Maja Lidia Kossakowska - Bramy Światłości

Maja Lidia Kossakowska - Bramy Światłości


Są takie książki, które przyciągają nas do siebie w jakiś tajemniczy i niewytłumaczalny sposób. Czasem wystarczy jedno spojrzenie na okładkę, by dany tytuł prześladował nas przez kilka dni, nie pozwalał o sobie zapomnieć, krzyczał do nas ze sklepowych regałów, wyciągał do nas ręce z rozdzierającym krzykiem "Kup mnie! Nie zawiedziesz się!". Po przeczytaniu opisu na okładce wpadłam po uszy, spać po nocach nie mogłam. Klamka zapadła. Będąc przy najbliższej okazji w księgarni bez mrugnięcia okiem kupiłam książkę po cenie okładkowej.

Tak w moim życiu pojawiły się "Bramy Światłości".

To moja pierwsza książka autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej, nigdy wcześniej nie miałam przyjemności czytać nic z jej dorobku, choć nazwisko to przewijało się tu i ówdzie i próbowało mnie do siebie przyciągnąć. I dobrze, że w końcu się udało, bo twórczość pani Mai zdaje się być moim wielkim tegorocznym odkryciem literackim!

"Bramy Światłości" należą do cyklu Zastępów Anielskich ale znajomość wcześniejszych tomów nie jest konieczna, ponieważ mamy tutaj do czynienia z zupełnie nową historią. Ogniwem łączącym są bohaterowie. Jeśli ktoś czytał "Żarna Niebios", "Siewcę Wiatru" czy "Zbieracza Burz" z pewnością dostrzega więcej smaczków niż czytelnik, który po raz pierwszy styka się ze Skrzydlatymi, bo zna przeszłość bohaterów.

Ale przejdźmy do treści:
Po nagłym odejściu Pana regentem Królestwa został Gabriel, który z pomocą kilku skrzydlatych braci usiłuje utrzymać w tajemnicy, że tron Jasności jest pusty. Kiedy z jednej ze swoich wypraw badawczych wraca Sereda, uczona Świetlista i informuje, że najprawdopodobniej odkryła miejsce bytności Pana, zostaje zorganizowana ekspedycja badawcza mająca na celu sprawdzenie, czy Pan faktycznie przebywa w Strefach Poza Czasem czy też jest to jedynie pułapka Antykreatora, pana złych mocy. Przywódcą wyprawy zostaje Daimon Frey, Tańczący na Zgliszczach, który nie za bardzo potrafi dogadać się z Seredą...

Jestem tak zachwycona tą prozą, że aż nie wiem, od czego zacząć moje peany! Może od tego, że jestem absolutnie zakochana i odurzona tym, co Maja Lidia Kossakowska skrywa w swoim umyśle a a konkretnie rozbuchaną wyobraźnią i równie nieposkromionym językiem. Światy, które kreuje autorka zapierają dech w piersiach a styl, jakim są opisane powala na kolana. W tym miejscu muszę jednak wskazać na jeden - jakże bolesny dla mnie fakt. To nie jest proza dla każdego. Styl jest na tyle charakterystyczny, że albo pokocha się go od pierwszego zdania albo znienawidzi. Dla wielu czytelników będzie to przykład czystego grafomaństwa i spowoduje natychmiastowy odruch wymiotny zakończony rzuceniem powieści w kąt. I ja to rozumiem. Nie wszyscy muszą wszystko lubić. Ja jednak pokochałam tę prozę całym sercem, idealnie rezonuje z moim postrzeganiem świata i poczuciem humoru, jest tak bardzo "moja".

W "Bramach Światłości" autorka przenosi swoich skrzydlatych bohaterów do oszałamiająco barwnego i magicznego świata hinduskich wierzeń i mitów. To właśnie te egzotyczne krainy przemierzają członkowie ekspedycji w poszukiwaniu Jasności a wraz z nimi i czytelnik, odurzony mnogością bóstw, krajobrazów i obyczajów. Na końcu książki znajduje się glosa z alfabetycznie ułożonymi terminami z mitologii hinduskiej, ułatwiająca orientację w tym mało znanym dla nas świecie.

Czy powieść, nad którą tak pieję z zachwytu posiada jakieś wady? Nie da się ukryć, że tak. Przyznaję bez bicia, że ilość scen walki była dla mnie zdecydowanie zbyt duża, czego konsekwencją było ostudzenie mojego początkowego zapału do czytania "Bram Światłości" o każdej porze dnia i nocy. W pewnym momencie robi się nieco nudnawo i przewidywalnie - wystarczy, że ekspedycja trafi do nowej krainy i właściwie od razu wiadomo, że trzeba będzie z kimś walczyć. Wolałabym aby Kossakowska inaczej rozwiązała problem "trudności na szlaku". 

Podczas czytania przez cały czas nie opuszczała mnie myśl, że byłby z tej powieści świetny serial - pod warunkiem jednak że nie kręciliby go Polacy. 😉

"Bramy Światłości" to moja pierwsza kandydatka do miana 'Książki Roku' i choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim przypadnie ona do gustu, to mino wszystko polecam bardzo mocno!!! 

Moja ocena: 6/6
 
autor: Maja Lidia Kossakowska
tytuł: Bramy Światłości. Tom 1
wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 512
Podsumowanie lipca i sierpnia

Podsumowanie lipca i sierpnia



Okres wakacyjny zakończyłam wprawdzie skromnie jeśli chodzi o ilość przeczytanych pozycji ale były to książki (w zdecydowanej większości) na tyle dobre, że z całą pewnością trafią do pierwszej dziesiątki najlepszych książek tego roku. 

Przeczytane w lipcu i sierpniu:

1. Elżbieta Jackiewiczowa "Tancerze"
2. Anna Bikont, Joanna Szczęsna "Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej"
3. Gangaji "Diament w twojej kieszeni"
4. Anna Ciesielska "Filozofia zdrowia"
5. Maja Lidia Kossakowska "Bramy Światłości. Tom 1"

Recenzja tej ostatniej już wkrótce.


W tym roku oglądamy z Lubym bardzo mało filmów, królują zdecydowanie seriale. Ostatnimi czasy żaden tytuł nie przyciąga nas na tyle mocno, byśmy zapragnęli czym prędzej go obejrzeć. Jednym z filmów, który przyciągnął moją uwagę była chwalona animacja "Czerwony żółw" (reż. Michael Dudok de Wit) - refleksyjna przypowieść o rozbitku na bezludnej wyspie. Pod względem wizualnym nie są to moje klimaty, skromna i surowa kreska de Wita nie robi na mnie wrażenia ale doceniam warstwę merytoryczną tej produkcji oraz płynące z niej przesłanie, czytelne dla ludzi bez względu na wiek i kulturę, w której się wychował. Przez całe 80 minut nie pada ani jedno słowo, co także czyni ten film zrozumiałym dla każdego. A czym jest tytułowy czerwony żółw? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam - czy jest to uosobienie Boga, odwiecznego porządku natury a może ludzkiego geniuszu?
Bardzo rozczarowała mnie za to "Okja" (reż. Joon-ho Bong), która okazała się być filmem mocno przerysowanym w swoim absurdzie. Rozumiem, co chcieli przekazać twórcy ale ironiczno-prześmiewcza konwencja, jaką wybrali okazała się być szkodliwa dla całości. Nie zapałałam sympatią do żadnego z bohaterów, nawet tych pozytywnych. Najbardziej irytowała mnie azjatycka dziewczynka - opiekunka Okji, która zachowywała się kompletnie bezrefleksyjnie jak trzyletnie dziecko, któremu zabrano zabawkę i teraz ono musi krzyczeć i kopać wszystko dookoła, żeby okazać swoje niezadowolenie. Według mnie - nie wyszło. 
Anna Ciesielska - Filozofia zdrowia

Anna Ciesielska - Filozofia zdrowia


Od kilku tygodni odkrywam zupełnie nowe dla mnie lądy. Przenoszę się czytelniczo do starożytnych Chin, gdzie pani Anna Ciesielska wprowadza mnie w fascynujący świat Tradycyjnej Medycyny Chińskiej i zasad Pięciu Przemian wywodzących się z filozofii Tao. Temat ten interesuje mnie od wielu lat, choć dopiero od niedawna postanowiłam zająć się nim bardziej serio.
Nie spieszę się z lekturą książek pani Anny, powoli chłonę ogrom wiedzy, starając się dokładnie wszystko zrozumieć. Każdy wieczór zamienia się w niesamowitą przygodę a ja z dziecięcą niemal radością chłonę wszystkie nowe informacje. Cieszy mnie możliwość rozwoju, samokształcenia. Zawsze lubiłam zdobywać nową wiedzę, 'dokarmiać' umysł.

W tradycyjnej medycynie chińskiej profilaktyka zdrowia polega przede wszystkim na utrzymaniu prawidłowego krążenia energii chi w kanałach akupunkturowych. Można tego dokonać albo poprzez zabiegi akupunktury albo znacznie prościej - spożywając odpowiednie posiłki przygotowane według reguł Pięciu Przemian.
 
Teoria Pięciu Przemian jest absolutnie fascynująca, to nie tylko zasady odnoszące się do pożywienia, teoria ta znajduje swoje potwierdzenie także w przyrodzie i jej zmianach, w ludzkiej anatomii a nawet w psychologii i emocjach (pani Ciesielska powoli pisze czwartą książkę poświęconą emocjom według Pięciu Przemian właśnie). 

W swojej pierwszej książce Anna Ciesielska w bardzo przejrzysty sposób wyjaśnia czytelnikowi zasady działania Pięciu Elementów oraz opisuje czynniki wpływające na równowagę energii jin-jang w organiźmie ludzkim. Wyjaśnia funkcje głównych narządów według filozofii taoistycznej, powiązania między nimi oraz wpływ natury (energii) pożywienia na ich funkcjonowanie.

Po wprowadzeniu czytelnika w zasady działania Pięciu Przemian autorka przechodzi do opisu najczęstszych chorób i dolegliwości w odniesieniu do zaburzeń przepływu energii oraz do charakterystyki poszczególnych produktów spożywczych i ich natury. Na koniec autorka serwuje nam sporo przepisów kulinarnych na potrawy przygotowane zgodnie z zasadą Pięciu Przemian a więc zrównoważone energetycznie.

Bardzo zdziwiły mnie opinie innych recenzentów, jakoby była to pozycja skomplikowana i trudna do zrozumienia. Oczywiście wiele zależy tu od oczytania danej osoby, od wiedzy jaką posiada w danym temacie, jednak ja nadal obstaję przy tym, że książka napisana jest prosto i przejrzyście, co nie znaczy, że nie wymaga odrobiny umysłowego zaangażowania od czytelnika.

Dla mnie była to bardzo odświeżająca umysł lektura, zwłaszcza że stoi w opozycji do popularnych i zalecanych w dzisiejszych czasach diet i zupełnie inaczej podchodzi do profilaktyki zdrowia. Niektóre zalecenia pani Ciesielskiej mogą budzić zdziwienie a nawet kontrowersje, zawsze idzie jednak za nimi logiczna argumentacja i powoływanie się na oddziaływanie klimatu, w którym żyjemy. Część zasad charakterystycznych dla odżywiania według Pięciu Przemian stosuję właściwie od zawsze, tak jakby mój organizm sam dawał mi znaki, co jest dla niego korzystne a co nie.

"Filozofia zdrowia" całkowicie skradła mi serce i duszę, z całą pewnością znajdzie się w pierwszej piątce najlepszych lektur tego roku. Polecam bardzo!

Moja ocena: 6/6

autor: Anna Ciesielska
tytuł: Filozofia zdrowia
wydawnictwo: ANNA
liczba stron: 248
Nowości na moich półkach

Nowości na moich półkach

Sierpień dobiega końca, pora więc na letnią edycję nowości w moim księgozbiorze! Większość zakupiona na portalu czytam.pl ale jest też kilka pozycji upolowanych w Biedronce.

Zaczynamy od kategorii przyrodniczej:


A tutaj książki kulinarno-urodowo-zdrowotne:


I na koniec jedna powieść i poradniki:


Ciepłej i zaczytanej końcówki lata Wam życzę!

Gangaji - Diament w twojej kieszeni

Gangaji - Diament w twojej kieszeni


Może w ogóle nie powinnam pisać tej recenzji, skoro rzecz dotyczy ebooka niewiadomego pochodzenia i tak właściwie sama sobie jestem winna, że zamiast kupić normalną, papierową wersję wolałam najpierw zapoznać się z tekstem elektronicznym wyłowionym z czeluści internetu. Z drugiej strony nie wiem, czy wersja papierowa sygnowana przez jedno z moich najukochańszych wydawnictw - Biały Wiatr - nie jest powieleniem tego translatorskiego horroru i czy czasem nie zaoszczędziłam tych trzydziestu paru złotych...

Zacznijmy pokrótce od opisu, o czym tak właściwie jest przeczytana przeze mnie książka. Otóż Gangaji to pseudonim duchowej przewodniczki, która przekazuje światu nauki, które sama otrzymała od swojego hinduskiego mistrza Papaji. Zachęca ona do świadomej samorealizacji, do zatrzymania się i przyjrzenia się swojemu życiu, do odrzucenia na chwilę wszystkiego co zewnętrze, skupienia się na własnym wnętrzu i odkrycia diamentu, który wszyscy w sobie nosimy. Zapewne jest to bardzo ciekawa książka, zmuszająca do myślenia i zapraszająca do wprowadzania zmian w życiu, niestety mnie nie było dane się o tym przekonać z winy tłumacza, który przekształcił tę pozycję w coś literacko kompletnie niestrawnego.

Ebook, który przeczytałam sygnowany jest przez nieznane mi wydawnictwo Samadi (strona www nie istnieje), tłumaczem jest pan Jakub Filipek a redaktorem, grafikiem i korektorem niejaki pan Michał Filipek. Zbieżność nazwisk jak mniemam nie jest przypadkowa, pewnie rodzinny biznes. W dzisiejszych czasach każdy może napisać książkę, każdy może ją też przetłumaczyć i 'wydać' w internecie. Niestety. Niestety, bo potem trafiają do sieci takie 'perełki' jak ta, którą Wam dzisiaj przedstawiam... A moje obawy co do nakładu wydawnictwa Biały Wiatr wiążą się z tym, że nazwisko pana Jakuba Filipka dalej widnieje w wykazie tłumaczy - wprawdzie pojawia się tam jeszcze pan Dariusz Wróblewski, który być może wystąpił jako ten, który opierał się na tłumaczeniu pana Filipka, wygładził je i dopracował ale dopóki nie będę miała w rękach egzemplarza z wydawnictwa Biały Wiatr, to się wypowiadać nie będę.

Otóż dzisiaj nie będę koncentrować się na treści książki a na jej przekładzie. Jak to się stało, że tłumaczenia podjęła się osoba, która o tym fachu nie ma zielonego pojęcia?! Wiecie, tu nie chodzi o to, że kilka zdań zostało koślawo przetłumaczone czy że przekład jest nieco sztywny, co utrudnia płynne czytanie.

Tego w ogóle nie da się czytać!

W trakcie lektury wielokrotnie zastanawiałam się, czy nie porzucić polskiego przekładu na rzecz angielskiego oryginału, bo serce mi krwawiło i mózg uszami wypływał w kontakcie z językowym inwalidztwem tłumacza. Nie wiem, jak inaczej scharakteryzować translatorskie umiejętności pana Jakuba Filipka niż jako poważne językowe upośledzenie.

Ale przejdźmy do rzeczy - o co tak naprawdę mam pretensje. Cytatów nie będzie, bo musiałabym tu przytoczyć jakieś 99% książki...

1. Tłumacz nie ma bladego pojęcia o tematyce książki, którą przekłada. Nie 'czuje' tematyki związanej z rozwojem duchowym, nie rozumie sensu zdań, które tłumaczy.

2. Tłumaczenie odbywa się na zasadzie 1:1, zostaje zachowana budowa oraz tryb zdania oryginalnego, co daje kuriozalne efekty w języku polskim. Zamiast tłumaczyć sens, daną myśl, tłumacz przekłada słowo w słowo nie zadając sobie trudu stworzenia spójnej wypowiedzi. Często zastanawiałam się jak wyglądałby ten przekład, gdyby językiem wyjściowym był niemiecki, gdzie w zdaniach podrzędnie złożonych czasownik często ląduje na samym końcu zdania. W polskiej konstrukcji zdaniowej też znalazłby się na końcu?

3. Rażące błędy merytoryczne wynikające ze zjawiska tzw. false friends czyli wyrazów które brzmią bardzo podobnie w dwóch językach ale mają różne znaczenie. W przypadku "Diamentu..." autor przekładu notorycznie tłumaczył słowo 'realize' (zdawać sobie sprawę, uświadamiać sobie coś) jako 'realizować'.

Wyszedł z tego translatorski potwór, który powinien być analizowany na warsztatach czy studiach podyplomowych dla tłumaczy jako przykład, jak NIE NALEŻY tłumaczyć.

Tym razem pominę ocenę książki, bo dawanie jej jedną gwiazdkę za nieumiejętne tłumaczenie byłoby po prostu niesprawiedliwe.

autor: Gangaji
tytuł: Diament w Twojej kieszeni
tytuł oryginału: The diamond in your pocket
tłumaczenie: Jakub Filipek
wydawnictwo: Samadi
liczba stron: 202
Anna Bikont, Joanna Szczęsna - Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej

Anna Bikont, Joanna Szczęsna - Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej


Powiem wprost - poezja Wisławy Szymborskiej nigdy nie należała do kręgu moich literackich zainteresowań. Nie wzbudzała mojego zachwytu, nie poruszała ukrytych strun w duszy, nie 'czułam' jej zupełnie. Przemawiały do mnie raptem pojedyncze frazy, akapity, jedna myśl ciekawie uchwycona w słowa. Jakże się więc cieszę, że zupełnie przypadkowo świat Wisławy Szymborskiej uchylił przede mną swe wrota. Ach, jak ja kocham za to literaturę! Za te nieoczekiwane momenty olśnień, przez przypadek pojawiające się w naszym życiu postaci i fabuły, które zostają już z nami na zawsze! Bo właśnie w taki sposób osoba Wisławy Szymborskiej pojawiła się niedawno w moim życiu - nie poezja (choć ta po części oczywiście też) ale właśnie sama postać poetki, której życie i osobowość wprawiły mnie w niepohamowany zachwyt.
Anna Bikont i Joanna Szczęsna wykorzystując wieloletnią znajomość z poetką stworzyły biografię-nie-biografię, która nie mieście się w sztywnych ramach gatunku. Napisały opowieść o wspaniałym człowieku, pisaną z wielkiej sympatii i prosto z serca. Jest tu wiele z gawędy i wspomnień, nie tylko autorek ale także osób przez lata związanych z Szymborską czy to zawodowo czy prywatnie. 
Początkowe rozdziały skupiają się na próbie chronologicznego uchwycenia życia przyszłej noblistki, poczynając od narodzin, poprzez liczne przeprowadzki rodziny, ukończenie szkół, pierwszą pracę i nieśmiałe próby literackie. Dopiero w drugiej połowie książki autorki odchodzą od chronologii na rzecz tematycznego podziału opisywanych sfer życia.
Całą sobą zachwyciłam się osobowością Szymborskiej. Jej ironicznym poczuciem humoru, łagodnością, skromnością a nawet (a może przede wszystkim!) różnymi dziwactwami! Wyklejanki wysyłane przyjaciołom i znajomym z różnych okazji, radocha z robienia sobie zdjęć pod tablicami miejscowości o kuriozalnych/śmiesznych nazwach, organizowanie wśród przyjaciół tzw. "loteryjek", w których jeden z zaproszonych na kolację gości wygrywał jakiś kiczowaty przedmiot z kolekcji poetki czy doszukiwanie się motywów z greckiej mitologii w serialu "Dynastia" - no jak tu nie kochać osoby o takich zainteresowaniach?
Pierwsze rozdziały, w których czytelnik poznaje historię rodziny Szymborskiej a zwłaszcza jej ojca, Wincentego Szymborskiego, który był zarządcą dóbr ziemskich hrabiego Zamoyskiego (Tak! Tego Zamoyskiego!) czytałam z wypiekami na twarzy. Dla mnie jako miłośniczki historii oraz życia literackiego Tatr i Zakopanego była to nie lada gratka. Największą radochę miałam jednak podczas czytania rozdziałów poświęconych wyklejankom do przyjaciół czy wyliczaniu różnego rodzaju dziwactw poetki, choć moim zdaniem i tak nic nie przebije rozdziału poświęconemu Michałowi Rusinkowi, wieloletniemu sekretarzowi poetki, gdzie podczas czytania nieomal przez cały czas płakałam ze śmiechu.
I oczywiście napaliłam się teraz na "Lektury nadobowiązkowe" oraz "Rymowanki dla dużych dzieci". Poezja jeszcze będzie musiała poczekać.
Z całego serca polecam Wam biografię-gawędę duetu Bikont-Szczęsna, nawet jeśli nie jesteście miłośnikami poezji! Szymborska zachwyci Was jako człowiek, jestem tego pewna. Kandydatką do miana książki roku ta pozycja może nie jest, ale z całą pewnością znajdzie się w pierwszej dziesiątce the best of the best.

Moja ocena: 6/6 

autor: Anna Bikont, Joanna Szczęsna
tytuł: Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej
wydawnictwo: Znak
liczba stron: 576

Elżbieta Jackiewiczowa - Tancerze

Elżbieta Jackiewiczowa - Tancerze


Ciągnie mnie w te wakacje do literatury popularnej w czasach PRL-u, przetrząsam półki z książkami w bibliotece i rodzinnym domu i po każdej wizycie wracam do siebie z jakąś wyłowioną perełką.
Ostatnio przeczytałam "Tancerzy" Elżbiety Jackiewiczowej, książkę dla młodzieży, która ukazała się drukiem na początku lat 60-tych XX wieku.

Jest to opowieść o grupie przyjaciół/znajomych tuż po maturze, wkraczających w dorosłe życie, próbujących zrzucić pęta domowego reżimu, przeciwstawiający się zastanej rzeczywistości, konwenansom, obłudzie życia społecznego. Oprócz problemów typowych dla wieku bohaterów Jackiewiczowa genialnie wplata w fabułę tło społeczno-obyczajowe czasów PRL oraz zwraca uwagę na różnice w statusie ekonomicznym przyjaciół. Ta książka to kopalnia wiedzy na temat życia w tamtych czasach, choć obawiam się, że współczesna młodzież będzie mocno kręcić nosem podczas czytania, bo nie da się ukryć, że to powieść, która mocno trąci myszką, także w sferze dialogów.


Jestem zdania, że warto się nieco pomęczyć ze stylem i mimo wszystko dać szansę "Tancerzom", zwłaszcza, że w kwestii konfliktów na linii nastolatek - rodzice niewiele się przez te dziesięciolecia zmieniło i wiele młodych czytelników może odnaleźć się wśród problemów dotykających Urszulę, Magdę, Pawła, Teresę, Krzysztofa czy Jadwigę. To ludzie z krwi i kości, zaangażowani myślowo i uczuciowo, ambitni, mocno reaktywni. Zdziwiło mnie także, że jak na powieść peerelowską bardzo dużo tu seksu, fizyczności.

Moja ocena: 4/6

autor: Elżbieta Jackiewiczowa
tytuł: Tancerze
wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1972r
liczba stron: 256   
Eustachy Rylski - Po śniadaniu

Eustachy Rylski - Po śniadaniu


Uwielbiam czytać o czytaniu! Fascynują mnie opowieści innych ludzi (zwłaszcza pisarzy!) o tym, co czytają, jakie książki miały wpływ na ich światopogląd, których autorów podziwiają i dlaczego.

W krótkim zbiorze "Po śniadaniu" Eustachy Rylski przedstawia 'siedmiu wspaniałych': autorów, którzy na różnych etapach jego życia fascynowali go i stanowili światopoglądowy kierunkowskaz. Od razu przyznam, że część nazwisk jest mi obca. Zupełnie nie wiem, kim był Andre Malraux, Aleksandra Błoka i Iwana Turgieniewa kojarzę tylko z nazwiska. Hemingway'a, Iwaszkiewicza, Camusa i Capote czytałam ale żaden z tych autorów nie skradł mi duszy.

Niestety wywody pana Rylskiego zupełnie do mnie nie trafiły. Pomijam już fakt, że pisze o postaciach, które nigdy nie były dla mnie ważne ale robi to też w sposób, który mnie jako czytelnika odpycha. To jest bardzo męska proza, afirmująca męską literaturę. Momentami Rylski używa bardzo dosadnego, wulgarnego wręcz języka. To nie jest styl pisania, który akceptuję.

Po lekturze zbiorku nabrałam mimo wszystko ochoty, aby odświeżyć sobie opowiadania Iwaszkiewicza ("Panny z Wilka" oraz "Brzezinę") a także "Dżumę" Alberta Camusa (przywiozłam już nawet stary egzemplarz z domu rodzinnego!).

Moja ocena: 2/6

autor: Eustachy Rylski 
tytuł: Po śniadaniu
wydawnictwo: Wielka Litera
liczba stron: 168


Cassandra Clare - Miasto Kości (cykl Dary Anioła #1)

Cassandra Clare - Miasto Kości (cykl Dary Anioła #1)


Dawno nie czytałam dobrej młodzieżowej fantasy, oj dawno! A wzięty od niechcenia z biblioteki pierwszy tom cyklu Dary Anioła okazał się być wyjątkowo przyjemną i lekką lekturą a co najważniejsze - narobił mi niezłego apetytu na dalsze tomy serii.

Akcja skupia się wokół nastoletniej Clary, której matka ginie w dziwnych okolicznościach. Clary próbując odnaleźć zaginioną rodzicielkę trafia na tzw. Nocnych Łowców, którzy chronią świat przed demonami, wampirami i innymi groźnymi stworzeniami z innych wymiarów. Z ich pomocą stopniowo odkrywa rodzinne tajemnice oraz swoje przeznaczenie.

To bardzo zwięzły opis fabuły ale nie chciałabym niczego spojlerować. Możecie mi wierzyć na słowo, że dzieje się tu tyle, że raczej nie powinniście się nudzić. Praktycznie każdy rozdział przynosi jakąś nową informację, zmienia postać rzeczy, zmusza do spojrzenia na to, co działo się do tej pory z innej perspektywy. A na koniec autorka serwuje nam taki twist, że nawet mnie - czytelniczce, którą naprawdę mało co zaskakuje - szczęka opadła do samej podłogi.

Pod względem klimatu książka Cassandry Clare szalenie wręcz kojarzyła mi się z moim ukochanym serialem z czasów nastoletnich - "Buffy postrach wampirów" (byłam psychofanką 😜). Nie wiem, czy autorka w jakikolwiek sposób inspirowała się światem przedstawionym w tym serialu ale były momenty, kiedy wręcz nie mogłam się odpędzić od skojarzeń z w/w serialem.

Bransoletka oraz t-shirt na poprzednim zdjęciu to wygrana w konkursie

Wady? W moim odczuciu tylko jedna: zbyt długie i nic nie wnoszące do akcji dialogi pomiędzy bohaterami. Ale zaznaczam, że jako 35-latka nie jestem targetem tej powieści i flirty i przekomarzania bohaterów zwyczajnie mnie nudziły. Podejrzewam, że nastolatki czy młode studentki lepiej się odnajdą w tych klimatach. W moim wieku nieco inaczej patrzy się na miłość i związki (także w literaturze!).

Serialu na podstawie cyklu nie oglądałam i nie zamierzam. Dobór aktorów skutecznie mnie odstrasza.

P.S. I na litość boską! Czy ktoś mógłby wydać tę serię w Polsce z mniej ohydnymi okładkami?!

Moja ocena: 5/6

autor: Cassandra Clare 
tytuł: Miasto Kości (cykl Dary Anioła #1)
tytuł oryginału: City of Bones
tłumaczenie: Anna Reszka
wydawnictwo: MAG
liczba stron: 508
Podsumowanie maja i czerwca

Podsumowanie maja i czerwca


Już zapewne zdążyliście się domyślić, że cisza na blogu spowodowana jest brakiem czasu - ale tylko na pisanie bo czytać staram się zawsze i wszędzie. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się skończyć tylko dwie książki, mam zaczętych kilka innych. Na urlopie też nie było kiedy czytać - wiem, wiem, większość książkoholików kiwa teraz ze zdziwieniem głową. Jak to? Przecież urlop jest właśnie czasem największego nadrabiania czytelniczych zaległości! Otóż nie u mnie. Urlop spędzam aktywnie - chodzę po górach. Wychodzimy z kwatery raniutko by wrócić do niej dopiero wieczorem, zmęczenie jest często tak duże, że sił starcza już tylko na prysznic i ewentualnie jeden odcinek serialu lub film.
Ale muszę przyznać, że marzy mi się choć kilka dni wolnych,  które będę mogła spędzić po prostu w domu z książką w ręku. Tęsknię do takiego wypoczynku.

W maju przeczytałam cztery książki i wysłuchałam jednego audiobooka:
1. Adina Grigore "Szczęśliwa skóra"
2. Kathy Page "Paradise and elsewhere"
3. Robert Seethaler "Ein ganzes Leben / Całe życie"
4. Marie Kondo "Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce"
5. David Allen "Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności" 

To bardzo dobry wynik jak na mnie!
W czerwcu natomiast skończyłam tylko dwie książki - jedną przed urlopem, drugą po. Recenzji nie zdążyłam jeszcze napisać, pojawią się one w lipcu.

1. Cassandra Clare "Miasto Kości"
2. Eustachy Rylski "Po śniadaniu"


Pod względem filmowym maj zakończyłam z wynikiem zerowym, za to w czerwcu na urlopie obejrzałam trzy filmy. Jeden okazał się totalnym gniotem, dwa były mocno średnie.
Nie jestem jakąś szczególną fanką komiksowych bohaterów (wyjątkiem jest Batman!), oglądam te filmy dla czystej rozrywki ale chwalony przez recenzentów "Logan: Wolverine" (reż. James Mangold) wynudził mnie strasznie. Tak, starość byłych superbohaterów jest bardzo ludzka: trudna, bolesna i upierdliwa. I niestety nudna. "Wielki Mur" (reż. Yimou Zhang) też nie zrobił na mnie większego wrażenia ale dostarczył na tyle dość przyzwoitej akcji, że nie musiałam przysypiać. Totalnym gniotem okazał się natomiast film "X-Men: Apocalypse" (reż. Bryan Mangold) i jest to pierwszy w tym roku kandydat do miana gniota roku. Jest to film tak głupi, że musiałam go sobie podzielić na dwa seanse, nie szło tego obejrzeć za jednym posiedzeniem. Bzdurna fabuła, dialogi rodem z meksykańskiej telenoweli i akcent polski wywołujący gest zwany facepalmem. Nie, nie, nie. NIE. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger