Neil Gaiman - Koralina

Neil Gaiman - Koralina



Oj, jednak lubię tego Gaimana. Choć jego powieści dla dzieci i młodzieży z racji wieku już do mnie nie przemawiają, to jednak doceniam wyobraźnię autora i przede wszystkim to, że te książki niosą ze sobą jakieś przesłanie w przeciwieństwie do powstających teraz niemalże taśmowo setek bzdurnych, pustych, źle napisanych historyjek o wampirach.

Koralina Jones przeprowadza się z rodzicami do nowego domu, który zamieszkują "dziwne typy": dwie staruszki triumfujące w dalekiej przeszłości na deskach teatru i nie mogące pogodzić się z końcem kariery oraz zdziwaczały pan Bobo twierdzący, iż posiada orkiestrę składającą się z myszy. Jednak nie są to jedyni dziwni mieszkańcy domu. Pewnego dnia Koralina odkrywa tajemnicze drzwi prowadzące do alternatywnego świata, zamieszkanego przez sobowtóry sąsiadów i rodziców Koraliny. Jak się wkrótce okaże Koralina będzie musiała stawić czoło wielu niebezpieczeństwom w tym drugim świecie i uratować zarówno swoich prawdziwych rodziców jak i siebie przed niecnymi planami 'drugiej matki'.

Nie mogę napisać, że wpadłam w zachwyt, bo nie wpadłam - jest to książka przeznaczona zdecydowanie dla młodszych czytelników i da się to odczuć podczas lektury. Powód wielu zdarzeń w ogóle nie jest tłumaczony, np. dlaczego rodzina Koraliny musiała się przeprowadzić. Ot, coś się po prostu dzieje i nie ma potrzeby składania bliższych wyjaśnień, tak ma być i już. Dla mnie konstrukcja tej powieści jest zbyt prosta, jednak pewnie młodszego czytelnika wszelkie wyjaśnienia w ogóle by nie interesowały, liczy się akcja i rosnące napięcie.

Mimo wszystko książka mi się podobała (choć jak napisałam wcześniej zachwycona nie jestem, no ale to już kwestia niedopasowania lektury do mojego wieku ;-). Jako powieść dla dzieci i młodzieży (tej młodszej) oceniam ją bardzo dobrze. Posiada ciekawą fabułę, wartką akcję i – co najważniejsze – czegoś uczy. Na przykładzie Koraliny młody czytelnik może dowiedzieć się jak pokonać strach, który często okazuje się nieuzasadniony, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy możemy liczyć tylko na siebie, własną inteligencję i pomysłowość.

Cenię Neila Gaimana za niesamowitą wyobraźnię, kreatywność i umiejętność łączenia świata rzeczywistego z tym fantastycznym. Jego powieści dla młodzieży oprócz tego, że są po prostu ciekawe i wciągające, często zawierają jakieś przesłanie, czegoś uczą, nie są pustymi historyjkami o fantastycznych stworach, jakie od niedawna zalewają polski rynek wydawniczy (głównie chodzi mi tu o bzdurne wampirze opowieści, często zahaczające o paranormal romance).

Moja ocena: 4/6

autor: Neil Gaiman
tytuł: Koralina
tytuł oryginału: Coraline
tłumaczenie: Paulina Braiter
wydawca: Wydawnictwo MAG
liczba stron: 182


Mały stosik na lato

Mały stosik na lato


Niewiele ostatnio kupuję, bo szaleję na wyprzedażach ciuchowych (tak, tak, teraz wydało się czemu tak rzadko tu bywam :-P ). Nie oznacza to jednak, że nie czytam - bo czytam i to całkiem sporo, już mi się nawet parę zaległych recenzji uzbierało. Powoli będę nadrabiać.

Tymczasem zapraszam do oglądania mini-stosiku (po kliknięciu zdjęcie się powiększy)

Lem - do kolekcji

"P.S. Kocham cię" i "Stanie się czas" to dodatki do Zwierciadła i Nowej Fantastyki

"Sezon migracji na północ" to moja czwarta już wygrana w Bluszczu

O "Baleronowej ponad wagą" możecie poczytać tutaj

A za "Ogród wiecznej wiosny" zaraz się zabieram - z opisu wynika, że to mieszanka Marqueza z Allende, więc powinna przypaść mi do gustu :)
Anna Ślęzak -Baleronowa ponad wagą

Anna Ślęzak -Baleronowa ponad wagą


Nigdy w życiu nie byłam na żadnej diecie. Fakt - nie musiałam się odchudzać, bo zawsze była ze mnie chudzina ale sprawy wagi, wyglądu itp. też nigdy specjalnie mnie nie zajmowały. W ciągu ostatniego roku przytyłam ok.10 kg i też się tym specjalnie nie przejęłam. Biorę leki, które mają wpływ na moją wagę a że najprawdopodobniej będę je przyjmować już do końca życia, to nie ma chyba sensu zawracać sobie głowę paroma fałdkami więcej. Dopóki masa mojego ciała nie przekracza stanu alarmowego (a do tego jeszcze hen daleko) w pełni akceptuję to jak wyglądam i nie myślę o żadnych dietach odchudzających, tym bardziej że lubię jeść i jestem regularnie dokarmiana przez jednego z kolegów z pracy pysznymi wypiekami jego partnerki ;-)

Książek traktujących o zmaganiach z nadprogramowymi kilogramami też nigdy nie czytałam. Ani specjalistycznych poradników ani nawet zwykłych babskich czytadełek na ten temat. Bo mnie nie interesowały.

Z dużym dystansem i nieufnością podeszłam więc do debiutu Anny Ślęzak. Spodziewałam się lekkiego czytadełka, takiego typowego 'odmóżdżacza', który przeczytam bez większego entuzjazmu i zaraz o nim zapomnę.

Jakże się myliłam!

Na blisko 200 stronach poznajemy Baleronową - sympatyczną trzydziestolatkę walczącą z nadwagą oraz dopingującego ją męża Balerona. I zanim machniecie ręką mówiąc "ale to już było" spieszę donieść, że nie jest to typowa powieść a zbiór króciutkich tekstów (felietonów?) składających się w jedną całość. Ale jak napisanych tekstów!!! Anna Ślęzak ma wybitny słuch literacki, umiejętność łączenia ze sobą słów wyciągając z nich w ten sposób drugie znaczenie i przede wszystkim ogromne poczucie humoru. Czytanie tych tekstów to sama przyjemność - są lekkie, ale nie puste. Idealne dla osób, które chcą się zrelaksować podczas lektury ale szukają czegoś z polotem.

Podobno zbiór tych tekstów składał się kiedyś na blog pani Ślęzak - nie wiem, czy autorka go zlikwidowała czy ja nie umiem go znaleźć w sieci, ale z miłą chęcią poczytałabym jeszcze o przygodach Baleronowej.

Jestem zachwycona tą uroczą książeczką - to idealna lektura na lato, do poczytania po ciężkim dniu pracy lub w przerwie na kawę. Najlepiej z ogromnym kawałkiem pysznej, kalorycznej szarlotki :)

Moja ocena: 5/6

autor: Anna Ślęzak
tytuł: Baleronowa ponad wagą
wydawnictwo: Nowy Świat
liczba stron: 200
Jacques-Pierre Amette - Kochanka Brechta

Jacques-Pierre Amette - Kochanka Brechta


Ponieważ zgłosiłam swój udział w wyzwaniu czytelniczym Nagrody Literackie wypadałoby wreszcie zrecenzować jedyną przeczytaną przeze mnie książkę w ramach tej akcji czyli "Kochankę Brechta", za którą Jacques-Pierre Amette zdobył w 2003r. nagrodę Goncourtów.

Nie przepadam za literaturą francuską; zresztą nigdy nie ukrywałam swojej niechęci do wszystkiego, co francuskie. Po Ametta sięgnęłam z prostej przyczyny - od dawna zalegał nieprzeczytany na półce no i - jak sam tytuł wskazuje - ma coś wspólnego z Niemcami a tych - czego też nigdy nie ukrywałam ;-) - kocham miłością ślepą i bezgraniczną ;-)

"Kochanka Brechta" to niewielkich rozmiarów powieść, której akcja osadzona jest w ciągu kilku lat od momentu powrotu Bertolta Brechta do Niemiec (a konkretnie do Berlina Wschodniego) do jego śmierci. Główną bohaterką jest Maria Eich, początkująca aktorka, która ze względu na niechlubną nazistowską przeszłość swojego męża i ojca zostaje zmuszona przez Stasi do donoszenia na Brechta, którego tajne służby niemieckie podejrzewają o komunistyczną działalność. Maria bojąc się o dobro swej kilkuletniej córeczki przebywającej w Berlinie Zachodnim u babci, zgadza się zostać kochanką słynnego dramaturga i szpiegować każdy jego krok. W tle mamy również rodzące się uczucie między Marią a jednym z funkcjonariuszy Stasi ale na pierwszy plan i tak wysuwa działalność społeczno-artystyczna Brechta i jego Berliner Ensemble.

Niestety powieść dosyć mocno mnie rozczarowała. Jacques-Pierre Amette jest uważany za wybitnego znawcę literatury niemieckiej a w szczególności twórczości Bertolta Brechta (choć tu źródła informacji nie zawsze są zgodne - gdzieniegdzie zamiast Brechta pojawiało się np. nazwisko Friedricha Hölderlina). Ta informacja powoduje, że moje oczekiwania wobec książki, której tematyka jest konikiem autora, są duże - WYBITNY znawca (który na dodatek jest także i pisarzem, więc talent ku temu ma a przynajmniej ma z założenia) powinien stworzyć dzieło bogate w szczegóły dotyczące życia i twórczości swego idola, pełne opisów najważniejszych dzieł, ich znaczenia, wymowy czy recepcji; dzieło będące odpowiedzią na pytanie czemu właśnie Brecht a nie kto inny, co takiego fascynującego jest w tym pisarzu, że warto go znać i sięgać po jego dzieła. Tymczasem to, co dostajemy na 200 stronach powieści Ametta to nudny opis poglądów Brechta doprawiony jeszcze nudniejszym życiem prywatnym tytułowej kochanki.

Powieść nie ma absolutnie żadnej siły przyciągania, nie wzbudza w czytelniku ciekawości, co będzie dalej, nie sprawia, że po przeczytaniu kilkunastu stron nie chcemy odłożyć książki, by zrobić sobie przerwę. Maria jest postacią papierową i bezpłciową, jej los zupełnie nie wzbudził mojego zainteresowania. Na dodatek Bertolt Brecht od strony prywatnej przedstawiony jest wyłącznie jako obleśny dziad-seksoholik w niemodnym kaszkiecie, traktujący kobiety wyłącznie jak obiekty służące wyładowaniu jego seksualnych frustracji. Powstaje więc pytanie: czy po tak odpychającym obrazie Brechta czytelnik Ametta sięgnie po dzieła jednego z najważniejszych niemieckich pisarzy? Wydaje mi się, że nie, więc po co powstała ta książka? Co Amette - wybitny znawca twórczości Bertolta Brechta - chciał nam powiedzieć w swym dziele?

Jest to powieść przeciętna do bólu i od chwili jej skończenia zachodzę w głowę, z jakiego powodu Amette został uhonorowany chyba najważniejszą nagrodą we francuskim świecie literackim właśnie za "Kochankę Brechta". Nagroda Goncourtów nigdy nie miała dla mnie znaczenia, nigdy też nie uważałam literatury francuskiej za godną uwagi (wyjątek stanowi klasyka!!!) i chyba tak już niestety pozostanie.

I na koniec jeszcze jedna uwaga - nigdy nie fascynowałam się Brechtam, znam jego twórczość na tyle na ile każdy szanujący się germanista znać powinien i nie miałam problemów ze zrozumieniem jego koncepcji w "Kochance Brechta", jednak wydaje mi się, że twórczość tego pisarza jest na tyle mocno społecznie zaangażowana, że osoby słabo orientujące się w ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej Niemiec oraz w życiorysie i poglądach Brechta powinny się z nimi przed przystąpieniem do lektury choć w minimalnym stopniu zapoznać.

Pomysł na powieść - świetny, sposób wykorzystania - mizerny. Szkoda.

Moja ocena: 2,5/6

autor: Jacques-Pierre Amette
tytuł: Kochanka Brechta
tytuł oryginału: La Maitresse de Brecht
tłumaczenie: Anna Węgrzyn
wydawnictwo: Świat Książki
liczba stron: 208
Susan Minot - Wieczór

Susan Minot - Wieczór


No cóż... długo się zabierałam za tę recenzję, bo szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem, co mam o tej książce myśleć a co za tym idzie - co o niej napisać. Odstała swoje na półce (a raczej odleżała na wielkim stosie na podłodze) i kiedy wreszcie doczekała się moich zachłannie sięgających po nią dłoni, po przeczytaniu kilkunastu stron okazało się, że nadal będzie leżeć na stosie, tym razem jednak przy łóżku, wśród książek, które aktualnie podczytuję. Dlaczego? Bo czytając ją albo ziewałam z nudów albo irytowałam się z powodu głupiutkiej bohaterki.

Nie ukrywam, że czytałam recenzje tej powieści na innych blogach a także wypowiedzi na jej temat na forum - w 99% są jak najbardziej pozytywne. Byłam więc nieco zaskoczona i rozczarowana dostając do rąk nie to, czego się spodziewałam.

Jest to powieść ukazująca ostatnie dni życia chorej na raka Ann Lord, która ze spokojem czekając na śmierć wspomina swą największą miłość z lat młodości. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną poznała na ślubie swojej przyjaciółki tajemniczego Harrisa Ardena, w którym natychmiast, nieomal ślepo jak nastolatka, się zakochała. Ich romans trwał zaledwie kilka dni i skończył się wraz z odjazdem gości weselnych, ale w pamięci Ann już na zawsze pozostały wspólnie spędzone wtedy chwile.

Opis fabuły wydaje się być ciekawy (szczególnie jeśli ktoś ma ochotę na powieść o niekoniecznie szczęśliwej miłości - a ja taką ochotę miałam). W czym więc tkwi problem? Ano w głównej mierze w tym, że wielbiony kochanek wcale na tę miłość i uwielbienie nie zasługiwał. Do szału doprowadzały mnie opisy wpatrzonej w Harrisa jak w obrazek Ann, która ślepa i głucha na wszystko jak po raz pierwszy zakochana nastolatka wzdychała do swego półboga, patrzącego na zakochaną w nim dziewczynę przez pryzmat swych popędów seksualnych i najzwyczajniej w świecie wykorzystującego sytuację. Arden doskonale zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie robi na kobietach a skoro znalazła się chętna na igraszki we dwoje, to czemu nie skorzystać z okazji? Ani przez moment nie wierzyłam w zapewnienia Harrisa o miłości do Ann i dziwiłam się, że ona - mająca już przecież kilka związków za sobą - dała się tak zaślepić.

Ale nie tylko kwestia naiwności głównej bohaterki przeszkadzała mi w czerpaniu przyjemności z lektury. Jest w niej zbyt dużo bohaterów, którzy pałętają się gdzieś między rozdziałami ale z ich obecności (poza zamieszaniem w głowie czytelnika) nic nie wynika. Mylili mi się goście weselni oraz (dorosłe już) dzieci chorej Ann, które zjechały do domu matki, by czuwać przy niej w ostatnich chwilach jej życia. Nic nie zapamiętałam z ich rozmów, poza ogólnym wrażeniem, że nie wiedzą w jaki sposób traktować matkę majaczącą w chorobie. Goście weselni przebiegają mi przed oczami jak kolorowe kukiełki na karuzeli, tworzą jedną barwną całość, nie pamiętam ani ich imion ani sytuacji związanych z poszczególnymi osobami.

Mocno irytowała mnie też pewna maniera pani Minot w sposobie narracji. Uwielbiam książki, w których mamy do czynienia z dwoma płaszczyznami czasowymi - ale lubię kiedy one bezboleśnie się przeplatają, kiedy czytelnik niekiedy sam musi się domyślić, czy akcja w danym momencie dzieje się w teraźniejszości czy np. w przeszłości. Tutaj autorka dosłownie za każdym razem, kiedy zmienia perspektywę czasową, nachalnie informuje o tym czytelnika już w pierwszym zdaniu, dodając, że to powiedziała Ann Grant (czyli młoda, niezamężna Ann) a to Ann Lord (czyli schorowana i czekająca na śmierć, 65-letnia Ann). Nie lubię kiedy czytelnik traktowany jest jak idiota, który nie potrafi się sam domyślić w jakiej płaszczyźnie czasowej się właśnie znajduje, tym bardziej że w "Wieczorze" każda taka zmiana rozpoczyna się nowym akapitem.

A jednak mimo wszystko - ku własnemu zaskoczeniu - miło tę powieść wspominam. Bo oczywiście ma ona też swoje plusy. Podobały mi się zmiany nastroju wywołane odmienną narracją przy zmianach płaszczyzn czasowych; szczególnie mam tu na myśli półsenne, jakby impresjonistyczne opisy postrzegania rzeczywistości przez umierającą Ann, dla której np. biała pościel układa się w żagle łodzi lub spienione fale, wywołując wspomnienia z przeszłości. Nie ukrywam, że i osadzenie akcji z przeszłości w połowie lat 50-tych miało dla mnie, miłośniczki tamtej epoki, dużo uroku i czaru. A i po początkowych trudnościach z lekturą, drugą połowę książki przeczytałam już z większą przyjemnością a co za tym idzie - także znacznie szybciej.

Widziałam także film na podstawie powieści - oceniam go jako średni. W kilku kwestiach sporo różni się od książki, którą jednak uważam za bardziej interesującą.

Nie mogłam się zdecydować, jaką ocenę mam wystawić powieści Susan Minot. Ta czwórka jest ciut zawyżona, ale 3,5 z kolei wydało mi się oceną zbyt niską, więc niech będzie 4 :)

Moja ocena: 4/6

autor: Susan Minot
tytuł: Wieczór
tytuł oryginału: Evening
tłumaczenie: Ewa Świerżewska
wydawnictwo: Świat Ksiązki 
liczba stron: 272


Izabela Szolc - Naga

Izabela Szolc - Naga


To moje drugie spotkanie z twórczością Izabeli Szolc, tym razem jak najbardziej udane. Jej pseudo-kryminalna powiastka "Cichy zabójca" zupełnie nie przypadła mi do gustu, za to "Nagą" z przyjemnością pochłonęłam w ciągu kilku dni.

Jest to zbiór 10 opowiadań o kobietach i kobiecości ale kobiecości w jakże odmiennym znaczeniu od tego, z którym spotykamy się na co dzień. Kobiecość kojarzy się nam z czymś pięknym, przyjemnym, lekkim i powabnym, tymczasem Szolc zwraca naszą uwagę na ten drugi, mroczniejszy aspekt bycia kobietą - obnaża swoje bohaterki ukazując je w trudnych bądź przełomowych dla nich momentach, zagląda głęboko w ich dusze i serca w poszukiwaniu strachu, żalu, złości, nienawiści, słabości, samotności.

Mamy w tym zbiorze ciekawą paletę postaci kobiecych - żonę, która po latach dowiaduje się, że jej mąż ma dziecko jeszcze ze związku sprzed małżeństwa, kobietę w homoseksualnym związku, bojącą się o życie swej partnerki alpinistki, rozterki ciężarnej, historię dziewczyny zgwałconej w akademiku, kobietę wybierającą się lada moment na zabieg usunięcia ciąży, zakonnicę oddaną Bogu, narkomankę romansującą z własnym nauczycielem czy transseksualistę - kobietę urodzoną w ciele mężczyzny.

Wszystkie te historie obnażają kobiecą duszę, sięgają głęboko do pokładów strachu, samotności i poczucia niezrozumienia. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa opowiadania: napisany w formie listu do matki "Pępek", w którym bohaterka wylewa cały swój żal do matki, przez którą nigdy nie czuła się kochaną i akceptowaną. To zdecydowanie toksyczna relacja, gdzie samotnie wychowująca (niechciane?) dziecko matka znęca się nad nim i nie okazuje żadnych matczynych uczuć. Bohaterka sama będąc w ciąży boi się, że będzie dla swojego dziecka taką samą matką-potworem jak kiedyś jej własna rodzicielka była w stosunku do niej. Drugim opowiadaniem, które mnie ujęło, to wykorzystująca fragmenty "Dziennika żałoby" Marii Curie-Skłodowskiej relacja słynnej pani naukowiec po śmierci jej ukochanego męża Piotra. Skłodowska zwraca się tu bezpośrednio do zmarłego męża wspominając wspólnie spędzone lata, zarówno dobre jak i te gorsze chwile. To quasi spowiedź, która chwyta za serce.

Czytając ten tomik pomyślałam, że dobrze by było polecić go mężczyznom, ale po dłuższym zastanowieniu zaczęłam mieć wątpliwości, czy płeć brzydka będzie w stanie naprawdę zrozumieć uczucia targające bohaterkami tych opowiadań. Często się mówi, że kobiety mają o wiele bardziej skomplikowaną naturę od mężczyzn i chyba jest to prawda. "Naga" jest zbiorem zdecydowanie kobiecym i dlatego też polecam ją przede wszystkim paniom - warto zapoznać się z tą drugą, ciemniejszą stroną naszej kobiecości.

Moja ocena: 4,5/6

autor: Izabela Szolc
tytuł: Naga
wydawnictwo: Amea
liczba stron: 156

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Niespełna dwa tygodnie temu miałam przyjemność spotkać jednego z moich ulubionych polskich autorów współczesnych, Janusza Leona Wiśniewskiego, który z okazji promocji najnowszego zbioru felietonów/opowiadań "Zbliżenia" przyjechał z wizytą do Łodzi.

Wiśniewski jest pisarzem, który ma tyle samo fanów co krytyków; ja go bardzo lubię, mimo iż dostrzegam w jego pisarstwie wady (głównie w felietonach - to ciągłe granie na ludzkich uczuciach, dlatego jednak wolę powieści). Mam bardzo osobisty stosunek do "Samotności w sieci", jest to książka, która już zawsze będzie mi się kojarzyła tylko z jednym człowiekiem i konkretnymi wydarzeniami sprzed blisko 3 lat.

Spotkanie odbyło się w bardzo kameralnym gronie (ok. 40 osób na sali), co mnie troszkę zdziwiło, bo spodziewałam się tłumów i trwało nieco ponad godzinę, za co pan Janusz już na wstępie przeprosił, tłumacząc się pośpiechem w związku z nagrywaniem tego samego dnia wywiadu w programie Małgorzaty Domagalik "On i ona", na który z racji emisji programu na żywo, nie może się spóźnić.

Autor opowiadał o swoim pisarstwie, pracy naukowej, próbach pogodzenia tych dwóch sfer życia, o uczuciach i związkach chemicznych rządzących naszym życiem. Nie dowiedziałam się z tego spotkania niczego nowego, zresztą po przeczytaniu setek wywiadów z autorem, odnoszę wrażenie, że Wiśniewskiemu ciągle zadaje się te same pytania, na które on ciągle udziela tych samych odpowiedzi. Zresztą potwierdził to wspomniany już przeze mnie wywiad Małgorzaty Domagalik, który był niemalże kopią tego, co usłyszałam parę godzin wcześniej na spotkaniu.

Wiśniewski dał się poznać jako sympatyczny i inteligentny człowiek z poczuciem humoru, mający bardzo dobry kontakt z czytelnikami. Mimo iż bardzo się spieszył, każdemu czytelnikowi (choć w większości były to czytelniczki ;-) poświęcił chwilę na krótką rozmowę i wpis w książce.

Cieszę się, że mogłam poznać pana Janusza osobiście, jeśli ponownie zawita do Łodzi, z miłą chęcią ponownie pójdę na spotkanie :)


 

Eileen Chang - Czerwona róża, biała róża

Eileen Chang - Czerwona róża, biała róża



Zbiór opowiadań chińskiej autorki Eileen Chang został wydany w WAB-owskiej serii "Nowy Kanon" przygotowywanej na podstawie listy wartościowych książek według New York Rewiev Books. Nie wiem, czy nyrb jest godnym uwagi źródłem inspiracji (nigdy nie miałam z nim do czynienia) ale cieszę się, że WAB postanowiło spopularyzować u nas tę chińską pisarkę i to od razu wydając ją w serii, której nazwa wskazuje na tytuły tylko wartościowe, bo te opowiadania naprawdę na to zasługują.

Nazwisko Eileen Chang znałam do tej pory tylko z (rewelacyjnego swoją drogą) filmu Anga Lee "Ostrożnie, pożądanie" nakręconego na podstawie opowiadania Chang o tym samym tytule. I teraz szukam go w mojej bibliotece, bo po lekturze zbioru "Czerwona róża, biała róża" jestem tak zachwycona twórczością chińskiej pisarki, że chciałabym przeczytać wszystko, co napisała.

Jest to zbiór troszkę nierówny, nie wszystkie zawarte w nim opowiadania są tak samo dobre, ale nie ma też i takich kompletnie złych. Zdecydowanie najlepsze jest moim zdaniem opowiadanie tytułowe, "Złote kajdany" oraz "Miłość w pokonanym mieście".

Chang opisuje świat, którego już nie ma. Wartości i zasady, tradycje i konwenanse, którymi już dawno nikt się nie przejmuje. Zdziera maski, za którymi tak lubią skrywać się Chińczycy, wnika w głąb ich serc i umysłów, obnaża strach, obłudę, chciwość czy egoizm. Ukazuje ludzi w codziennych sytuacjach ale i w intymnych czy przełomowych da nich momentach.

Najważniejszy w tych opowiadaniach jest jednak język, bardzo sugestywny i ostry, tnący ukazaną rzeczywistość jak brzytwa. Opisy przestrzeni są dopracowane w każdym detalu, bardzo plastyczne. Czytając książkę widzi się przed oczyma całą scenerię, zupełnie jak w filmie.

Ważną rolę odgrywają też dialogi - pełne niedomówień i przemilczeń, doskonale obrazujące trud, z jakim przychodzi bohaterom się porozumieć. Stąd też przerażająca samotność tych ludzi, w nieporadny sposób krzyczących ku innym: zauważ mnie, zrozum, doceń.

To literatura najwyższych lotów, nie przegapcie jej!

Moja ocena: 6/6

autor: Eileen Chang
tytuł: Czerwona róża, biała róża
tytuł oryginału: Qing cheng zhi lian 
tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 296

Agota Kristof - Analfabetka

Agota Kristof - Analfabetka


Po raz pierwszy usłyszałam o "Analfabetce" w niemieckim programie o książkach "Lesen!", w którym prowadząca Elke Heidenreich (pisarka, dziennikarka, krytyczka literacka) przedstawiała książki, które warto znać. Niekoniecznie nowości wydawnicze czy bestsellery, bo te i tak zostaną zauważone. Heidenreich skupiała się często na powieściach zapomnianych lub nowo wydanych ale takich, które w zalewie nowej prozy mogą przejść po prostu nie zauważone. I taką książką była według niej "Analfabetka" - niepozorna, cieniutka powiastka nikomu nieznanej węgierskiej pisarki. I dobrze, że Heidenreich o niej wspomniała, bo w przeciwnym razie nie poznałabym kolejnej obok "Madame" Antoniego Libery, niezwykle ważnej dla mnie pozycji mówiącej o języku. Języku ojczystym, języku obcym - języku jako narzędziu do porozumiewania się, wyrażania siebie ale i jako ważnym źródle tożsamości narodowej.

Agota Kristof urodziła się w 1935r. na Węgrzech. Jej ojciec był nauczycielem w małej wiosce, w której mieszkała i właśnie dzięki wizytom na lekcjach u taty nauczyła się płynnie czytać już w wieku 4 lat. Jej dzieciństwo i wczesna młodość przypadają na trudny okres w dziejach Węgier - najpierw druga wojna światowa, potem indoktrynacja pierwszych lat komunizmu. Już od najmłodszych lat pociągało ją słowo pisane; wiedziała, że kiedyś zostanie pisarką. Zaczęła pisać po przeniesieniu się do internatu, aby jak sama twierdzi "znieść ból rozstania".1 Żyjąc w trudnych warunkach, codziennie drżąc z zimna w nieogrzewanych pomieszczeniach i próbując zapomnieć o burczącym brzuchu, wypełnionym jedynie szklanką kawy i kromką chleba, zaczęła przelewać na papier swój żal, smutek, cierpienie i tęsknotę za utraconymi szczęśliwymi latami dzieciństwa u boku rodziców i dwóch braci. Razem z koleżankami ze szkoły podejmuje też pierwsze próby wystawiania własnych skeczy kabaretowych i mini-przedstawień teatralnych. Jej życie zmienia się diametralnie kiedy w 1956r., po wybuchu zamieszek, nielegalnie przekracza wraz z mężem i czteromiesięczną córeczką granicę węgiersko-austriacką, by jako uchodźcy szukać azylu najpierw w Austrii, potem w Szwajcarii. Po latach autorka stwierdza, że to właśnie w momencie przekraczania geograficznej granicy nastąpiła chwila, "w której straciłam dużą część własnego życia. [...] Przede wszystkim jednak tego dnia, pod koniec listopada 1956 roku, utraciłam na zawsze swoją przynależność narodową".2

I to właśnie w tym momencie przychodzi zrozumienie, o czym tak naprawdę pisze Agota Kristof a pisze o podstawowych funkcjach języka ojczystego oraz o małych radościach ale i trudnościach i zagrożeniach płynących z nauki języka obcego. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba przynależności, identyfikacji, tożsamości z pewną grupą ludzi czy też całym narodem, z jego kulturą i tradycjami. To poczucie przynależności kształtuje się w nas we wczesnym dzieciństwie i odbywa się niejako nieświadomie poprzez używanie tego samego języka, co wszyscy wokół. Bo to właśnie język opisuje świat, umożliwia myślenie, porozumiewanie się z innymi i możliwość wyrażania samego siebie. Pierwszy język, którego się uczymy a więc język ojczysty wpływa na nasz sposób myślenia, wyrażania emocji i przeżywania świata.

Najgorsza po przyjeździe do obcego kraju była 'pustynia towarzyska'. Niby w fabryce, gdzie autorka znalazła pracę było kilku Węgrów, to jednak rzadko z nimi rozmawiała a z innymi pracownikami (Szwajcarami) nie była w stanie się porozumieć, bo nie znała ich języka. Pod względem materialnym jej los na pewno się polepszył ale wewnętrznie, od strony czysto ludzkiej czuła się samotna i wyobcowana. Nie potrafiła rozmawiać po francusku, wokół siebie miała ludzi wychowanych w innym kręgu kulturowym, mówiących w innym języku - Agota Kristof czuła się przy nich wyobcowana, 'nieprzynależna', samotna, z oczywistych przyczyn nie mogąca utożsamić się ze wszystkimi wokoło.
"Materialnie powodzi nam się lepiej. Mamy dwa pokoje zamiast jednego. Nie brakuje węgla i jemy do syta. Ale w porównaniu z tym, co utraciliśmy, to wygórowana cena"3
Droga do integracji, czy też asymilacji jest zawsze trudna, a zaczyna się od języka. Po przyjeździe do Szwajcarii autorka, która nauczyła się płynnie czytać w wieku 4 lat, na powrót stała się analfabetką. Nie znała języka, nie była w stanie się z nikim porozumieć, nie potrafiła czytać w obcym języku. Zaczęła powoli uczyć się francuskiego, ale tylko w mowie. Koleżanki z pracy uczyły ją podstawowych słów i zwrotów. Dopiero w wieku 26 lat, po 5 latach pobytu w Szwajcarii, zapisała się na kursy uniwersyteckie dla obcokrajowców, żeby nauczyć się pisać i czytać po francusku. W "Analfabetce" żartuje po latach, że poszła do szkoły razem ze swoją pierwszą córką. Za kilka lat będzie miała jeszcze dwoje dzieci, z którymi będzie ćwiczyć czytanie, ortografię i gramatykę:
"Kiedy zapytają mnie o znaczenie jakiegoś słowa albo o jego pisownię, nigdy nie powiem 'nie wiem'. Powiem: 'sprawdzę'."4
Język francuski nie jest łatwy, ale Agota Kristof zdawała sobie sprawę, że jego opanowanie jest niezbędne do pełnej integracji w miejscu, które narzucił jej los. Potraktowała to jako wyzwanie i osiągnęła postawiony sobie cel. Wskazuje jednak też na pewien negatywny aspekt ciągłego obcowania z językiem nieojczystym:

"Mówię po francusku od ponad trzydziestu lat, piszę w tym języku od lat dwudziestu i wciąż jeszcze go nie znam. Nie mówię bezbłędnie, a kiedy piszę, muszę zaglądać do słowników. To dlatego również ten język nazywam wrogim. Jest jeszcze jeden powód, dla którego tak go nazywam, ważniejszy: ten język powoli zabija mój język ojczysty."5

Z czasem Kristof opanowała język francuski na tyle dobrze, że zaczęła w nim pisać. Jej sztuki teatralne czy słuchowiska radiowe cieszyły się popularnością, w końcu udało się wydać pierwszą powieść. Język zawsze odgrywał według niej bardzo ważną rolę, bo to przecież podstawowe narzędzie pisarza, środek komunikacji z czytelnikami.

"Wiem, że nigdy nie będę pisać tak jak pisarze, dla których francuski jest językiem ojczystym, ale będę pisać tak, jak potrafię, najlepiej jak potrafię."6

"Analfabetka" jest cieniutka książeczką, liczącą niespełna 50 stron tekstu a pomimo to widać w niej bardzo wyraźnie, że Agocie Kristof - świadomej swoich niedostatków językowych jak i niemożności wyrażania w języku francuskim pewnych niuansów, możliwych do wyrażenia tylko w język ojczystym - udało się to, co chyba każdy pisarz uważa za najważniejsze: znalazła nić porozumienia z czytelnikiem a w moim sercu dodatkowo poruszyła pewną bardzo wrażliwą strunę i sprawiła, że czytając ostatni rozdział popłynęła mi po policzku łza.

Jestem osobą dwujęzyczną i mimo iż nie posiadam za sobą tak trudnych doświadczeń jak autorka, to jednak jestem w stanie zrozumieć sytuacje, o których pisze. Od lat interesuje mnie język i jego wpływ na postrzeganie świata.

Książka jest napisana bardzo prostym językiem; zdania są krótkie, bez żadnych metafor czy innych stylistycznych ozdobników. I chyba w tym tkwi siła - język jest prosty ale ma ogromną siłę przebicia, jest niezwykle sugestywny i swoją oszczędnością bezbłędnie trafia we wrażliwość czytelnika.

Obok "Madame" Antoniego Libery, jest to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Uważam, że dla osób znajdujących się w podobnej sytuacji, co autorka ale także i dla wszystkich filologów jest to lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6


1 Agota Kristof, Analfabetka, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2005, str. 13

2 tamże, str. 33-34

3 tamże, str. 40

4 tamże, str. 49

5 tamże, str. 25
6 tamże, str. 49

autor: Agota Kristof
tytuł: Analfabetka
tytuł oryginału: L’ANALPHABÈTE 
tłumaczenie: Agnieszka Żuk
wydawnictwo: Noir Sur Blanc
liczba stron: 52
Stosik (pierwszo)majowy

Stosik (pierwszo)majowy

Dawno nie chwaliłam się nowymi zdobyczami, ale też i nie było czym - czekałam aż uzbiera się większa ilość książek a te przybywają mi głównie w Światowy Dzień Książki. Zgodnie z noworoczną obietnicą staram się mniej kupować, bo już nie mam gdzie trzymać tych wszystkich książek :-/ Cieszę się jednak, gdyż powolutku udaje mi się wprowadzać w życie moje inne postanowienie a mianowicie: mniej wypożyczać z biblioteki a więcej czytać swoich książek.

Na zdjęciu książki kupione i otrzymane w ostatnich 2-3 miesiącach. Część już przeczytałam i zrecenzowałam, inne jeszcze czekają na swoją kolej.

Lem i Siesicka zakupione do kolekcji (z Siesickiej brakuje mi do kompletu już tylko jednej pozycji! :)

Mary Renault to podobno jedna z lepszych pisarek zajmujących się powieścią historyczną a że po "Heliogabalu" ten gatunek coraz bardziej mnie interesuje, to pierwszą część trylogii o Aleksandrze też musiałam mieć.

Mervyn Peake zbiera same pochwały za "Gormenghast", zresztą już samo stwierdzenie, że to "mistrz makabrycznej opowieści i wędrowiec po ciemnych otchłaniach wyobraźni" w zupełności wystarczyło, by wzbudzić moje zaciekawienie. Nie wiem tylko czy dobrze robię zaczynając trylogię od drugiej części?

"Analfabetka" to króciutka autobiograficzna opowieść, o której usłyszałam kiedyś w pewnym programie o książkach; myślę że już niebawem możecie spodziewać się recenzji.

Zaś Libera to moje wielkie odkrycie ostatnich lat i nie wyobrażam sobie nie mieć na półce najważniejszej powieści mojego życia czyli "Madame". Denerwuje mnie tylko okładka, bo bardzo nie podoba mi się pani na niej widniejąca. Czy Wy też cierpicie na taką dziwną przypadłość jaką jest chęć posiadania książki w takim wydaniu, w jakim przeczytaliście ją po raz pierwszy? Ja czytałam "Madame" w innej szacie graficznej (granatowa okładka) i niestety tak mi się ona wbiła do głowy, że teraz mam problem z oswojeniem się z najnowszym wydaniem. Kupiłam je jednak, bo okazja aby zakupić nowiuteńką książkę (na dodatek tą najważniejsza, najukochańszą, najbardziej pożądaną i wytęsknioną) z - uwaga! - 60% rabatem trafia się raz na milion, więc będę musiała jakoś przeboleć ten bordowo-szary mankament ;-) "Godot i jego cień" czyli najnowsze dzieło Libery kupiłam również po gigantycznej obniżce (za niecałe 15zł!!!). O Beckecie (tak to się odmienia?) wiem tylko tyle, że jest noblistą i napisał "Czekając na Godota" - mam nadzieję jednak, że po przeczytaniu (kiedyś... nie wiem kiedy.... rany, ile zaległych tytułów czeka na półkach...) dowiem się więcej, bo Libera był jego wielkim miłośnikiem czego dowodem ma być właśnie ta książka - historia fascynacji Bekettem i osobisty hymn pochwalny na cześć tego irlandzkiego pisarza i dramaturga.

"Woodward", "Heliogabala" i "Szklankę na pająki" już zrecenzowałam. W planach na długi majowy weekend mam nadrabianie zaległości czytelniczych i recenzenckich, więc zmykam, by dalej czytać a Was zapraszam już niebawem po najnowsze recenzje!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger