiaty a w roli mniejszego doskonale sprawdza się zwykły słoik owinięty ozdobną szarfą, rafią czy jakimś kawałkiem materiału) ale namawianie mnie do bezmyślnego pozbywania się wszystkiego jak leci wcale mnie nie bawi.

Jednego nie można tej książce odmówić - ona naprawdę wywołuje dziką chęć sprzątania. Podobnie jak w przypadku "Magii sprzątania" należy tylko pamiętać aby rady KonMarie wprowadzać w życie z głową.  

Moja ocena: 3/6

autor: Marie Kondo 
tytuł: Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce
tytuł oryginału: Spark Joy
tłumaczenie: Magdalena Macińska
wydawnictwo: Muza S.A.
liczba stron: 301
Robert Seethaler - Całe życie (Ein ganzes Leben)

Robert Seethaler - Całe życie (Ein ganzes Leben)



Nie będę owijać w bawełnę i od razu napiszę, że wychwalana w blogosferze (i nie tylko!) powieść austriackiego pisarza, scenarzysty i aktora Roberta Seethalera nie zrobiła na mnie tak piorunującego wrażenia, jakiego spodziewałam się przeczytawszy te wszystkie zachwyty dookoła. Nie twierdzę jednak, że jest kiepska - bo nie jest. To po prostu powolna i bardzo spokojna opowieść o życiu pewnego przeciętnego i prostego człowieka, jego pokorze wobec natury i wobec życia samego w sobie. Myślę, że sukces wydawniczy tej powieści jest związany z wszechobecną modą na powrót do natury, życie w rytmie slow i cieszenie się tym, co tu i teraz.
Tłem dla opowieści o życiu Andreasa Eggera są burzliwe losy świata w XX wieku oraz cywilizacyjny rozwój alpejskiej doliny, w której mieszka bohater. Wydarzenia historyczne są nierozerwalnie związane z życiem w małej alpejskiej wiosce, nadają kierunek do rozwoju i odciskają piętno na jej mieszkańcach.
To powieść bardzo oszczędna w słowach, trzymająca emocje na uwięzi. Seethaler jest tak samo powściągliwy w opisywaniu tragedii jak i chwil szczęścia. Czytałam tę powieść w oryginale i uważam, że melodia języka niemieckiego wspaniale współgra z surowością narracji, z klimatem tej opowieści. Czytelnikom znającym dobrze język niemiecki polecam sięgnięcie po oryginał.

Moja ocena: 4/6

autor: Robert Seethaler
tytuł: Całe życie
tytuł oryginału: Ein ganzes Leben 
tłumaczenie: Ewa Kochanowska
wydawnictwo: Otwarte
liczba stron:184

autor: Robert Seethaler
tytuł: Ein ganzes Leben
wydawnictwo: Goldmann Verlag
liczba stron:192
Kathy Page - Paradise and elsewhere

Kathy Page - Paradise and elsewhere



Jako że maj ustanowiony został jako 'international short story month' postanowiłam przeczytać choć jeden tom zawierający krótką formę literacką. Mój wybór padł na zbiór autorstwa Kathy Page, który mignął mi niedawno w internecie i z opisu wydał się wart zainteresowania.

Tematyka wokół której krąży Page to przede wszystkim inność i poczucie wyobcowania. Autorka wrzuca swoich bohaterów w nieznane im środowisko i jak laborantka obserwuje pod mikroskopem ich reakcje, zachowania, odczucia. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki napisane są te opowiadania. Czytelnik ma wrażenie, że stoi gdzieś w ukryciu i z niezdrową wręcz fascynacją podgląda bohaterów w danej sytuacji. Opowiadania są bardzo klimatyczne, mroczne, niepokojące, cały czas wyraźnie można wyczuć czające się w powietrzu niebezpieczeństwo czy tragedię a to jeszcze bardziej podsyca w czytającym chęć dalszej lektury. "I like to look" mówi protagonistka jednego z opowiadań i to samo można powiedzieć o czytelniku tego zbioru - zafascynowanym tym, co widzi stojąc gdzieś z boku i niemogącym przestać 'patrzeć'.

Zbiór zawiera 14 opowiadań i jest w mojej opinii dosyć nierówny. Nie wszystkie historie mnie porwały, nie wszystkie do końca zrozumiałam, jest kilka, w których nie mogłam dopatrzeć się celu ani głębszego sensu ale znalazło się także parę perełek. Do moich faworytów należą zwłaszcza: "The Ancient Siddanese" oraz "Low Tide". Pierwsze, opisujące historię powstania pewnego starożytnego miasta, zafascynowało mnie do tego stopnia, że po jego skończeniu zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji na ten temat. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, ze takie miasto nigdy nie istniało a całość została zmyślona przez autorkę. Tym bardziej chylę czoła przed talentem pisarskim i wyobraźnią pani Page - byłam w stu procentach pewna, że to historia oparta na faktach!

Jeżeli nie straszne Wam czytanie po angielsku serdecznie polecam Wam zapoznanie się ze zbiorem "Paradise and elsewhere". Mnie styl pisania Kathy Page przekonał na tyle, że w przyszłości chętnie zapoznam się z innymi jej utworami jeśli gdzieś na takowe trafię.

Moja ocena: 4,5/6

autor: Kathy Page 
tytuł: Paradise & Elsewhere
wydawnictwo: Biblioasis
liczba stron: 128


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger