Katarzyna Michalak - Spełnienia marzeń!

Katarzyna Michalak - Spełnienia marzeń!


Pierwszy raz sięgnęłam po powieść pani Michalak i myślę, że jednocześnie jest to mój ostatni kontakt z jej twórczością. Wybór tytułu jest zupełnie przypadkowy, miałam ochotę na lekkie czytadło do pracy i trafiłam akurat na „Spełnienia marzeń”, które w tamtym momencie było jej najnowszą książką.

Jest to historia dwójki młodych ludzi gorzko doświadczonych przez los. Osiemnastoletnia Klaudia jest ofiarą przemocy w rodzinie a niewiele od niej starszy Kamil stracił wzrok w wyniku brutalnego pobicia przez chuliganów. Ścieżki tych dwojga zbiegają się w momencie, w którym Klaudia odpowiada na ogłoszenie o pracę – opiekę nad niewidomym Kamilem. Relacje między bohaterami są trudne i napięte, oboje są przecież nieufni i ostrożni w kontaktach z innymi ludźmi. Powoli jednak uczą się przełamywać swoje uprzedzenia i oswajać lęki i choć uczucie, które ich połączy wniesie w ich życie nieco ciepła i słońca, będą musieli stawić czoła wielu przeciwnościom na drodze do własnego szczęścia.

Pani Michalak nie operuje wyszukanym językiem ale gatunek do jakiego zalicza się jej książki nie jest w tym względzie wymagający. Stylem jakim posługuje się autorka, zwłaszcza w opisach potępianych społecznie zachowań czy charakterystyki czarnych charakterów nie powstydziłby się najlepszy reporter Faktu lub Super Expressu. Bohaterowie są płascy, jednowymiarowi, w większości przypadków mocno irytujący a poziomem swojej głupoty i ciasnotą poglądów wprawiają czytelnika w osłupienie. Ich zachowania oparte są na stereotypach, brak tu pogłębionej psychologii postaci. Główna bohaterka zachowuje się wybitnie niedojrzale i niemal na każdej stronie strzela focha.

Fabuła jest bzdurna, obfitująca w nieprawdopodobne zbiegi okoliczności a ilością nieszczęść jakie spadają na głównych bohaterów można by obdzielić pół dzielnicy. Wszystko to czyni z tej powieści łzawy melodramat na miarę programów typu „Trudne Sprawy”. A o pracy polskiej policji pani Michalak ma niewielkie pojęcie albo po prostu naoglądała się za dużo amerykańskich seriali o szybko działających, miłych i współczujących strażnikach prawa.

Fatalny styl nie powinien zresztą dziwić, wystarczy spojrzeć na częstotliwość z jaką autorka publikuje swoje powieści. Trzy – cztery nowe publikacje w roku zdają się potwierdzać moje podejrzenia o pisanie na zamówienie – czyli szybko, byle jak i zapewne w oparciu o jakiś schemat.

Zrobiłam mały research w sieci i okazuje się, że Katarzyna Michalak ma spore grono wielbicielek, z którymi chętnie koresponduje na łamach prowadzonego przez siebie bloga i na facebooku. Także zdecydowana większość recenzji jej książek jest pozytywna, rzadko trafiają się czytelniczki krytykujące jej twórczość. Ja jednak dołączę do tego niewielkiego procenta osób, które na myśl o stylu pani Michalak reagują zduszonym jękiem i towarzyszącym mu plaśnięciem dłoni o czoło. Rozumiem, że są osoby, które potrzebują takich historii i takich emocji, ja jednak znajomość twórczości tej poczytnej autorki zakończę na tej jednej przeczytanej książce.

Moja ocena: 1/5

autor: Katarzyna Michalak
tytuł: Spełnienia marzeń!
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
liczba stron: 168
Charlie N. Holmberg - The Paper Magician

Charlie N. Holmberg - The Paper Magician


Pierwszy raz zetknęłam się z „The Paper Magician” na Instagramie, gdzie debiutancka powieść młodziutkiej Amerykanki o męskim imieniu zbierała całkiem pochlebne opinie. Książka nie ukazała się jeszcze na polskim rynku i nic mi nie wiadomo na temat ewentualnych planów jej wydania. Czytałam ebooka po angielsku.

Bohaterką powieści jest Ceony Twill, absolwentka Szkoły Magii, która trafia na praktyki do domu Emery Thane’a – maga (czarodzieja, magika? Nie wiem jakie słowo byłoby tu najodpowiedniejsze i powiem szczerze, że jeśli książka ukaże się po polsku na pewno ją przeczytam, by dowiedzieć się w jaki sposób zostały przetłumaczone niektóre terminy występujące w książce) zajmującego się papierową magią. Ceony nie jest szczególnie zachwycona magicznym elementem, jaki przypadł jej w udziale – papier wydaje jej się nudny i dający małe pole do popisu. Zawsze marzyła o tym, by zajmować się metalem. Pokornie jednak uczy się zaklęć objaśnianych przez nauczyciela, który wydaje jej się być znaczne ciekawszą postacią niż magia, którą reprezentuje. Thane jest bardzo tajemniczy, zamknięty w sobie i nieco gburowaty, co na początku zniechęca do niego Ceony ale w miarę upływu czasu, dziewczyna czuje się coraz bardziej zaintrygowana jego osobą. A kiedy pewnego dnia, zupełnie znienacka, pojawia się w domu czarnowłosa piękność, która za pomocą magii krwi chce uśmiercić Thane’a, Ceony decyduje się wyruszyć w bardzo nietypową i chyba nigdzie wcześniej nie występującą w literaturze podróż, by ratować swego nauczyciela…

Uch, pisanie o treści tej książki bez zdradzania co ciekawszych faktów i zdarzeń jest bardzo trudne!
Zacznijmy może jednak od pewnej cechy świata wykreowanego przez Holmberg, która szalenie mi się spodobała. Zazwyczaj w powieściach, w których mamy do czynienia z magią, jest ona ukazywana jako zbiór zaklęć rzucanych przez maga/czarodzieja, które pozwalają mu przejąć władzę nad siłami nadprzyrodzonymi i w ten sposób zmieniać rzeczywistość. Dodajmy, że magia ta dotyczy praktycznie wszystkich zjawisk. U Holmberg jest zupełnie inaczej: poszczególni magowie uczą się magii związanej z tylko jednym, wybranym przez siebie (lub narzuconym) elementem: może to być papier, szkło, metal itp. Mag związany z papierem nie potrafi ożywić metalu i odwrotnie. Była to dla mnie bardzo miła i ciekawa odmiana. A Holmberg wspaniale potrafi opisywać ten rodzaj magii na przykładzie swojej bohaterki uczennicy, która wraz z czytelnikiem poznając coraz bardziej skomplikowane ‘foldy’ (sztuka składania papieru, jak w orgiami), zaczyna rozumieć jak wielką moc ma ten niepozorny na pierwszy rzut oka element.

Nie jestem w stanie podać dokładnego czasu i miejsca akcji, zresztą nie przypominam sobie aby autorka informowała o tym wprost ale na podstawie pewnych faktów można się domyślić, że fabuła osadzona jest gdzieś w Anglii na przełomie XIX i XX wieku.

Powieść jest napisana prostym językiem, nie zawiera skomplikowanych form składniowych czy wydumanych metafor. Widać, że jest to debiut Charlie N. Holmberg, podobnie da się to zauważyć w niektórych rozwiązaniach fabularnych czy zbyt nagłych i – przynajmniej z mojej perspektywy – nieuzasadnionych zwrotach akcji ale nie jest to poważny zarzut z mojej strony. Powieść czytało mi się całkiem przyjemnie a spora ilość naprawdę ciekawych i innowacyjnych pomysłów sprawiła, że przymknęłam oko na pewne niedociągnięcia.


Holmberg bardzo umiejętnie stopniuje napięcie i oszczędnie dawkuje informacje na temat przeszłości Thane’a. Dopiero w drugiej części powieści, w trakcie osobliwej podróży Ceony (ależ chciałabym o tym napisać, ale nie! Cicho sza! Nic nie zdradzę) krok po kroku poznajemy jego życie i uczucia praktycznie od podszewki.

Wątku romansowego pomiędzy Ceony a Thanem tu praktycznie nie ma i chwała za to autorce. Pozwala to czytelnikowi skupić się na szczegółach świata przedstawionego czy na koncepcji działania papierowej magii. Cień kiełkującego uczucia pojawia się pod sam koniec powieści i to ku zaskoczeniu obojga bohaterów. Dobrze to pani rozegrała, pani Holmberg.

„The Paper Magician” jest pierwszą częścią trzytomowego cyklu, ale nie wiem czy zdecyduję się kontynuować jego czytanie. Kreacja świata przedstawionego może i jest ciekawa i na pewno warto się z nią zapoznać choćby ze względu na jej unikalność w literackim świecie ale powiedzmy sobie szczerze – nie są to porywające historie, nie tęsknię jakoś szczególnie za bohaterami. Jeśli sięgnę po kolejne tomy to raczej z chęci poczytania trochę po angielsku.

Moja ocena: 3,5/6

autor: Charlie N. Holmberg
tytuł: The Paper Magician

wydawnictwo: 47 North
liczba stron: 224




Ewa Nowacka - Dzień, noc i pora niczyja

Ewa Nowacka - Dzień, noc i pora niczyja


Czytany przeze mnie niedawno „Heliogabal, wnuk Mezy” Ewy Nowackiej rozbudził mój apetyt na inne książki tej autorki. Jest mi ona znana głównie z mądrych i tak zwanych ‘życiowych’ powieści dla młodzieży, które czytałam będąc nastolatką. Podczas ostatniej wizyty w bibliotece uśmiechnęła się do mnie z półki niewielkich rozmiarów książeczka, w zniszczonej brązowej okładce, z pożółkłymi od starości kartkami a i tytuł wydał mi się niezwykle intrygujący i zapowiadający ciekawą lekturę – „Dzień, noc i pora niczyja”.

W sieci znalazłam natomiast taką niezbyt urodziwą okładkę jednego z nowszych wydań, wyraźnie sugerującą dla jakiej kategorii wiekowej jest przeznaczona ta powieść – a szkoda, bo to sugestia zupełnie nietrafna. „Dzień, noc i pora niczyja” jest mianowicie powieścią, po którą mogą sięgnąć również ci czytelnicy, którzy pierwsze uniesienia i nieporadne starania zrozumienia otaczającego ich świata wieku młodzieńczego mają już dawno za sobą.

„Dzień, noc i pora niczyja” jest niezwykle mądrą opowieścią o dorastaniu, o dojrzewaniu do zrozumienia trudnej historii własnej rodziny a w tym wycinka historii całego narodu. Czternastoletnia Róża zostaje zaproszona przez znajomych matki, troje ludzi w podeszłym wieku, do spędzenia u nich wakacji. Nieco zbuntowana i rozkapryszona nastolatka z dużego miasta nie jest zadowolona z perspektywy spędzenia lata w małym miasteczku, gdzie z całą pewnością zanudzi się na śmierć. Ponieważ mamie Róży bardzo zależy na tym, by córka odwiedziła starszych Państwa, dziewczynka z rezygnacją zgadza się na wyjazd. Na miejscu Róża powoli odkrywa tajemnicę związaną z dziwnym zachowaniem starszych państwa a także ich – niejasne dla niej do tej pory – powiązania z jej matką Basią. W zrozumieniu tragicznych przeżyć wojennych własnej matki pomaga Róży Marek, miejscowy chłopiec, z którym dziewczyna zaprzyjaźnia się po przyjeździe i w którym, chyba sama nie do końca tego świadoma, się podkochuje. Czas spędzony w tym pełnym tajemnic domu sprawi, że Róża wyjedzie stamtąd kompletnie odmieniona. Nie będzie to już śmiesznie zbuntowana dziewczynka a dojrzała i świadoma tego, co jest w życiu naprawdę ważne, osoba.

Nie będę zdradzać tajemnicy pochodzenia matki Róży oraz powodów, dla których zawdzięcza ona tym starszym ludziom, jak sama mówi, dosłownie wszystko, choć jestem pewna, że dla większości czytelników od samego początku będzie to jasne.

Narzekam ostatnio dużo na wydawane masowo głupiutkie powiastki dla młodzieży (najczęściej tzw. paranormal romance), które oprócz skomplikowanej historii miłosnej (często niemożliwej do spełnienia) i wartkiej akcji (choć akurat w tym przypadku zdarzają się powieści nudne jak flaki z olejem) nie mają nic do zaoferowania a żeby tego jeszcze było mało ich autorzy mają takie pojęcie o dobrym warsztacie literackim jak świnia o gwiazdach. Przykro mi, gdy pomyślę z jakim chłamem ma do czynienia współczesny młody czytelnik (wiem, wiem, mocno w tym momencie uogólniam, bo przecież można znaleźć i wartościowe pozycje, ale to kropla w morzu) ale z drugiej strony i pokolenie jest zupełnie inne, ma inne potrzeby intelektualne (albo w ogóle ich nie ma…) i – co widać po różnych listach bestsellerów – ten chłam jednak znajduje rzesze odbiorców.

Cieszę się, że ja będąc nastolatką miałam do czynienia z zupełnie inną literaturą – Siesicka, Musierowicz, Snopkiewicz, Jackiewiczowa, Fleszarowa-Muskat, Nowacka… To autorki, u których oprócz najbardziej interesującego mnie wówczas tematu miłości ;-) znajdowałam też różnorakie prawdy życiowe, wskazówki jak postępować, czym się kierować w życiu. W tych współczesnych powieściach dla nastolatek tego nie ma, ciągle tylko wampiry, wilkołaki i niewinne sierotki Marysie bez mózgu… No cóż, takie czasy.

A „Dzień, noc i porę niczyją” polecam wszystkim bez względu na wiek, bo to wspaniała i mądra opowieść!

Moja ocena: 5,5/6

autor: Ewa Nowacka
tytuł: Dzień, noc i pora niczyja
wydawca: IBIS 
liczba stron: 192
Neil Gaiman - Koralina

Neil Gaiman - Koralina



Oj, jednak lubię tego Gaimana. Choć jego powieści dla dzieci i młodzieży z racji wieku już do mnie nie przemawiają, to jednak doceniam wyobraźnię autora i przede wszystkim to, że te książki niosą ze sobą jakieś przesłanie w przeciwieństwie do powstających teraz niemalże taśmowo setek bzdurnych, pustych, źle napisanych historyjek o wampirach.

Koralina Jones przeprowadza się z rodzicami do nowego domu, który zamieszkują "dziwne typy": dwie staruszki triumfujące w dalekiej przeszłości na deskach teatru i nie mogące pogodzić się z końcem kariery oraz zdziwaczały pan Bobo twierdzący, iż posiada orkiestrę składającą się z myszy. Jednak nie są to jedyni dziwni mieszkańcy domu. Pewnego dnia Koralina odkrywa tajemnicze drzwi prowadzące do alternatywnego świata, zamieszkanego przez sobowtóry sąsiadów i rodziców Koraliny. Jak się wkrótce okaże Koralina będzie musiała stawić czoło wielu niebezpieczeństwom w tym drugim świecie i uratować zarówno swoich prawdziwych rodziców jak i siebie przed niecnymi planami 'drugiej matki'.

Nie mogę napisać, że wpadłam w zachwyt, bo nie wpadłam - jest to książka przeznaczona zdecydowanie dla młodszych czytelników i da się to odczuć podczas lektury. Powód wielu zdarzeń w ogóle nie jest tłumaczony, np. dlaczego rodzina Koraliny musiała się przeprowadzić. Ot, coś się po prostu dzieje i nie ma potrzeby składania bliższych wyjaśnień, tak ma być i już. Dla mnie konstrukcja tej powieści jest zbyt prosta, jednak pewnie młodszego czytelnika wszelkie wyjaśnienia w ogóle by nie interesowały, liczy się akcja i rosnące napięcie.

Mimo wszystko książka mi się podobała (choć jak napisałam wcześniej zachwycona nie jestem, no ale to już kwestia niedopasowania lektury do mojego wieku ;-). Jako powieść dla dzieci i młodzieży (tej młodszej) oceniam ją bardzo dobrze. Posiada ciekawą fabułę, wartką akcję i – co najważniejsze – czegoś uczy. Na przykładzie Koraliny młody czytelnik może dowiedzieć się jak pokonać strach, który często okazuje się nieuzasadniony, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, kiedy możemy liczyć tylko na siebie, własną inteligencję i pomysłowość.

Cenię Neila Gaimana za niesamowitą wyobraźnię, kreatywność i umiejętność łączenia świata rzeczywistego z tym fantastycznym. Jego powieści dla młodzieży oprócz tego, że są po prostu ciekawe i wciągające, często zawierają jakieś przesłanie, czegoś uczą, nie są pustymi historyjkami o fantastycznych stworach, jakie od niedawna zalewają polski rynek wydawniczy (głównie chodzi mi tu o bzdurne wampirze opowieści, często zahaczające o paranormal romance).

Moja ocena: 4/6

autor: Neil Gaiman
tytuł: Koralina
tytuł oryginału: Coraline
tłumaczenie: Paulina Braiter
wydawca: Wydawnictwo MAG
liczba stron: 182


Mały stosik na lato

Mały stosik na lato


Niewiele ostatnio kupuję, bo szaleję na wyprzedażach ciuchowych (tak, tak, teraz wydało się czemu tak rzadko tu bywam :-P ). Nie oznacza to jednak, że nie czytam - bo czytam i to całkiem sporo, już mi się nawet parę zaległych recenzji uzbierało. Powoli będę nadrabiać.

Tymczasem zapraszam do oglądania mini-stosiku (po kliknięciu zdjęcie się powiększy)

Lem - do kolekcji

"P.S. Kocham cię" i "Stanie się czas" to dodatki do Zwierciadła i Nowej Fantastyki

"Sezon migracji na północ" to moja czwarta już wygrana w Bluszczu

O "Baleronowej ponad wagą" możecie poczytać tutaj

A za "Ogród wiecznej wiosny" zaraz się zabieram - z opisu wynika, że to mieszanka Marqueza z Allende, więc powinna przypaść mi do gustu :)
Anna Ślęzak -Baleronowa ponad wagą

Anna Ślęzak -Baleronowa ponad wagą


Nigdy w życiu nie byłam na żadnej diecie. Fakt - nie musiałam się odchudzać, bo zawsze była ze mnie chudzina ale sprawy wagi, wyglądu itp. też nigdy specjalnie mnie nie zajmowały. W ciągu ostatniego roku przytyłam ok.10 kg i też się tym specjalnie nie przejęłam. Biorę leki, które mają wpływ na moją wagę a że najprawdopodobniej będę je przyjmować już do końca życia, to nie ma chyba sensu zawracać sobie głowę paroma fałdkami więcej. Dopóki masa mojego ciała nie przekracza stanu alarmowego (a do tego jeszcze hen daleko) w pełni akceptuję to jak wyglądam i nie myślę o żadnych dietach odchudzających, tym bardziej że lubię jeść i jestem regularnie dokarmiana przez jednego z kolegów z pracy pysznymi wypiekami jego partnerki ;-)

Książek traktujących o zmaganiach z nadprogramowymi kilogramami też nigdy nie czytałam. Ani specjalistycznych poradników ani nawet zwykłych babskich czytadełek na ten temat. Bo mnie nie interesowały.

Z dużym dystansem i nieufnością podeszłam więc do debiutu Anny Ślęzak. Spodziewałam się lekkiego czytadełka, takiego typowego 'odmóżdżacza', który przeczytam bez większego entuzjazmu i zaraz o nim zapomnę.

Jakże się myliłam!

Na blisko 200 stronach poznajemy Baleronową - sympatyczną trzydziestolatkę walczącą z nadwagą oraz dopingującego ją męża Balerona. I zanim machniecie ręką mówiąc "ale to już było" spieszę donieść, że nie jest to typowa powieść a zbiór króciutkich tekstów (felietonów?) składających się w jedną całość. Ale jak napisanych tekstów!!! Anna Ślęzak ma wybitny słuch literacki, umiejętność łączenia ze sobą słów wyciągając z nich w ten sposób drugie znaczenie i przede wszystkim ogromne poczucie humoru. Czytanie tych tekstów to sama przyjemność - są lekkie, ale nie puste. Idealne dla osób, które chcą się zrelaksować podczas lektury ale szukają czegoś z polotem.

Podobno zbiór tych tekstów składał się kiedyś na blog pani Ślęzak - nie wiem, czy autorka go zlikwidowała czy ja nie umiem go znaleźć w sieci, ale z miłą chęcią poczytałabym jeszcze o przygodach Baleronowej.

Jestem zachwycona tą uroczą książeczką - to idealna lektura na lato, do poczytania po ciężkim dniu pracy lub w przerwie na kawę. Najlepiej z ogromnym kawałkiem pysznej, kalorycznej szarlotki :)

Moja ocena: 5/6

autor: Anna Ślęzak
tytuł: Baleronowa ponad wagą
wydawnictwo: Nowy Świat
liczba stron: 200
Jacques-Pierre Amette - Kochanka Brechta

Jacques-Pierre Amette - Kochanka Brechta


Ponieważ zgłosiłam swój udział w wyzwaniu czytelniczym Nagrody Literackie wypadałoby wreszcie zrecenzować jedyną przeczytaną przeze mnie książkę w ramach tej akcji czyli "Kochankę Brechta", za którą Jacques-Pierre Amette zdobył w 2003r. nagrodę Goncourtów.

Nie przepadam za literaturą francuską; zresztą nigdy nie ukrywałam swojej niechęci do wszystkiego, co francuskie. Po Ametta sięgnęłam z prostej przyczyny - od dawna zalegał nieprzeczytany na półce no i - jak sam tytuł wskazuje - ma coś wspólnego z Niemcami a tych - czego też nigdy nie ukrywałam ;-) - kocham miłością ślepą i bezgraniczną ;-)

"Kochanka Brechta" to niewielkich rozmiarów powieść, której akcja osadzona jest w ciągu kilku lat od momentu powrotu Bertolta Brechta do Niemiec (a konkretnie do Berlina Wschodniego) do jego śmierci. Główną bohaterką jest Maria Eich, początkująca aktorka, która ze względu na niechlubną nazistowską przeszłość swojego męża i ojca zostaje zmuszona przez Stasi do donoszenia na Brechta, którego tajne służby niemieckie podejrzewają o komunistyczną działalność. Maria bojąc się o dobro swej kilkuletniej córeczki przebywającej w Berlinie Zachodnim u babci, zgadza się zostać kochanką słynnego dramaturga i szpiegować każdy jego krok. W tle mamy również rodzące się uczucie między Marią a jednym z funkcjonariuszy Stasi ale na pierwszy plan i tak wysuwa działalność społeczno-artystyczna Brechta i jego Berliner Ensemble.

Niestety powieść dosyć mocno mnie rozczarowała. Jacques-Pierre Amette jest uważany za wybitnego znawcę literatury niemieckiej a w szczególności twórczości Bertolta Brechta (choć tu źródła informacji nie zawsze są zgodne - gdzieniegdzie zamiast Brechta pojawiało się np. nazwisko Friedricha Hölderlina). Ta informacja powoduje, że moje oczekiwania wobec książki, której tematyka jest konikiem autora, są duże - WYBITNY znawca (który na dodatek jest także i pisarzem, więc talent ku temu ma a przynajmniej ma z założenia) powinien stworzyć dzieło bogate w szczegóły dotyczące życia i twórczości swego idola, pełne opisów najważniejszych dzieł, ich znaczenia, wymowy czy recepcji; dzieło będące odpowiedzią na pytanie czemu właśnie Brecht a nie kto inny, co takiego fascynującego jest w tym pisarzu, że warto go znać i sięgać po jego dzieła. Tymczasem to, co dostajemy na 200 stronach powieści Ametta to nudny opis poglądów Brechta doprawiony jeszcze nudniejszym życiem prywatnym tytułowej kochanki.

Powieść nie ma absolutnie żadnej siły przyciągania, nie wzbudza w czytelniku ciekawości, co będzie dalej, nie sprawia, że po przeczytaniu kilkunastu stron nie chcemy odłożyć książki, by zrobić sobie przerwę. Maria jest postacią papierową i bezpłciową, jej los zupełnie nie wzbudził mojego zainteresowania. Na dodatek Bertolt Brecht od strony prywatnej przedstawiony jest wyłącznie jako obleśny dziad-seksoholik w niemodnym kaszkiecie, traktujący kobiety wyłącznie jak obiekty służące wyładowaniu jego seksualnych frustracji. Powstaje więc pytanie: czy po tak odpychającym obrazie Brechta czytelnik Ametta sięgnie po dzieła jednego z najważniejszych niemieckich pisarzy? Wydaje mi się, że nie, więc po co powstała ta książka? Co Amette - wybitny znawca twórczości Bertolta Brechta - chciał nam powiedzieć w swym dziele?

Jest to powieść przeciętna do bólu i od chwili jej skończenia zachodzę w głowę, z jakiego powodu Amette został uhonorowany chyba najważniejszą nagrodą we francuskim świecie literackim właśnie za "Kochankę Brechta". Nagroda Goncourtów nigdy nie miała dla mnie znaczenia, nigdy też nie uważałam literatury francuskiej za godną uwagi (wyjątek stanowi klasyka!!!) i chyba tak już niestety pozostanie.

I na koniec jeszcze jedna uwaga - nigdy nie fascynowałam się Brechtam, znam jego twórczość na tyle na ile każdy szanujący się germanista znać powinien i nie miałam problemów ze zrozumieniem jego koncepcji w "Kochance Brechta", jednak wydaje mi się, że twórczość tego pisarza jest na tyle mocno społecznie zaangażowana, że osoby słabo orientujące się w ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej Niemiec oraz w życiorysie i poglądach Brechta powinny się z nimi przed przystąpieniem do lektury choć w minimalnym stopniu zapoznać.

Pomysł na powieść - świetny, sposób wykorzystania - mizerny. Szkoda.

Moja ocena: 2,5/6

autor: Jacques-Pierre Amette
tytuł: Kochanka Brechta
tytuł oryginału: La Maitresse de Brecht
tłumaczenie: Anna Węgrzyn
wydawnictwo: Świat Książki
liczba stron: 208
Susan Minot - Wieczór

Susan Minot - Wieczór


No cóż... długo się zabierałam za tę recenzję, bo szczerze powiedziawszy nie bardzo wiem, co mam o tej książce myśleć a co za tym idzie - co o niej napisać. Odstała swoje na półce (a raczej odleżała na wielkim stosie na podłodze) i kiedy wreszcie doczekała się moich zachłannie sięgających po nią dłoni, po przeczytaniu kilkunastu stron okazało się, że nadal będzie leżeć na stosie, tym razem jednak przy łóżku, wśród książek, które aktualnie podczytuję. Dlaczego? Bo czytając ją albo ziewałam z nudów albo irytowałam się z powodu głupiutkiej bohaterki.

Nie ukrywam, że czytałam recenzje tej powieści na innych blogach a także wypowiedzi na jej temat na forum - w 99% są jak najbardziej pozytywne. Byłam więc nieco zaskoczona i rozczarowana dostając do rąk nie to, czego się spodziewałam.

Jest to powieść ukazująca ostatnie dni życia chorej na raka Ann Lord, która ze spokojem czekając na śmierć wspomina swą największą miłość z lat młodości. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną poznała na ślubie swojej przyjaciółki tajemniczego Harrisa Ardena, w którym natychmiast, nieomal ślepo jak nastolatka, się zakochała. Ich romans trwał zaledwie kilka dni i skończył się wraz z odjazdem gości weselnych, ale w pamięci Ann już na zawsze pozostały wspólnie spędzone wtedy chwile.

Opis fabuły wydaje się być ciekawy (szczególnie jeśli ktoś ma ochotę na powieść o niekoniecznie szczęśliwej miłości - a ja taką ochotę miałam). W czym więc tkwi problem? Ano w głównej mierze w tym, że wielbiony kochanek wcale na tę miłość i uwielbienie nie zasługiwał. Do szału doprowadzały mnie opisy wpatrzonej w Harrisa jak w obrazek Ann, która ślepa i głucha na wszystko jak po raz pierwszy zakochana nastolatka wzdychała do swego półboga, patrzącego na zakochaną w nim dziewczynę przez pryzmat swych popędów seksualnych i najzwyczajniej w świecie wykorzystującego sytuację. Arden doskonale zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie robi na kobietach a skoro znalazła się chętna na igraszki we dwoje, to czemu nie skorzystać z okazji? Ani przez moment nie wierzyłam w zapewnienia Harrisa o miłości do Ann i dziwiłam się, że ona - mająca już przecież kilka związków za sobą - dała się tak zaślepić.

Ale nie tylko kwestia naiwności głównej bohaterki przeszkadzała mi w czerpaniu przyjemności z lektury. Jest w niej zbyt dużo bohaterów, którzy pałętają się gdzieś między rozdziałami ale z ich obecności (poza zamieszaniem w głowie czytelnika) nic nie wynika. Mylili mi się goście weselni oraz (dorosłe już) dzieci chorej Ann, które zjechały do domu matki, by czuwać przy niej w ostatnich chwilach jej życia. Nic nie zapamiętałam z ich rozmów, poza ogólnym wrażeniem, że nie wiedzą w jaki sposób traktować matkę majaczącą w chorobie. Goście weselni przebiegają mi przed oczami jak kolorowe kukiełki na karuzeli, tworzą jedną barwną całość, nie pamiętam ani ich imion ani sytuacji związanych z poszczególnymi osobami.

Mocno irytowała mnie też pewna maniera pani Minot w sposobie narracji. Uwielbiam książki, w których mamy do czynienia z dwoma płaszczyznami czasowymi - ale lubię kiedy one bezboleśnie się przeplatają, kiedy czytelnik niekiedy sam musi się domyślić, czy akcja w danym momencie dzieje się w teraźniejszości czy np. w przeszłości. Tutaj autorka dosłownie za każdym razem, kiedy zmienia perspektywę czasową, nachalnie informuje o tym czytelnika już w pierwszym zdaniu, dodając, że to powiedziała Ann Grant (czyli młoda, niezamężna Ann) a to Ann Lord (czyli schorowana i czekająca na śmierć, 65-letnia Ann). Nie lubię kiedy czytelnik traktowany jest jak idiota, który nie potrafi się sam domyślić w jakiej płaszczyźnie czasowej się właśnie znajduje, tym bardziej że w "Wieczorze" każda taka zmiana rozpoczyna się nowym akapitem.

A jednak mimo wszystko - ku własnemu zaskoczeniu - miło tę powieść wspominam. Bo oczywiście ma ona też swoje plusy. Podobały mi się zmiany nastroju wywołane odmienną narracją przy zmianach płaszczyzn czasowych; szczególnie mam tu na myśli półsenne, jakby impresjonistyczne opisy postrzegania rzeczywistości przez umierającą Ann, dla której np. biała pościel układa się w żagle łodzi lub spienione fale, wywołując wspomnienia z przeszłości. Nie ukrywam, że i osadzenie akcji z przeszłości w połowie lat 50-tych miało dla mnie, miłośniczki tamtej epoki, dużo uroku i czaru. A i po początkowych trudnościach z lekturą, drugą połowę książki przeczytałam już z większą przyjemnością a co za tym idzie - także znacznie szybciej.

Widziałam także film na podstawie powieści - oceniam go jako średni. W kilku kwestiach sporo różni się od książki, którą jednak uważam za bardziej interesującą.

Nie mogłam się zdecydować, jaką ocenę mam wystawić powieści Susan Minot. Ta czwórka jest ciut zawyżona, ale 3,5 z kolei wydało mi się oceną zbyt niską, więc niech będzie 4 :)

Moja ocena: 4/6

autor: Susan Minot
tytuł: Wieczór
tytuł oryginału: Evening
tłumaczenie: Ewa Świerżewska
wydawnictwo: Świat Ksiązki 
liczba stron: 272


Izabela Szolc - Naga

Izabela Szolc - Naga


To moje drugie spotkanie z twórczością Izabeli Szolc, tym razem jak najbardziej udane. Jej pseudo-kryminalna powiastka "Cichy zabójca" zupełnie nie przypadła mi do gustu, za to "Nagą" z przyjemnością pochłonęłam w ciągu kilku dni.

Jest to zbiór 10 opowiadań o kobietach i kobiecości ale kobiecości w jakże odmiennym znaczeniu od tego, z którym spotykamy się na co dzień. Kobiecość kojarzy się nam z czymś pięknym, przyjemnym, lekkim i powabnym, tymczasem Szolc zwraca naszą uwagę na ten drugi, mroczniejszy aspekt bycia kobietą - obnaża swoje bohaterki ukazując je w trudnych bądź przełomowych dla nich momentach, zagląda głęboko w ich dusze i serca w poszukiwaniu strachu, żalu, złości, nienawiści, słabości, samotności.

Mamy w tym zbiorze ciekawą paletę postaci kobiecych - żonę, która po latach dowiaduje się, że jej mąż ma dziecko jeszcze ze związku sprzed małżeństwa, kobietę w homoseksualnym związku, bojącą się o życie swej partnerki alpinistki, rozterki ciężarnej, historię dziewczyny zgwałconej w akademiku, kobietę wybierającą się lada moment na zabieg usunięcia ciąży, zakonnicę oddaną Bogu, narkomankę romansującą z własnym nauczycielem czy transseksualistę - kobietę urodzoną w ciele mężczyzny.

Wszystkie te historie obnażają kobiecą duszę, sięgają głęboko do pokładów strachu, samotności i poczucia niezrozumienia. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa opowiadania: napisany w formie listu do matki "Pępek", w którym bohaterka wylewa cały swój żal do matki, przez którą nigdy nie czuła się kochaną i akceptowaną. To zdecydowanie toksyczna relacja, gdzie samotnie wychowująca (niechciane?) dziecko matka znęca się nad nim i nie okazuje żadnych matczynych uczuć. Bohaterka sama będąc w ciąży boi się, że będzie dla swojego dziecka taką samą matką-potworem jak kiedyś jej własna rodzicielka była w stosunku do niej. Drugim opowiadaniem, które mnie ujęło, to wykorzystująca fragmenty "Dziennika żałoby" Marii Curie-Skłodowskiej relacja słynnej pani naukowiec po śmierci jej ukochanego męża Piotra. Skłodowska zwraca się tu bezpośrednio do zmarłego męża wspominając wspólnie spędzone lata, zarówno dobre jak i te gorsze chwile. To quasi spowiedź, która chwyta za serce.

Czytając ten tomik pomyślałam, że dobrze by było polecić go mężczyznom, ale po dłuższym zastanowieniu zaczęłam mieć wątpliwości, czy płeć brzydka będzie w stanie naprawdę zrozumieć uczucia targające bohaterkami tych opowiadań. Często się mówi, że kobiety mają o wiele bardziej skomplikowaną naturę od mężczyzn i chyba jest to prawda. "Naga" jest zbiorem zdecydowanie kobiecym i dlatego też polecam ją przede wszystkim paniom - warto zapoznać się z tą drugą, ciemniejszą stroną naszej kobiecości.

Moja ocena: 4,5/6

autor: Izabela Szolc
tytuł: Naga
wydawnictwo: Amea
liczba stron: 156

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Spotkanie autorskie z Januszem L. Wiśniewskim

Niespełna dwa tygodnie temu miałam przyjemność spotkać jednego z moich ulubionych polskich autorów współczesnych, Janusza Leona Wiśniewskiego, który z okazji promocji najnowszego zbioru felietonów/opowiadań "Zbliżenia" przyjechał z wizytą do Łodzi.

Wiśniewski jest pisarzem, który ma tyle samo fanów co krytyków; ja go bardzo lubię, mimo iż dostrzegam w jego pisarstwie wady (głównie w felietonach - to ciągłe granie na ludzkich uczuciach, dlatego jednak wolę powieści). Mam bardzo osobisty stosunek do "Samotności w sieci", jest to książka, która już zawsze będzie mi się kojarzyła tylko z jednym człowiekiem i konkretnymi wydarzeniami sprzed blisko 3 lat.

Spotkanie odbyło się w bardzo kameralnym gronie (ok. 40 osób na sali), co mnie troszkę zdziwiło, bo spodziewałam się tłumów i trwało nieco ponad godzinę, za co pan Janusz już na wstępie przeprosił, tłumacząc się pośpiechem w związku z nagrywaniem tego samego dnia wywiadu w programie Małgorzaty Domagalik "On i ona", na który z racji emisji programu na żywo, nie może się spóźnić.

Autor opowiadał o swoim pisarstwie, pracy naukowej, próbach pogodzenia tych dwóch sfer życia, o uczuciach i związkach chemicznych rządzących naszym życiem. Nie dowiedziałam się z tego spotkania niczego nowego, zresztą po przeczytaniu setek wywiadów z autorem, odnoszę wrażenie, że Wiśniewskiemu ciągle zadaje się te same pytania, na które on ciągle udziela tych samych odpowiedzi. Zresztą potwierdził to wspomniany już przeze mnie wywiad Małgorzaty Domagalik, który był niemalże kopią tego, co usłyszałam parę godzin wcześniej na spotkaniu.

Wiśniewski dał się poznać jako sympatyczny i inteligentny człowiek z poczuciem humoru, mający bardzo dobry kontakt z czytelnikami. Mimo iż bardzo się spieszył, każdemu czytelnikowi (choć w większości były to czytelniczki ;-) poświęcił chwilę na krótką rozmowę i wpis w książce.

Cieszę się, że mogłam poznać pana Janusza osobiście, jeśli ponownie zawita do Łodzi, z miłą chęcią ponownie pójdę na spotkanie :)


 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger