Jacques-Pierre Amette - Kochanka Brechta

Jacques-Pierre Amette - Kochanka Brechta


Ponieważ zgłosiłam swój udział w wyzwaniu czytelniczym Nagrody Literackie wypadałoby wreszcie zrecenzować jedyną przeczytaną przeze mnie książkę w ramach tej akcji czyli "Kochankę Brechta", za którą Jacques-Pierre Amette zdobył w 2003r. nagrodę Goncourtów.

Nie przepadam za literaturą francuską; zresztą nigdy nie ukrywałam swojej niechęci do wszystkiego, co francuskie. Po Ametta sięgnęłam z prostej przyczyny - od dawna zalegał nieprzeczytany na półce no i - jak sam tytuł wskazuje - ma coś wspólnego z Niemcami a tych - czego też nigdy nie ukrywałam ;-) - kocham miłością ślepą i bezgraniczną ;-)

"Kochanka Brechta" to niewielkich rozmiarów powieść, której akcja osadzona jest w ciągu kilku lat od momentu powrotu Bertolta Brechta do Niemiec (a konkretnie do Berlina Wschodniego) do jego śmierci. Główną bohaterką jest Maria Eich, początkująca aktorka, która ze względu na niechlubną nazistowską przeszłość swojego męża i ojca zostaje zmuszona przez Stasi do donoszenia na Brechta, którego tajne służby niemieckie podejrzewają o komunistyczną działalność. Maria bojąc się o dobro swej kilkuletniej córeczki przebywającej w Berlinie Zachodnim u babci, zgadza się zostać kochanką słynnego dramaturga i szpiegować każdy jego krok. W tle mamy również rodzące się uczucie między Marią a jednym z funkcjonariuszy Stasi ale na pierwszy plan i tak wysuwa działalność społeczno-artystyczna Brechta i jego Berliner Ensemble.

Niestety powieść dosyć mocno mnie rozczarowała. Jacques-Pierre Amette jest uważany za wybitnego znawcę literatury niemieckiej a w szczególności twórczości Bertolta Brechta (choć tu źródła informacji nie zawsze są zgodne - gdzieniegdzie zamiast Brechta pojawiało się np. nazwisko Friedricha Hölderlina). Ta informacja powoduje, że moje oczekiwania wobec książki, której tematyka jest konikiem autora, są duże - WYBITNY znawca (który na dodatek jest także i pisarzem, więc talent ku temu ma a przynajmniej ma z założenia) powinien stworzyć dzieło bogate w szczegóły dotyczące życia i twórczości swego idola, pełne opisów najważniejszych dzieł, ich znaczenia, wymowy czy recepcji; dzieło będące odpowiedzią na pytanie czemu właśnie Brecht a nie kto inny, co takiego fascynującego jest w tym pisarzu, że warto go znać i sięgać po jego dzieła. Tymczasem to, co dostajemy na 200 stronach powieści Ametta to nudny opis poglądów Brechta doprawiony jeszcze nudniejszym życiem prywatnym tytułowej kochanki.

Powieść nie ma absolutnie żadnej siły przyciągania, nie wzbudza w czytelniku ciekawości, co będzie dalej, nie sprawia, że po przeczytaniu kilkunastu stron nie chcemy odłożyć książki, by zrobić sobie przerwę. Maria jest postacią papierową i bezpłciową, jej los zupełnie nie wzbudził mojego zainteresowania. Na dodatek Bertolt Brecht od strony prywatnej przedstawiony jest wyłącznie jako obleśny dziad-seksoholik w niemodnym kaszkiecie, traktujący kobiety wyłącznie jak obiekty służące wyładowaniu jego seksualnych frustracji. Powstaje więc pytanie: czy po tak odpychającym obrazie Brechta czytelnik Ametta sięgnie po dzieła jednego z najważniejszych niemieckich pisarzy? Wydaje mi się, że nie, więc po co powstała ta książka? Co Amette - wybitny znawca twórczości Bertolta Brechta - chciał nam powiedzieć w swym dziele?

Jest to powieść przeciętna do bólu i od chwili jej skończenia zachodzę w głowę, z jakiego powodu Amette został uhonorowany chyba najważniejszą nagrodą we francuskim świecie literackim właśnie za "Kochankę Brechta". Nagroda Goncourtów nigdy nie miała dla mnie znaczenia, nigdy też nie uważałam literatury francuskiej za godną uwagi (wyjątek stanowi klasyka!!!) i chyba tak już niestety pozostanie.

I na koniec jeszcze jedna uwaga - nigdy nie fascynowałam się Brechtam, znam jego twórczość na tyle na ile każdy szanujący się germanista znać powinien i nie miałam problemów ze zrozumieniem jego koncepcji w "Kochance Brechta", jednak wydaje mi się, że twórczość tego pisarza jest na tyle mocno społecznie zaangażowana, że osoby słabo orientujące się w ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej Niemiec oraz w życiorysie i poglądach Brechta powinny się z nimi przed przystąpieniem do lektury choć w minimalnym stopniu zapoznać.

Pomysł na powieść - świetny, sposób wykorzystania - mizerny. Szkoda.

Moja ocena: 2,5/6

autor: Jacques-Pierre Amette
tytuł: Kochanka Brechta
tytuł oryginału: La Maitresse de Brecht
tłumaczenie: Anna Węgrzyn
wydawnictwo: Świat Książki
liczba stron: 208
Susan Minot - Wieczór

Susan Minot - Wieczór


No cóż... długo się zabierałam za tę recenzję, bo szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem, co mam o tej książce myśleć a co za tym idzie - co o niej napisać. Odstała swoje na półce (a raczej odleżała na wielkim stosie na podłodze) i kiedy wreszcie doczekała się moich zachłannie sięgających po nią dłoni, po przeczytaniu kilkunastu stron okazało się, że nadal będzie leżeć na stosie, tym razem jednak przy łóżku, wśród książek, które aktualnie podczytuję. Dlaczego? Bo czytając ją albo ziewałam z nudów albo irytowałam się z powodu głupiutkiej bohaterki.

Nie ukrywam, że czytałam recenzje tej powieści na innych blogach a także wypowiedzi na jej temat na forum - w 99% są jak najbardziej pozytywne. Byłam więc nieco zaskoczona i rozczarowana dostając do rąk nie to, czego się spodziewałam.

Jest to powieść ukazująca ostatnie dni życia chorej na raka Ann Lord, która ze spokojem czekając na śmierć wspomina swą największą miłość z lat młodości. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną poznała na ślubie swojej przyjaciółki tajemniczego Harrisa Ardena, w którym natychmiast, nieomal ślepo jak nastolatka, się zakochała. Ich romans trwał zaledwie kilka dni i skończył się wraz z odjazdem gości weselnych, ale w pamięci Ann już na zawsze pozostały wspólnie spędzone wtedy chwile.

Opis fabuły wydaje się być ciekawy (szczególnie jeśli ktoś ma ochotę na powieść o niekoniecznie szczęśliwej miłości - a ja taką ochotę miałam). W czym więc tkwi problem? Ano w głównej mierze w tym, że wielbiony kochanek wcale na tę miłość i uwielbienie nie zasługiwał. Do szału doprowadzały mnie opisy wpatrzonej w Harrisa jak w obrazek Ann, która ślepa i głucha na wszystko jak po raz pierwszy zakochana nastolatka wzdychała do swego półboga, patrzącego na zakochaną w nim dziewczynę przez pryzmat swych popędów seksualnych i najzwyczajniej w świecie wykorzystującego sytuację. Arden doskonale zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie robi na kobietach a skoro znalazła się chętna na igraszki we dwoje, to czemu nie skorzystać z okazji? Ani przez moment nie wierzyłam w zapewnienia Harrisa o miłości do Ann i dziwiłam się, że ona - mająca już przecież kilka związków za sobą - dała się tak zaślepić.

Ale nie tylko kwestia naiwności głównej bohaterki przeszkadzała mi w czerpaniu przyjemności z lektury. Jest w niej zbyt dużo bohaterów, którzy pałętają się gdzieś między rozdziałami ale z ich obecności (poza zamieszaniem w głowie czytelnika) nic nie wynika. Mylili mi się goście weselni oraz (dorosłe już) dzieci chorej Ann, które zjechały do domu matki, by czuwać przy niej w ostatnich chwilach jej życia. Nic nie zapamiętałam z ich rozmów, poza ogólnym wrażeniem, że nie wiedzą w jaki sposób traktować matkę majaczącą w chorobie. Goście weselni przebiegają mi przed oczami jak kolorowe kukiełki na karuzeli, tworzą jedną barwną całość, nie pamiętam ani ich imion ani sytuacji związanych z poszczególnymi osobami.

Mocno irytowała mnie też pewna maniera pani Minot w sposobie narracji. Uwielbiam książki, w których mamy do czynienia z dwoma płaszczyznami czasowymi - ale lubię kiedy one bezboleśnie się przeplatają, kiedy czytelnik niekiedy sam musi się domyślić, czy akcja w danym momencie dzieje się w teraźniejszości czy np. w przeszłości. Tutaj autorka dosłownie za każdym razem, kiedy zmienia perspektywę czasową, nachalnie informuje o tym czytelnika już w pierwszym zdaniu, dodając, że to powiedziała Ann Grant (czyli młoda, niezamężna Ann) a to Ann Lord (czyli schorowana i czekająca na śmierć, 65-letnia Ann). Nie lubię kiedy czytelnik traktowany jest jak idiota, który nie potrafi się sam domyślić w jakiej płaszczyźnie czasowej się właśnie znajduje, tym bardziej że w "Wieczorze" każda taka zmiana rozpoczyna się nowym akapitem.

A jednak mimo wszystko - ku własnemu zaskoczeniu - miło tę powieść wspominam. Bo oczywiście ma ona też swoje plusy. Podobały mi się zmiany nastroju wywołane odmienną narracją przy zmianach płaszczyzn czasowych; szczególnie mam tu na myśli półsenne, jakby impresjonistyczne opisy postrzegania rzeczywistości przez umierającą Ann, dla której np. biała pościel układa się w żagle łodzi lub spienione fale, wywołując wspomnienia z przeszłości. Nie ukrywam, że i osadzenie akcji z przeszłości w połowie lat 50-tych miało dla mnie, miłośniczki tamtej epoki, dużo uroku i czaru. A i po początkowych trudnościach z lekturą, drugą połowę książki przeczytałam już z większą przyjemnością a co za tym idzie - także znacznie szybciej.

Widziałam także film na podstawie powieści - oceniam go jako średni. W kilku kwestiach sporo różni się od książki, którą jednak uważam za bardziej interesującą.

Nie mogłam się zdecydować, jaką ocenę mam wystawić powieści Susan Minot. Ta czwórka jest ciut zawyżona, ale 3,5 z kolei wydało mi się oceną zbyt niską, więc niech będzie 4 :)

Moja ocena: 4/6

autor: Susan Minot
tytuł: Wieczór
tytuł oryginału: Evening
tłumaczenie: Ewa Świerżewska
wydawnictwo: Świat Ksiązki 
liczba stron: 272


Izabela Szolc - Naga

Izabela Szolc - Naga


To moje drugie spotkanie z twórczością Izabeli Szolc, tym razem jak najbardziej udane. Jej pseudo-kryminalna powiastka "Cichy zabójca" zupełnie nie przypadła mi do gustu, za to "Nagą" z przyjemnością pochłonęłam w ciągu kilku dni.

Jest to zbiór 10 opowiadań o kobietach i kobiecości ale kobiecości w jakże odmiennym znaczeniu od tego, z którym spotykamy się na co dzień. Kobiecość kojarzy się nam z czymś pięknym, przyjemnym, lekkim i powabnym, tymczasem Szolc zwraca naszą uwagę na ten drugi, mroczniejszy aspekt bycia kobietą - obnaża swoje bohaterki ukazując je w trudnych bądź przełomowych dla nich momentach, zagląda głęboko w ich dusze i serca w poszukiwaniu strachu, żalu, złości, nienawiści, słabości, samotności.

Mamy w tym zbiorze ciekawą paletę postaci kobiecych - żonę, która po latach dowiaduje się, że jej mąż ma dziecko jeszcze ze związku sprzed małżeństwa, kobietę w homoseksualnym związku, bojącą się o życie swej partnerki alpinistki, rozterki ciężarnej, historię dziewczyny zgwałconej w akademiku, kobietę wybierającą się lada moment na zabieg usunięcia ciąży, zakonnicę oddaną Bogu, narkomankę romansującą z własnym nauczycielem czy transseksualistę - kobietę urodzoną w ciele mężczyzny.

Wszystkie te historie obnażają kobiecą duszę, sięgają głęboko do pokładów strachu, samotności i poczucia niezrozumienia. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa opowiadania: napisany w formie listu do matki "Pępek", w którym bohaterka wylewa cały swój żal do matki, przez którą nigdy nie czuła się kochaną i akceptowaną. To zdecydowanie toksyczna relacja, gdzie samotnie wychowująca (niechciane?) dziecko matka znęca się nad nim i nie okazuje żadnych matczynych uczuć. Bohaterka sama będąc w ciąży boi się, że będzie dla swojego dziecka taką samą matką-potworem jak kiedyś jej własna rodzicielka była w stosunku do niej. Drugim opowiadaniem, które mnie ujęło, to wykorzystująca fragmenty "Dziennika żałoby" Marii Curie-Skłodowskiej relacja słynnej pani naukowiec po śmierci jej ukochanego męża Piotra. Skłodowska zwraca się tu bezpośrednio do zmarłego męża wspominając wspólnie spędzone lata, zarówno dobre jak i te gorsze chwile. To quasi spowiedź, która chwyta za serce.

Czytając ten tomik pomyślałam, że dobrze by było polecić go mężczyznom, ale po dłuższym zastanowieniu zaczęłam mieć wątpliwości, czy płeć brzydka będzie w stanie naprawdę zrozumieć uczucia targające bohaterkami tych opowiadań. Często się mówi, że kobiety mają o wiele bardziej skomplikowaną naturę od mężczyzn i chyba jest to prawda. "Naga" jest zbiorem zdecydowanie kobiecym i dlatego też polecam ją przede wszystkim paniom - warto zapoznać się z tą drugą, ciemniejszą stroną naszej kobiecości.

Moja ocena: 4,5/6

autor: Izabela Szolc
tytuł: Naga
wydawnictwo: Amea
liczba stron: 156

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Niespełna dwa tygodnie temu miałam przyjemność spotkać jednego z moich ulubionych polskich autorów współczesnych, Janusza Leona Wiśniewskiego, który z okazji promocji najnowszego zbioru felietonów/opowiadań "Zbliżenia" przyjechał z wizytą do Łodzi.

Wiśniewski jest pisarzem, który ma tyle samo fanów co krytyków; ja go bardzo lubię, mimo iż dostrzegam w jego pisarstwie wady (głównie w felietonach - to ciągłe granie na ludzkich uczuciach, dlatego jednak wolę powieści). Mam bardzo osobisty stosunek do "Samotności w sieci", jest to książka, która już zawsze będzie mi się kojarzyła tylko z jednym człowiekiem i konkretnymi wydarzeniami sprzed blisko 3 lat.

Spotkanie odbyło się w bardzo kameralnym gronie (ok. 40 osób na sali), co mnie troszkę zdziwiło, bo spodziewałam się tłumów i trwało nieco ponad godzinę, za co pan Janusz już na wstępie przeprosił, tłumacząc się pośpiechem w związku z nagrywaniem tego samego dnia wywiadu w programie Małgorzaty Domagalik "On i ona", na który z racji emisji programu na żywo, nie może się spóźnić.

Autor opowiadał o swoim pisarstwie, pracy naukowej, próbach pogodzenia tych dwóch sfer życia, o uczuciach i związkach chemicznych rządzących naszym życiem. Nie dowiedziałam się z tego spotkania niczego nowego, zresztą po przeczytaniu setek wywiadów z autorem, odnoszę wrażenie, że Wiśniewskiemu ciągle zadaje się te same pytania, na które on ciągle udziela tych samych odpowiedzi. Zresztą potwierdził to wspomniany już przeze mnie wywiad Małgorzaty Domagalik, który był niemalże kopią tego, co usłyszałam parę godzin wcześniej na spotkaniu.

Wiśniewski dał się poznać jako sympatyczny i inteligentny człowiek z poczuciem humoru, mający bardzo dobry kontakt z czytelnikami. Mimo iż bardzo się spieszył, każdemu czytelnikowi (choć w większości były to czytelniczki ;-) poświęcił chwilę na krótką rozmowę i wpis w książce.

Cieszę się, że mogłam poznać pana Janusza osobiście, jeśli ponownie zawita do Łodzi, z miłą chęcią ponownie pójdę na spotkanie :)


 

Eileen Chang - Czerwona róża, biała róża

Eileen Chang - Czerwona róża, biała róża



Zbiór opowiadań chińskiej autorki Eileen Chang został wydany w WAB-owskiej serii "Nowy Kanon" przygotowywanej na podstawie listy wartościowych książek według New York Rewiev Books. Nie wiem, czy nyrb jest godnym uwagi źródłem inspiracji (nigdy nie miałam z nim do czynienia) ale cieszę się, że WAB postanowiło spopularyzować u nas tę chińską pisarkę i to od razu wydając ją w serii, której nazwa wskazuje na tytuły tylko wartościowe, bo te opowiadania naprawdę na to zasługują.

Nazwisko Eileen Chang znałam do tej pory tylko z (rewelacyjnego swoją drogą) filmu Anga Lee "Ostrożnie, pożądanie" nakręconego na podstawie opowiadania Chang o tym samym tytule. I teraz szukam go w mojej bibliotece, bo po lekturze zbioru "Czerwona róża, biała róża" jestem tak zachwycona twórczością chińskiej pisarki, że chciałabym przeczytać wszystko, co napisała.

Jest to zbiór troszkę nierówny, nie wszystkie zawarte w nim opowiadania są tak samo dobre, ale nie ma też i takich kompletnie złych. Zdecydowanie najlepsze jest moim zdaniem opowiadanie tytułowe, "Złote kajdany" oraz "Miłość w pokonanym mieście".

Chang opisuje świat, którego już nie ma. Wartości i zasady, tradycje i konwenanse, którymi już dawno nikt się nie przejmuje. Zdziera maski, za którymi tak lubią skrywać się Chińczycy, wnika w głąb ich serc i umysłów, obnaża strach, obłudę, chciwość czy egoizm. Ukazuje ludzi w codziennych sytuacjach ale i w intymnych czy przełomowych da nich momentach.

Najważniejszy w tych opowiadaniach jest jednak język, bardzo sugestywny i ostry, tnący ukazaną rzeczywistość jak brzytwa. Opisy przestrzeni są dopracowane w każdym detalu, bardzo plastyczne. Czytając książkę widzi się przed oczyma całą scenerię, zupełnie jak w filmie.

Ważną rolę odgrywają też dialogi - pełne niedomówień i przemilczeń, doskonale obrazujące trud, z jakim przychodzi bohaterom się porozumieć. Stąd też przerażająca samotność tych ludzi, w nieporadny sposób krzyczących ku innym: zauważ mnie, zrozum, doceń.

To literatura najwyższych lotów, nie przegapcie jej!

Moja ocena: 6/6

autor: Eileen Chang
tytuł: Czerwona róża, biała róża
tytuł oryginału: Qing cheng zhi lian 
tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 296

Agota Kristof - Analfabetka

Agota Kristof - Analfabetka


Po raz pierwszy usłyszałam o "Analfabetce" w niemieckim programie o książkach "Lesen!", w którym prowadząca Elke Heidenreich (pisarka, dziennikarka, krytyczka literacka) przedstawiała książki, które warto znać. Niekoniecznie nowości wydawnicze czy bestsellery, bo te i tak zostaną zauważone. Heidenreich skupiała się często na powieściach zapomnianych lub nowo wydanych ale takich, które w zalewie nowej prozy mogą przejść po prostu nie zauważone. I taką książką była według niej "Analfabetka" - niepozorna, cieniutka powiastka nikomu nieznanej węgierskiej pisarki. I dobrze, że Heidenreich o niej wspomniała, bo w przeciwnym razie nie poznałabym kolejnej obok "Madame" Antoniego Libery, niezwykle ważnej dla mnie pozycji mówiącej o języku. Języku ojczystym, języku obcym - języku jako narzędziu do porozumiewania się, wyrażania siebie ale i jako ważnym źródle tożsamości narodowej.

Agota Kristof urodziła się w 1935r. na Węgrzech. Jej ojciec był nauczycielem w małej wiosce, w której mieszkała i właśnie dzięki wizytom na lekcjach u taty nauczyła się płynnie czytać już w wieku 4 lat. Jej dzieciństwo i wczesna młodość przypadają na trudny okres w dziejach Węgier - najpierw druga wojna światowa, potem indoktrynacja pierwszych lat komunizmu. Już od najmłodszych lat pociągało ją słowo pisane; wiedziała, że kiedyś zostanie pisarką. Zaczęła pisać po przeniesieniu się do internatu, aby jak sama twierdzi "znieść ból rozstania".1 Żyjąc w trudnych warunkach, codziennie drżąc z zimna w nieogrzewanych pomieszczeniach i próbując zapomnieć o burczącym brzuchu, wypełnionym jedynie szklanką kawy i kromką chleba, zaczęła przelewać na papier swój żal, smutek, cierpienie i tęsknotę za utraconymi szczęśliwymi latami dzieciństwa u boku rodziców i dwóch braci. Razem z koleżankami ze szkoły podejmuje też pierwsze próby wystawiania własnych skeczy kabaretowych i mini-przedstawień teatralnych. Jej życie zmienia się diametralnie kiedy w 1956r., po wybuchu zamieszek, nielegalnie przekracza wraz z mężem i czteromiesięczną córeczką granicę węgiersko-austriacką, by jako uchodźcy szukać azylu najpierw w Austrii, potem w Szwajcarii. Po latach autorka stwierdza, że to właśnie w momencie przekraczania geograficznej granicy nastąpiła chwila, "w której straciłam dużą część własnego życia. [...] Przede wszystkim jednak tego dnia, pod koniec listopada 1956 roku, utraciłam na zawsze swoją przynależność narodową".2

I to właśnie w tym momencie przychodzi zrozumienie, o czym tak naprawdę pisze Agota Kristof a pisze o podstawowych funkcjach języka ojczystego oraz o małych radościach ale i trudnościach i zagrożeniach płynących z nauki języka obcego. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba przynależności, identyfikacji, tożsamości z pewną grupą ludzi czy też całym narodem, z jego kulturą i tradycjami. To poczucie przynależności kształtuje się w nas we wczesnym dzieciństwie i odbywa się niejako nieświadomie poprzez używanie tego samego języka, co wszyscy wokół. Bo to właśnie język opisuje świat, umożliwia myślenie, porozumiewanie się z innymi i możliwość wyrażania samego siebie. Pierwszy język, którego się uczymy a więc język ojczysty wpływa na nasz sposób myślenia, wyrażania emocji i przeżywania świata.

Najgorsza po przyjeździe do obcego kraju była 'pustynia towarzyska'. Niby w fabryce, gdzie autorka znalazła pracę było kilku Węgrów, to jednak rzadko z nimi rozmawiała a z innymi pracownikami (Szwajcarami) nie była w stanie się porozumieć, bo nie znała ich języka. Pod względem materialnym jej los na pewno się polepszył ale wewnętrznie, od strony czysto ludzkiej czuła się samotna i wyobcowana. Nie potrafiła rozmawiać po francusku, wokół siebie miała ludzi wychowanych w innym kręgu kulturowym, mówiących w innym języku - Agota Kristof czuła się przy nich wyobcowana, 'nieprzynależna', samotna, z oczywistych przyczyn nie mogąca utożsamić się ze wszystkimi wokoło.
"Materialnie powodzi nam się lepiej. Mamy dwa pokoje zamiast jednego. Nie brakuje węgla i jemy do syta. Ale w porównaniu z tym, co utraciliśmy, to wygórowana cena"3
Droga do integracji, czy też asymilacji jest zawsze trudna, a zaczyna się od języka. Po przyjeździe do Szwajcarii autorka, która nauczyła się płynnie czytać w wieku 4 lat, na powrót stała się analfabetką. Nie znała języka, nie była w stanie się z nikim porozumieć, nie potrafiła czytać w obcym języku. Zaczęła powoli uczyć się francuskiego, ale tylko w mowie. Koleżanki z pracy uczyły ją podstawowych słów i zwrotów. Dopiero w wieku 26 lat, po 5 latach pobytu w Szwajcarii, zapisała się na kursy uniwersyteckie dla obcokrajowców, żeby nauczyć się pisać i czytać po francusku. W "Analfabetce" żartuje po latach, że poszła do szkoły razem ze swoją pierwszą córką. Za kilka lat będzie miała jeszcze dwoje dzieci, z którymi będzie ćwiczyć czytanie, ortografię i gramatykę:
"Kiedy zapytają mnie o znaczenie jakiegoś słowa albo o jego pisownię, nigdy nie powiem 'nie wiem'. Powiem: 'sprawdzę'."4
Język francuski nie jest łatwy, ale Agota Kristof zdawała sobie sprawę, że jego opanowanie jest niezbędne do pełnej integracji w miejscu, które narzucił jej los. Potraktowała to jako wyzwanie i osiągnęła postawiony sobie cel. Wskazuje jednak też na pewien negatywny aspekt ciągłego obcowania z językiem nieojczystym:

"Mówię po francusku od ponad trzydziestu lat, piszę w tym języku od lat dwudziestu i wciąż jeszcze go nie znam. Nie mówię bezbłędnie, a kiedy piszę, muszę zaglądać do słowników. To dlatego również ten język nazywam wrogim. Jest jeszcze jeden powód, dla którego tak go nazywam, ważniejszy: ten język powoli zabija mój język ojczysty."5

Z czasem Kristof opanowała język francuski na tyle dobrze, że zaczęła w nim pisać. Jej sztuki teatralne czy słuchowiska radiowe cieszyły się popularnością, w końcu udało się wydać pierwszą powieść. Język zawsze odgrywał według niej bardzo ważną rolę, bo to przecież podstawowe narzędzie pisarza, środek komunikacji z czytelnikami.

"Wiem, że nigdy nie będę pisać tak jak pisarze, dla których francuski jest językiem ojczystym, ale będę pisać tak, jak potrafię, najlepiej jak potrafię."6

"Analfabetka" jest cieniutka książeczką, liczącą niespełna 50 stron tekstu a pomimo to widać w niej bardzo wyraźnie, że Agocie Kristof - świadomej swoich niedostatków językowych jak i niemożności wyrażania w języku francuskim pewnych niuansów, możliwych do wyrażenia tylko w język ojczystym - udało się to, co chyba każdy pisarz uważa za najważniejsze: znalazła nić porozumienia z czytelnikiem a w moim sercu dodatkowo poruszyła pewną bardzo wrażliwą strunę i sprawiła, że czytając ostatni rozdział popłynęła mi po policzku łza.

Jestem osobą dwujęzyczną i mimo iż nie posiadam za sobą tak trudnych doświadczeń jak autorka, to jednak jestem w stanie zrozumieć sytuacje, o których pisze. Od lat interesuje mnie język i jego wpływ na postrzeganie świata.

Książka jest napisana bardzo prostym językiem; zdania są krótkie, bez żadnych metafor czy innych stylistycznych ozdobników. I chyba w tym tkwi siła - język jest prosty ale ma ogromną siłę przebicia, jest niezwykle sugestywny i swoją oszczędnością bezbłędnie trafia we wrażliwość czytelnika.

Obok "Madame" Antoniego Libery, jest to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Uważam, że dla osób znajdujących się w podobnej sytuacji, co autorka ale także i dla wszystkich filologów jest to lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6


1 Agota Kristof, Analfabetka, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2005, str. 13

2 tamże, str. 33-34

3 tamże, str. 40

4 tamże, str. 49

5 tamże, str. 25
6 tamże, str. 49

autor: Agota Kristof
tytuł: Analfabetka
tytuł oryginału: L’ANALPHABÈTE 
tłumaczenie: Agnieszka Żuk
wydawnictwo: Noir Sur Blanc
liczba stron: 52
Stosik (pierwszo)majowy

Stosik (pierwszo)majowy

Dawno nie chwaliłam się nowymi zdobyczami, ale też i nie było czym - czekałam aż uzbiera się większa ilość książek a te przybywają mi głównie w Światowy Dzień Książki. Zgodnie z noworoczną obietnicą staram się mniej kupować, bo już nie mam gdzie trzymać tych wszystkich książek :-/ Cieszę się jednak, gdyż powolutku udaje mi się wprowadzać w życie moje inne postanowienie a mianowicie: mniej wypożyczać z biblioteki a więcej czytać swoich książek.

Na zdjęciu książki kupione i otrzymane w ostatnich 2-3 miesiącach. Część już przeczytałam i zrecenzowałam, inne jeszcze czekają na swoją kolej.

Lem i Siesicka zakupione do kolekcji (z Siesickiej brakuje mi do kompletu już tylko jednej pozycji! :)

Mary Renault to podobno jedna z lepszych pisarek zajmujących się powieścią historyczną a że po "Heliogabalu" ten gatunek coraz bardziej mnie interesuje, to pierwszą część trylogii o Aleksandrze też musiałam mieć.

Mervyn Peake zbiera same pochwały za "Gormenghast", zresztą już samo stwierdzenie, że to "mistrz makabrycznej opowieści i wędrowiec po ciemnych otchłaniach wyobraźni" w zupełności wystarczyło, by wzbudzić moje zaciekawienie. Nie wiem tylko czy dobrze robię zaczynając trylogię od drugiej części?

"Analfabetka" to króciutka autobiograficzna opowieść, o której usłyszałam kiedyś w pewnym programie o książkach; myślę że już niebawem możecie spodziewać się recenzji.

Zaś Libera to moje wielkie odkrycie ostatnich lat i nie wyobrażam sobie nie mieć na półce najważniejszej powieści mojego życia czyli "Madame". Denerwuje mnie tylko okładka, bo bardzo nie podoba mi się pani na niej widniejąca. Czy Wy też cierpicie na taką dziwną przypadłość jaką jest chęć posiadania książki w takim wydaniu, w jakim przeczytaliście ją po raz pierwszy? Ja czytałam "Madame" w innej szacie graficznej (granatowa okładka) i niestety tak mi się ona wbiła do głowy, że teraz mam problem z oswojeniem się z najnowszym wydaniem. Kupiłam je jednak, bo okazja aby zakupić nowiuteńką książkę (na dodatek tą najważniejsza, najukochańszą, najbardziej pożądaną i wytęsknioną) z - uwaga! - 60% rabatem trafia się raz na milion, więc będę musiała jakoś przeboleć ten bordowo-szary mankament ;-) "Godot i jego cień" czyli najnowsze dzieło Libery kupiłam również po gigantycznej obniżce (za niecałe 15zł!!!). O Beckecie (tak to się odmienia?) wiem tylko tyle, że jest noblistą i napisał "Czekając na Godota" - mam nadzieję jednak, że po przeczytaniu (kiedyś... nie wiem kiedy.... rany, ile zaległych tytułów czeka na półkach...) dowiem się więcej, bo Libera był jego wielkim miłośnikiem czego dowodem ma być właśnie ta książka - historia fascynacji Bekettem i osobisty hymn pochwalny na cześć tego irlandzkiego pisarza i dramaturga.

"Woodward", "Heliogabala" i "Szklankę na pająki" już zrecenzowałam. W planach na długi majowy weekend mam nadrabianie zaległości czytelniczych i recenzenckich, więc zmykam, by dalej czytać a Was zapraszam już niebawem po najnowsze recenzje!

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki

Barbara Piórkowska - Szklanka na pająki


Z czym Wam się kojarzy Gdańsk? Z fontanną Neptuna? Stocznią gdańską i Solidarnością? Ulicą Długą i Złotą Bramą? Żurawiem? A może po prostu z morzem?

Dla mnie Gdańsk to Niemcy. Jako germanofilka kojarzę to miasto na północy Polski przede wszystkim jako tło powieści jednego z moich najukochańszych pisarzy Güntera Grassa. Uwielbiam powieści, gdzie w Danzigu żyją obok siebie Niemcy i Polacy, pamiętam jak będąc na studiach z wypiekami na twarzy pochłaniałam "Ester" Stefana Chwina.

W debiutanckiej powieści Barbary Piórkowskiej nie ma niestety ani jednego Niemca. Jest za to wszystko, co wymieniłam na wstępie, czyli pierwsze skojarzenia przeciętnego Polaka odnośnie Gdańska.

Główną bohaterką i jednocześnie narratorką powieści jest Aleksandra, urodzona w latach 70-tych malarka, która z perspektywy czasu krok po kroku opisuje nam swoje życie w rodzinnym mieście Gdańsku. Oczami małej Oli patrzymy na jej dzieciństwo spędzone najpierw w mieszkaniu dziadków, potem już tylko z rodzicami na nowo wybudowanym osiedlu z płyty, na jej próby najpierw zrozumienia a potem opisania świata poprzez barwy. Czytamy o szkolnych sukcesach i porażkach, o pierwszych miłościach, próbach wyróżnienia się z tłumu, pokazania swojej indywidualności poprzez strój, fryzurę. Ale jest to też powieść o dojrzewaniu do kobiecości i do wolności, do wewnętrznego spokoju, zgody na siebie i na świat.

Zwyczajne życie rodziny Oli toczy się na tle historycznych wydarzeń - czytając o codzienności przeciętnych obywateli obserwujemy jak rozwija się Gdańsk w czasach PRL-u, jak powstają nowe osiedla, jak wybucha stan wojenny i jak dochodzi do protestów w Stoczni Gdańskiej. Informacje te są jakby przemycane mimochodem, czytelnik musi niekiedy domyślać się, o jakie wydarzenie chodzi, gdyż całość opisywana jest przez dorastające dziecko, które nie rozumie jeszcze czym jest stan wojenny i jest jedynie niezadowolone, bo pewnej niedzieli zamiast "Teleranka" w telewizji nadano przemówienie gen. Jaruzelskiego.

Barbara Piórkowska
Narratorka z niezwykłą sympatią i miłością opowiada o swoich dziadkach i rodzicach, szczególnie o
dziadku, który jako jedyny wydawał się pamiętać o dokarmianiu i dbaniu o Olę kiedy była jeszcze niemowlęciem (matka wpadła w depresję poporodową i porozumiewała się ze światem zewnętrznym w sobie tylko znanym języku a ojciec jako marynarz rzadko bywał w domu). Ale występuje tu też towarzyszący Oli od urodzenia anioł Julek i tajemniczy S., który pojawia się zawsze w chwilach zwątpienia, strachu i smutku.

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, by opisać tę książkę, to słowo "sympatyczna". Bo taka ona właśnie jest, sympatyczna, ciepła, momentami zabawna, tak jak jej bohaterowie. Miło spędziłam z nimi czas, szkoda tylko że tak krótko trwał. 

Moja ocena: 4/6

autor: Barbara Piórkowska
tytuł: Szklanka na pająki

wydawnictwo: Nowy Świat
liczba stron: 167


Sceny dla dorosłych czyli sztuka kochania

Sceny dla dorosłych czyli sztuka kochania

Bardzo się cieszę, że już w dwa miesiące od mojego pierwszego spotkania z Katarzyną Skrzynecką trafiła się okazja, by ponownie ujrzeć ją na deskach teatru. :) Wczoraj w (moim ukochanym swoją drogą) teatrze im. Stefana Jaracza wystąpiła ona bowiem wraz z Piotrem Gąsowskim, Jakubem Przebindowskim oraz Anną Oberc w gościnnym spektaklu „Sceny dla dorosłych czyli sztuka kochania”. Jest to przedstawienie o charakterze rozrywkowym, komedia na którą składa się kilka scenek rodzajowych z udziałem przedstawicieli różnych grup społecznych, zawodów czy orientacji seksualnych.


Bo to jest spektakl o seksie. O naszych lękach i pragnieniach z nim związanych. Ale broń boże nic wulgarnego! Zarówno reżyser jak i aktorzy podeszli do tematu frywolnie, z odrobiną pikanterii ale przede wszystkim z ogromnym poczuciem humoru. I to jest najmocniejsza strona tego przedstawienia. Publiczność jest zapraszana do wspólnej zabawy, aktorzy zwracają się bezpośrednio do widzów z pytaniami lub próbują nawiązać z nimi krótką, niezobowiązującą pogawędkę. Poszczególne sceny przeplatane są piosenkami w wykonaniu aktorów, które jednak trochę nie pasowały mi do całości, gdyż są to utwory które określiłabym jako ‘mające ambicje do przekazania czegoś tekstem’ a charakter przedstawienia raczej na to nie wskazuje… Być może te muzyczne przerywniki miały za zadanie uświadomić widzom, że może to i jest komedia ale należy pamiętać o tym, że podjęty w niej temat wstydu, niezrozumienia, niedopasowania jest przecież bliski tak wielu z nas, mimo iż niechętnie się do tego przyznajemy i że jest to problem, z którym trzeba walczyć, że warto oswajać swoje własne ciało, być szczerym z partnerem, pokonać wstyd i rozmawiać otwarcie także na TE tematy.

Największe owacje zebrał na końcu Piotr Gąsowski, który muszę przyznać, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie jako aktor komediowy. W tej roli jest po prostu fantastyczny!!! Uświadomiłam sobie, że jest wielu aktorów, którzy nigdy nie są obsadzani w tzw. poważnych rolach, którym raczej nigdy nie będzie dane zagrać Hamleta i przez to są odbierani jako gorsi, mniej utalentowani aktorzy. Ja wczoraj wieczorem zrozumiałam, że robić z siebie błazna, to też jest ogromna sztuka. Wierzcie mi, że pan Piotr jest genialny w tym, co robi – w pierwszej scenie, w której gra niejakiego Ryszarda nie musiał nic mówić ani robić, wystarczyło, że wszedł na scenę a publiczność wyła ze śmiechu (i tu potwierdziło się też powiedzenie, że naprawdę wiele zależy od dobrego wejścia ;-)).


Katarzyna Skrzynecka jak zwykle zjawiskowo piękna, zmysłowa, ciepła i sympatyczna, Kuba Przebindowski wywarł na mnie neutralne wrażenie, natomiast w przypadku Anny Oberc drażniła mnie odrobinę dykcja (szczególnie podczas śpiewania – niestety przez kiepską dykcję nie byłam w stanie zrozumieć połowy śpiewanego tekstu). Ale ogóle wrażenia mam szalenie pozytywne.

Najbardziej podobała mi się scena z udziałem prezesa spółki zoo i prostytutki oraz rozmowa biznesmena ze znudzoną (i niewyżytą ;-)) małżonką. To były dwa momenty, kiedy aż popłakałam się ze śmiechu.

Muszę przyznać, że setnie się ubawiłam i myślę, że nie skłamię, jeśli powiem, że i reszta publiczności też. Na sali były osoby w różnym wieku, licealiści/studenci, 30- i 40-latkowie, ale i też osoby dużo starsze. I wierzcie mi, jak przyglądałam się ich twarzom podczas przerwy oraz już po zakończeniu spektaklu, to wszyscy mieli szeroki uśmiech na twarzy.


Poszłam na spektakl prosto z pracy, po bardzo ciężkim i wyczerpującym psychicznie dniu – i fantastycznie się zrelaksowałam. Nie jest to ambitne przedstawienie, które zmusza nas do przemyśleń czy wywołuje katharsis, ale jeśli macie ochotę na lekką komedię z dowcipnymi dialogami i udziałem publiczności w zabawie, to jak najbardziej polecam!!!
Ewa Nowacka - Heliogabal, wnuk Mezy

Ewa Nowacka - Heliogabal, wnuk Mezy


Byłam bardzo zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że Ewa Nowacka, którą kojarzę z powieściami dla młodzieży, fascynuje się historią starożytnego Rzymu i pisze także książki dla dorosłych. Będąc nastolatką czytałam dwie jej powieści: "As w rękawie" oraz "Miłość, psiakrew" - obie mi się wtedy podobały; były tak odmienne w swej treści i przede wszystkim 'kuluarach' że się tak wyrażę od ciepłych, rodzinnych historii mojej ukochanej Krystyny Siesickiej czy Małgorzaty Musierowicz. Bohaterowie Nowackiej to młodzież 'z problemami', często z tak zwanego 'marginesu społecznego', dobrze przedstawieni pod względem psychologicznym. Dlatego z ogromnym zaciekawieniem sięgnęłam po "Heliogabala" chcąc sprawdzić, czy podczas czytania tej powieści będą mi towarzyszyły podobne emocje jak te parę lat temu kiedy dawałam się porwać opowieściom Nowackiej.

I jestem zachwycona! "Heliogabala" czyta się z rosnącym zainteresowaniem; im bliżej końca tym szybciej przewraca się kartki, niecierpliwie czekając na informację, jak skończy się historia tego dziwnego, nieszczęśliwego człowieka.

Heliogabal to imię syryjskiego boga słońca, którym kazał się nazywać Varius Avitus Bassianus, cesarz rzymski w latach 218 - 222. Źródła historyczne podają, że był niezrównoważony psychicznie, zdziecinniały a jednocześnie okrutny. Objął władzę podstępem, o co zatroszczyła się jego babka Julia Meza, twierdząc, że Basjanus jest synem uwielbianego cesarza Karakalli i wnukiem Septymiusza Sewera (co nie było prawdą, ale Meza wykorzystała tu pewien skandal rodzinny sprzed wielu lat, kiedy to przyłapano jej uchodzącą za puszczalską córkę Soemiadę z kuzynem Karakallą w jednym łożu). Basjanus przez swoje problemy emocjonalne nie był w stanie rządzić państwem; za jego plecami praktycznie robiła to jego babka Julia Meza, kobieta niezwykle silna, inteligentna, sprytna i biegła w sprawach dotyczących polityki.

I wbrew pozorom to właśnie Julia Meza jest główną bohaterką tej powieści. Nie bez powodu w tytule pojawia się jej imię, jest wprawdzie zepchnięte na drugi plan, stoi tuż za Heliogabalem, ale doskonale odzwierciedla rolę babki w życiu Basjanusa a także i państwa, którym rządził - może i była na drugim planie ale w rzeczywistości to ona decydowała o losach cesarstwa rzymskiego. Historię Heliogabala poznajemy z ust samej Julii Mezy, to ona jest narratorką powieści. Mimo iż jej relacja powinna być przedstawiona z mocno subiektywnego punktu widzenia, Meza jest szczera aż do bólu wobec czytelnika. Przyznaje się do swoich błędów, otwarcie mówi o lękach. Wzbudziła moją ogromną sympatię, mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się osobą niezdolną do pokochania kogokolwiek (nawet własnych dzieci), dumną i skoncentrowaną wyłącznie na zaspokajaniu własnych ambicji.

A jaki obraz samego cesarza wyłania się z kart powieści? Widzimy Basjanusa praktycznie wyłącznie oczami jego babki, ale dzięki temu jesteśmy w stanie dostrzec wszystkie cechy wskazujące na chorobę. Heliogabal objął władzę w wieku 14 lat i dużo bardziej interesowały go przyjęcia przy basenie, uczty czy orgie. Był chłopcem wyjątkowo ociężałym, upartym i krnąbrnym, procesy myślowe przebiegały u niego wyjątkowo wolno. Miał skłonności homo- i transseksualne, bał się kobiet, wolał spędzać czas wśród mężczyzn przebierając się w damskie fatałaszki, nakładając makijaż i podkreślając biust (ze względu na otyłość spowodowaną najprawdopodobniej zaburzeniami hormonalnymi miał kobiece piersi). Za wyjątkowo dowcipne uważał wpuszczanie do komnat śpiących kolegów niedźwiedzi, urządzał konkursy z nagrodami dla tych, co zbiorą w jego pałacu jak najwięcej pajęczyn, na miasto wyjeżdżał rydwanem zaprzężonym w lwy. Nie zdawał sobie sprawy ani ze swojej śmieszności ani z powagi stanowiska, jakie obejmował w państwie.

Na uwagę zasługuje niewątpliwie konstrukcja powieści. Nowacka wmieszała bowiem w główny tekst
Ewa Nowacka, 2007r
powieści (czyli subiektywną relację Julii Mezy) oryginalne teksty dotyczące kilku cesarzy rzymskich przed objęciem władzy przez Basjanusa (większość z nich autorka sama przetłumaczyła z łaciny) oraz zapis rozmów autorki z lekarzami różnych specjalności (psycholog, psychiatra, endokrynolog) na temat choroby Basjanusa. O ile teksty historyczne bardzo moim zdaniem pasują do powieści, wzbogacając naszą wiedzę na temat ówczesnych wydarzeń w starożytnym Rzymie (a i trzeba dodać, że charakterystyczny dla łaciny szyk zdania z czasownikiem na końcu ma swój urok i miło się to czyta) o tyle rozmowy z lekarzami niepotrzebnie wybijają czytelnika z czasów starożytnych do współczesności. Niestety rozmowa z pedagogiem, psychologiem i psychiatrą jest moim zdaniem zupełnie nieciekawa i nie wnosi niczego szczególnego do charakterystyki Basjanusa. Poza tym specjaliści koncentrują się przede wszystkim na działaniach i badaniach jakie podjęliby teraz, czyli w XXI wieku, gdyby taki Basjanus zjawił się w ich gabinecie. Zupełnie inaczej podszedł do sprawy endokrynolog, którego wypowiedź czytałam z niemałym zainteresowaniem, gdyż wysnuł ciekawe teorie na temat choroby Basjanusa. Przyjemnie czytało się też wypowiedź anonimowej czytelniczki, która po przeczytaniu rękopisu (?) wyraziła swoją opinię o młodocianym cesarzu. Wydaje mi się, że lepiej zrobiłoby tej powieści, gdyby zapis rozmów z lekarzami został umieszczony na końcu, np. w formie posłowia.

Niemniej czytało mi się "Heliogabala" bardzo przyjemnie i nawet zachciało mi się wrócić do młodzieżowych powieści Ewy Nowackiej.

Moja ocena: 5/6 

autor: Ewa Nowacka
tytuł: Heliogabal, wnuk Mezy
wydawca: Nowy Świat  
liczba stron: 336

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger