Dominika Dworak - Wracając do siebie

Dominika Dworak - Wracając do siebie


Po książkę Dominiki Dworak sięgnęłam w ramach mojego osobistego wyzwania na ten rok (w styczniu kategoria: list do ciebie, więcej o tym wyzwaniu tutaj: klik). Sporo sobie obiecywałam po tej książce ale ostatecznie jestem niestety rozczarowana. Ale żeby było jasne - to nie jest zupełnie zła książka. Uważam, że to o czym pisze pani Dworak ma bardzo dużą wartość ale książka musi trafić na odpowiedniego czytelnika. A ja nim niestety nie jestem......

Ale po kolei. Zastanówmy się, co tu nie zagrało...

Po pierwsze: język. 
Jako czytelnik jestem BARDZO podatna na słowa. Moi mistrzowie jeśli chodzi o rozwój osobisty to Agnieszka Maciąg i Mateusz Grzesiak. Oboje piszą tak, że ja czuję się zainspirowana, pobudzona do działania. I nieważne czy ten piękny język, ta umiejętność ubrania myśli w odpowiednie słowa wynika z prawdziwego talentu i potrzeby serca (Maciąg) czy jest raczej efektem wyuczonych trików psychologicznych (Grzesiak), na mnie to DZIAŁA. Tymczasem tekst napisany przez Dominikę Dworak przypomina raczej pisaninę nastolatki (te wszystkie ćwierkające ptaszki, pachnące kwiatki, pyszne kawki na tarasie itp) piszącej bloga pod wpływem przeczytanych wcześniej książek rozwojowych czy artykułów w gazetach. Nie ma tu nic odkrywczego (przynajmniej dla mnie ale ja mam już za sobą kilkaset tekstów o podobnej tematyce), o wszystkim czytałam już milion razy w Sensie czy Zwierciadle. I gdyby te teksty pozostały blogowymi notkami, nie miałabym się do czego przyczepić. W końcu na książkę trafiłam po przeczytaniu właśnie bloga autorki! Zresztą, sami na niego zajrzyjcie (klik), jest naprawdę spoko!

Ale wracając do moich wątpliwości...
Autorka nie została obdarzona umiejętnością pięknego wysławiania się. Ja to rozumiem doskonale, bo sama nie należę do osób elokwentnych. W szkole czy na studiach nigdy nie potrafiłam lać wody, opowiadać niestworzone rzeczy i pisać wypracowania na 10 stron. Mówiłam/pisałam krótko, zwięźle i na temat. Więc nawet jakbym wpadła na genialny pomysł na fabułę książki, to i tak nigdy jej nie napiszę, bo ubieranie myśli w słowa nie przychodzi mi super łatwo. A co się stanie jak mamy słaby  (językowo) tekst i dosyć krótki?

Pojawia się drugi problem czyli: czcionka/fonty/układ treści na stronie. Jak już ustaliliśmy, autorka nie potrafi lać wody, nie owija niczego w bawełnę, mówi krótko i na temat. To samo w sobie nie jest złe ale w przypadku tekstu będącego książką sprawia, że poszczególne rozdziały są bardzo krótkie. A co można zrobić aby je nieco wydłużyć? Użyć różnych wielkości czcionki, rozbić wypowiedź na pojedyncze zdania pisane nie jednym ciągiem a jedno pod drugim z dużą interlinią. I w ten sposób mamy 156 stron, które zebrane do kupy i ściśnięte dały by może jakieś 50-60 stron tekstu...

Jest dla mnie jasne, czemu autorka zdecydowała się wydać książkę własnym sumptem - spójrzmy prawdzie w oczy: jest zbyt słaba (zwłaszcza językowo) aby mogło się nią zainteresować poważne wydawnictwo.

Dla kogo więc jest ta książka? Myślę, że dla czytelników, którzy na co dzień nie mają do czynienia z psychologią czy rozwojem duchowym, ludzi chcących zmienić coś w swoim życiu, którzy żyją na co dzień raczej bezrefleksyjnie, automatycznie powtarzając wiele czynności. Ludzi pragnących przemiany i niekoniecznie szukających metaforycznego, bogatego języka. Dopiero początkujących w temacie rozwoju osobistego. To, co ma do powiedzenia Dworak absolutnie nie jest złe,  ma wartość, jest ważne. Ale uważam, że na książkę jest absolutnie za wcześnie. Jest jak zielony, niedojrzały, kwaśny owoc. Gdyby te teksty pozostały blogowymi notkami, nie czepiałabym się tak bardzo. Od KSIĄŻKI wymagam jednak znacznie więcej.

Do kielicha goryczy dodam jednak łyżkę cukru. Znalazłam kilkanaście bardzo ładnych i inspirujących zdań, które zaznaczyłam sobie w książce, piękne są zdjęcia i okładka. Najbardziej podobał mi się rozdział o wierze w siebie oraz diagram na końcu książki, który jest arcyciekawym ćwiczeniem i zachętą do przyjrzenia się sobie bliżej. Zazwyczaj omijam takie "ćwiczenia" szerokim łukiem, nie wzbudzają one mojego zainteresowania, jednak ten diagram to moim zdaniem strzał w dziesiątkę.

Moja ocena: 2/5

P.S. Otrzymałam informacje, że drugi nakład książki pozbawiony jest zdjęć, dużych przerw między linijkami tekstu i dużych czcionek, gdyż pani Dominice też nie do końca one odpowiadały a w pierwszym nakładzie pojawiły się za sprawą namów drukarni i braku doświadczenia autorki. Wierzę i trzymam kciuki za dalszy rozwój!


A.A. Milne - Kubuś Puchatek / Chatka Puchatka

A.A. Milne - Kubuś Puchatek / Chatka Puchatka


18.01. obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka, co jest dla mnie okazją do przypomnienia sobie tej klasyki literatury dziecięcej. Cudownie było wrócić do świata stworzonego przez A.A. Milne!

Krzysiowe zabawki/zwierzątka wydają się być tak głupiutkie ale w rzeczywistości odzwierciedlają kilka typów ludzkich charakterów i to tak dobrze, że w wielu momentach podczas czytania konkretne osoby pojawiają się przed moimi oczami! A zwierzątka może i mają małe rozumki ale są tak sympatyczne, tak pocieszne, że człowiekowi po lekturze od razu poprawia się humor a świat wydaje się jawić w kolorowych barwach. Książki Milne to jeden z najlepszych znanych mi antydepresantów!

W "Chatce Puchatka" bardzo wzruszył mnie ostatni rozdział, w którym żegnamy się z bohaterami. W życiu każdego dziecka przychodzi taki moment, że zabawki przestają je interesować, dziecko dojrzewa i porzuca swoich pluszowych przyjaciół, choć oni zawsze będą gdzieś obok na półce czekać cierpliwie choćby na serdeczne spojrzenie. Myślę, że jest to rozdział czytelny przede wszystkim dla dorosłego czytelnika, który przeszedł już ten etap w życiu i potrafi spojrzeć na lata dzieciństwa ze wzruszeniem. Dla mnie był to rozdział smutny i piękny jednocześnie.

Jeśli chodzi o charaktery, które odzwierciedlają zwierzęta, to całe życie utożsamiałam się z Kłapouchym, ale po tegorocznej lekturze upewniłam się, że jednak jestem mieszanką Królika i Sowy Pszemondżałej 😉 Za to dalej nie lubię Tygryska i Prosiaczka i także w życiu denerwują mnie osoby nadpobudliwe, "rozbrykane" a także te wiecznie bojaźliwe, bojące się wszystkiego.

Moja ocena: 6/6
Wygrana w konkursie

Wygrana w konkursie


Odebrałam w miniony weekend wygraną w konkursie na blogu Zacisze wyśnione... i prawie popłakałam się ze szczęścia.
Wygrałam piękną książkę - "Upiora opery" Gastona Leroux w oszałamiającej oprawie graficznej. Wydawnictwo Vesper postawiło na ilustracje francuskiej artystki Anne Bachelier, które doskonale oddają nastrój powieści. Są mroczne, zaskakujące, kojarzą się z nocnymi marami.

W paczce znalazłam też dwie inne powieści ("Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen oraz "Opowieści miłosne, groteski i makabreski" Edgara Allana Poe), obie równie starannie wydane, piękną pocztówkę, książkowe stempelki, poduszeczkę na tusz i zestaw jesiennych naklejek.


A wszystko tak pięknie spakowane, starannie, z miłością, z szacunkiem i sympatią dla odbiorcy, że na serio miałam łzy w oczach podczas odpakowywania. Jestem absolutnie zachwycona zawartością, książki-niespodzianki od lat chciałam mieć w swoich zbiorach! A na pocztówce wylosowana karteczka z moim imieniem - niby nic a jednak tak wiele...
Blogowa zabawa - losowanie na styczeń

Blogowa zabawa - losowanie na styczeń


Wymyśliłam sobie w tym roku zabawę, która ma mnie zachęcić do częstszego sięgania po książki z własnej półki. Co miesiąc losuję ze słoika jedną kategorię (pomysły zaczerpnęłam z zabawy trójka epik na blogu Książki Sardegny ) i czytam pasującą do niej książkę.

W styczniu wylosowałam "List do Ciebie". Pierwotnie kategoria ta miała się odnosić po prostu do powieści epistolarnych albo książek mających słowo "list" w tytule ale ja postanowiłam dodać moją własną interpretację - list do mnie czyli książka rozwojowa, mająca być wołaniem do mnie, wezwaniem mnie do lepszego zadbania o siebie.



Przejrzałam swoje regały - powieści pisanych w formie listów mam kilka. W tej chwili najbardziej ciągnie mnie do "Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" i do "Koloru Purpury". Werter też macha do mnie zachęcająco....



Na drugim zdjęciu książki podchodzące pod drugą interpretację kategorii "List do ciebie". Nie mogło zabraknąć mojej duchowej przewodniczki czyli Agnieszki Maciąg oraz dwóch innych książek, na które mam wielką ochotę.

Co wybiorę? Okaże się wkrótce 😃
TBR na styczeń

TBR na styczeń


Nigdy wcześniej tego nie robiłam ale w tym roku coś się zmieniło i nagle poczułam potrzebę tworzenia własnych stosów TBR. Podejrzewam, że ma z tym coś wspólnego moje zeszłoroczne zachłyśnięcie się książkową vlogosferą, gdzie TBRy i wrap-upy są na porządku dziennym (a raczej miesięcznym 😀). Nie wiem, jak długo utrzyma się we mnie chęć prezentowania - a może przede wszystkim - tworzenia spisu lektur do przeczytania w danym miesiącu, bo do tej pory zawsze szłam na żywioł ale póki trwa, niech będą posty!

Jutro w komunikacji miejskiej zaczynam "Mroczniejszy odcień magii" - tyle się nasłuchałam o tej książce, pora przekonać się, o co było tyle szumu. Czytanie może się jednak przedłużyć na luty, bo powieść ma ponad 400 stron a będę zaglądać do niej tylko w drodze do i z pracy (czyli łącznie niecałe 30minut pięć razy w tygodniu).

W styczniu na pewno będę chciała przeczytać "Kubusia Puchatka" i "Chatkę Puchatka", bo 18.01. wypada dzień słynnego misia.
Przymierzam się też do powtórki "Emmy" skoro 14.02. ma premierę nowa adaptacja tej powieści.
Poza tym "Oczy uroczne" (zbliża się termin zwrotu do biblioteki) i "Wiatrogon Aeronauty", na którego mam ochotę od listopada tylko jakoś ciągle brakowało czasu na lekturę.

Z audiobooków czeka "Cinder" (nie zdążyłam w grudniu) i "Czerwień rubinu".

Plus jedna książka zalegająca na półce do wylosowanej kategorii (będzie osobny post). Nie wiem, czy ze wszystkim się wyrobię, bo plany mam dosyć ambitne 😁 Okaże się za miesiąc 😄
Podsumowanie roku czytelniczego 2019

Podsumowanie roku czytelniczego 2019



Przeczytałam w 2019 roku równo 50 książek (pełna lista do wglądu tutaj), co jest wprawdzie mniejszą liczbą od zeszłorocznych 64 ale przecież w czytaniu nie o liczby chodzi a o emocje, nowe odkrycia, umysłowe zaangażowanie a tych było co niemiara!
Jeśli chodzi o moje zeszłoroczne literackie wojaże to (wreszcie!) odkryłam kilka nowych lądów. Odwiedziłam między innymi: (zestawienie głównie według kraju, w którym toczyła się akcja): Kambodżę, Wietnam, Chiny, Japonię czy Nową Fundlandię, więc wyszłam wreszcie poza obszar Europy czy Stanów Zjednoczonych, choć i oczywiście byłam też w Polsce, na Litwie, w Niemczech czy Francji i oczywiście w USA.
2019 był kolejnym rokiem, w którym intensywnie korzystałam z audiobooków. Już nie wyobrażam sobie sprzątania bez słuchawek na uszach 😉 Wysłuchałam ich siedem, z czego zdecydowanie za najlepsze uważam opowiadania wiedźmińskie Andrzeja Sapkowskiego! (będzie osobna recenzja)
Nadal nie wyobrażam też sobie życia bez czytnika ebooków! W komunikacji miejskiej jest bardziej poręczny od papierowej książki i w moim przypadku sprawdza się tu najlepiej. W styczniu zarejestrowałam się w Legimi, co też zdecydowanie przyczyniło się do zwiększenia ilości czytanych przeze mnie ebooków. Nie jest to serwis bez wad ale rezygnować nie zamierzam. Książki z Legimi mogę wprawdzie czytać tylko na laptopie (odpada - nie lubię) lub na telefonie (z braku laku nie mam wyjścia, najlepiej sprawdza się przy krótkich książkach czy jakiś poradnikach czy książkach kucharskich), bo mój czytnik jest starszej generacji i nie da się na niego wgrać Legimi ale jakoś daję sobie radę i nie narzekam. Książek w wersji cyfrowej przeczytałam w zeszłym roku aż 26.
Porażką okazała się próba powrotu do czytania w obcym języku. Przeczytałam tylko jedną książkę po niemiecku... 
Pora na główną część programu! Za najlepsze książki przeczytane w 2019r uważam:
  1. Kristina Sabaliauskaite "Silva rerum 2"
  2. Deborah Harkness "Księga Wszystkich Dusz. Tom 2: Tajemnica"
  3. Ewa Kuryluk "Goldi"
  4. Agnieszka Maciąg "Pełnia życia"
  5. Andrzej Sapkowski "Ostatnie życzenie" + "Miecz przeznaczenia"

W zeszłym roku czytałam sporo różnego rodzaju poradników i książek rozwojowych, z czego bardzo miło wspominam zwłaszcza trylogię Pemy Chödrön o buddyźmie oraz serię Sabaty wydawnictwa Illuminatio o obrzędach wiccańskich, która dostarczyła mi ogrom wiedzy na interesujące mnie tematy. 
Wielkim odkryciem była dla mnie Iwona Zasuwa i jej Smakoterapia! Jestem osobą, która nie znosi przygotowywania jedzenia (obojętne czy w grę wchodzi gotowanie, pieczenie czy zrobienie zwykłej kanapki - przyprawia mnie to o stany depresyjne) a po przeczytaniu jej książek miałam ochotę rzucić wszystko w cholerę, stać przy garach i gotować!!!
Czytałam też książki, które przekazują niezwykle ważne dla mnie wartości i postawy życiowe (Naomi Novik "Smok Jego Królewskiej Mości", Louisa May Alcott "Małe kobietki"), odkryłam, że "Focza dama" Kathryn Harrisson wcale nie jest taka nudna jak mi się wydawało 10 lat temu i zaczęłam bliżej przyglądać się prozie tej autorki, po 18 latach powróciłam do Jonathana Carrolla i ponownie wpadłam w zachwyt, zachwyciłam się prequelem Marissy Meyer do Alicji w Krainie Czarów i postanowiłam poznać całą twórczość Amerykanki.
Rozczarowań było tak niewiele, że nawet nie będę ich wymieniać. 
Myślę, że był to bardzo dobry rok i życzyłabym sobie aby i obecny nie był gorszy!

Annie Proulx - Kroniki Portowe

Annie Proulx - Kroniki Portowe



Wszyscy zachwalają, wszyscy polecają! Nawet moja chrzestna wspomina, że to jej ulubiona książka. Mnie z kolei jak przez mgłę majaczą sceny z filmu, który oglądałam lata temu...

I na książkę przyszła w końcu pora. W bibliotece trafił się egzemplarz w nowym tłumaczeniu Jędrzeja Polaka.

Na okładce czytamy: "Kroniki portowe to opowieść o człowieku, który na zapomnianej wyspie odnajduje swoją tożsamość i odzyskuje utracone w dzieciństwie poczucie własnej wartości. To także rozgrywająca się na surowych, mroźnych wybrzeżach Nowej Fundlandii historia o tym, że do odwrócenia kolei losu nie zawsze trzeba wielkich rewolucji, tylko wystarczy dać się ponieść sprzyjającym nurtom." I to jest największa siła tej książki -spokojne, miarowe tempo życia i świadomość, że jeśli tylko chcesz, życie wyciągnie do ciebie pomocną dłoń. Przez pierwsze 50-70 stron główny bohater bardzo mnie irytował, wręcz odpychał. Nie darzę sympatią ludzi, którzy biernie poddają się losowi, nie potrafią walczyć o dobre, godne życie. Są miękcy, płaczliwi, bojaźliwi, uczepieni ludzi, którzy ich krzywdzą. Nie rozumiem takiej postawy, takiej bierności. Potem, z chwilą przeprowadzki na Nową Fundlandię, postawa Quoyle'a powolutku zaczęła się zmieniać. Widać było więcej odwagi, więcej determinacji w mierzeniu się z życiem.

Powieść czyta się niezbyt zachłannie ale płynnie. Osoby lubujące się w morskich klimatach z pewnością docenią zimne, surowe krajobrazy Nowej Fundlandii oraz opisy związane bezpośrednio z życiem nad morzem. I nieważne, że nie mam pojęcia czym jest sterburta, dziobnica czy dejwud - o budowie łodzi czyta się naprawdę przyjemnie i bez zgrzytania zębami.

Jedyne, co mnie w tej książce irytowało, to ilość wspomnianych przestępstw na tle seksualnym. Nowa Fundlandia jawi mi się teraz jako region pełen zboczeńców i zwyrodnialców, aż nieprawdopodobne, by na jednej wyspie dochodziło do aż tylu wykroczeń! Ale może był to celowy zabieg autorki, by region ten nie jawił się czytelnikowi jako kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie każdy nowo przybyły może zacząć życie od nowa i być szczęśliwym. Może chodziło o tę tzw. równowagę w przyrodzie? Może być dobrze ale nie idealnie?

Jednocześnie chciałabym zaznaczyć, że to nie jest słodka i ciepła opowiastka o facecie, który znalazł nowy dom i miłość. Ludzie w tej powieści są przyjaźni, da się ich lubić ale jednocześnie czuć od nich pewną surowość i chłód. Są tacy jak krajobraz dookoła.  I takie też jest ich życie - surowe, naznaczone czasem cierpieniem ale to nie znaczy, że zupełnie nieszczęśliwe.

Czy mnie zachwyciła? Nie do końca. Nie potrafiłam odnaleźć w tej historii czegoś 'swojego'. Nadal uważam, że to bardzo przyjemna lektura ale - przynajmniej dla mnie - na jeden raz. Powrotów raczej nie planuję.

Moja ocena: 4,5/6

Lucyna Olejniczak - Dagerotyp. Tajemnica Chopina

Lucyna Olejniczak - Dagerotyp. Tajemnica Chopina



Inspiracją do napisania tej ksiązki był dla Lucyny Olejniczak jej pobyt we Francji jako opiekunka do dzieci. Do dzisiaj utrzymuje kontakt z francuską rodziną, u której mieszkała.

Powieść posiada dwie płaszczyzny czasowe: współcześnie, w jednej ze starych francuskich posiadłości rodowych zostaje znaleziony plik listów, których autorką jest przodkini obecnego właściciela zamku. Z listów wyłania się płomienny romans pomiędzy młodziutką malarką a stawiającym pierwsze kroki w Paryżu pianistą. Według domysłów goszczącej na zamku pary z Krakowa, Lucyny i Tadeusza, sekretnym kochankiem był sam Fryderyk Chopin. Lucyna postanawia dowiedzieć się, jak było naprawdę… Wstawki z przeszłości czyli z I połowy XIX wieku to sceny z życia Marie i Fryderyka, które mogły mieć miejsce.

Fryderyk Chopin, który wyłania się z kart tej powieści jest absolutnie czarującym i dowcipnym młodzieńcem, choć niepozbawiony ludzkich wad i słabostek wzbudza dużą sympatię i... rozbudza apetyt na więcej szczegółów z jego życia.

Uwielbiam książki, które oprócz dostarczania czystej frajdy z czytania jednocześnie poszerzają moje horyzonty i wzbogacają o nową wiedzę. Dzięki Lucynie Olejniczak miałam przez jakiś czas tzw. fazę na Fryderyka Chopina. Autorka nakreśliła tak ciekawy i pozytywny obraz kompozytora, że koniecznie musiałam sięgnąć po jakąś jego biografię!

Moja ocena: 4,5/6

autor: Lucyna Olejniczak
tytuł: Dagerotyp. Tajemnica Chopina
wydawca: Aurum Press
liczba stron: 312
Marta Kisiel - Szaławiła

Marta Kisiel - Szaławiła


Nie porwało mnie to opowiadanie. Nie byłam nawet w stanie przeczytać go za jednym posiedzeniem.

Główna bohaterka Oda nie wzbudziła mojej dzikiej sympatii a czytanie o tym, jak na ruinach spalonej Lichotki buduje swój nowy dom wywołało we mnie mieszane uczucia... Ja po prostu jestem tzw. die-hard-fanem Konrada Romańczuka i bandy jego podopiecznych, stąd tworzenie czegokolwiek na zgliszczach scenerii Dożywocia jest dla mnie po prostu świętokradztwem. 😉

Z dużą dozą ostrożności patrzę na nowych bohaterów, zwłaszcza na Bazyla, który zamiast bycia śmiesznym jest według mnie po prostu głupiutki...

Nagroda Zajdla dla "Szaławiły"? Nie czytałam innych nominowanych utworów, na temat samej nagrody też wiem niewiele ale przyznanie jest temu opowiadaniu to chyba jednak jakieś nieporozumienie...

Jeśli będzie kontynuacja (a ponoć będzie) w postaci powieści, to oczywiście na pewno przeczytam. Ale na razie nie przebieram nóżkami z niecierpliwości...

Moja ocena: 3/6

autor: Marta Kisiel
tytuł: Szaławiła

wydawca: Uroboros
liczba stron: 53




Kącik germanisty: Melinda Nadj Abonji - Gołębie wzlatują

Kącik germanisty: Melinda Nadj Abonji - Gołębie wzlatują



„Gołębie wzlatują” to debiut literacki pochodzącej z Wojwodiny autorki, która wyemigrowała do Szwajcarii. Powieść zawiera w sobie autobiograficzne ślady: jest poświęcona utraconej ojczyźnie rodziców, magicznemu miejscu z dzieciństwa, do którego nie było jej dane wrócić. W 2010 roku Melinda Nadj Abonji otrzymała za nią dwie nagrody: Deutscher Buchpreis oraz Schweizer Buchpreis.

To opowieść o życiu w dwóch krajach, o niemal mitycznie przedstawionej wsi w Wojwodinie, gdzie czas się zatrzymał i szybkim i ciężkim życiu emigrantów w Szwajcarii oraz ich próbach wpasowania się w nowe społeczeństwo. Ildiko, starsza córka państwa Koscis traktuje Wojwodinę jako magiczną krainę dzieciństwa, gdzie zapachy były mocniejsze, kolory żywsze a poczucie bezpieczeństwa i przynależności o wiele silniejsze niż w Szwajcarii, gdzie trzeba się uśmiechać przez łzy i być miłym dla ludzi, którzy pogardzają emigrantami. To także opowieść o wojnie i rozpadzie Jugosławii, opowieść o wielokulturowym i wielonarodowościowym kraju, którego mieszkańcy zostali nagle zmuszeni do nienawiści wobec własnych sąsiadów, przyjaciół a czasem i członków rodziny. Wieści o wojnie dochodzą do uszu czytelnika i bohaterów gdzieś z oddali, ale rozdzierają serce, wyciskają łzy, zmuszają do zastanowienia się chwilę nad absurdem wojny.

Uwagę zwraca język powieści – zdania wielokrotnie złożone, długie, ciągnące się czasem przez kilka stron (czytanie w oryginale może być więc czasem problematyczne, zwłaszcza, gdy czasownika spodziewamy się dopiero na końcu zdania…). Melinda Nadj Abonji ma dobry słuch muzyczny, który starała się wykorzystać przy pisaniu swojego debiutu. W jednym z wywiadów wspomina, że ważna była dla niej melodia tekstu a długie, wypowiadane szybko, na jednym długim wdechu zdania pomagają tę melodyjność wydobyć.

Oczarowała mnie ta książka i dostarczyła mnóstwa wzruszeń. W niektórych momentach uśmiechałam się pod nosem, w innych po policzkach płynęły mi łzy. Czytając o czasie spędzanym w Wojwodinie, cofałam się myślami wiele lat wstecz, do wakacji spędzanych u rodziny w powiacie milickim i czułam podobne emocje, co córki państwa Koscis.

„Gołębie wzlatują” to hołd złożony ludziom i kulturze, których już nie ma. To opowieść o małych ojczyznach z dzieciństwa, o raju utraconym. To obowiązkowa lektura dla osób zainteresowanych tematyką związaną z emigracją, problemem przynależności narodowej.

Jedna z ważniejszych książek przeczytanych w tym roku a także całym moim życiu, zajmująca ważną pozycję wśród powieści, które w jakiś sposób naznaczyły moje literackie ścieżki.

Moja ocena 6/6 

autor: Melinda Nadj Abonji
tytuł: Gołębie wzlatują
tytuł oryginału: Tauben fliegen auf
tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska
wydawca: Czarne
liczba stron: 232 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger