Antoine-Francois Prevost d'Exiles - Historia Manon Lescaut

Antoine-Francois Prevost d'Exiles - Historia Manon Lescaut



To już trzecia pozycja przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego "Słynne kurtyzany" i jak do tej pory moim zdaniem najsłabsza.

Wcześniej znałam tę historię tylko z mocno uwspółcześnionej opery "Manon" z Anną Netrebko i Rolando Villazonem w rolach głównych ale wersja książkowa okazała się być jednak trochę inna od tej operowej.

Prevost d'Exiles napisał ją "ku przestrodze" młodych czytelników, wykorzystując oświeceniowy dydaktyczny cel literatury jak sam przyznaje w przedmowie: "Poza przyjemnością lektury mało się znajdzie w tej powiastce szczegółów, które by nie mogły posłużyć ku poprawie obyczajów, moim zaś zdaniem, niemałą oddaje usługę czytelnikom, kto ich uczy wśród zabawy."1

Oświeceniowy charakter niestety widać w powieści. Po pierwsze język jest typowy dla tej epoki: styl wypowiedzi bohaterów (jak i pierwszoosobowego narratora) jest tak kwiecisty, że aż wręcz nienaturalny i może współczesnego czytelnika po prostu śmieszyć. Po drugie główny bohater i jego czyny są trochę zbyt przerysowane - des Grieux zdaje się być kompletnie zaślepiony miłością i nie dostrzegać niczego dookoła poza swoją ukochaną Manon a ilość przeszkód, jakie stają na drodze ich miłości oraz zachowania bohaterów wobec nich są nieprawdopodobne i w pewnym momencie zaczynają albo śmieszyć albo irytować.

Historię miłości Manon i kawalera des Grieux poznajemy z ust samego protagonisty, który jest jednocześnie narratorem. Sporo dowiadujemy się o nim samym, jego uczuciach, targających nim na przemian namiętnościach i wątpliwościach co do wybranki jego serca, ale sama Manon pozostaje gdzieś w tle. Narrator rzadko dopuszcza ją do głosu, każąc czytelnikowi wyrobić sobie zdanie na jej temat na podstawie opisu jej zachowań a dodać trzeba, że już od samego początku wiadomo, że Manon nie będzie przedstawiana w dobrym świetle skoro według założeń autora ma to być opowieść "ku przestrodze".

Manon jest piękną, młodą, całkiem sprytną ale też i głupią kobietką, która nie ma pojęcia czym jest prawdziwa miłość. Podczas lektury wiele razy kręciłam głową obserwując jak bardzo zaślepiła kawalera des Grieux, który nie był w stanie trzeźwo osądzić tego uczucia i miałam ochotę powiedzieć: 'niech go ktoś wreszcie walnie, no jak można być takim idiotą!' Bo jak można się tak beznadziejnie zakochać w kobiecie (na dodatek takiej idiotce), która nad miłość i wierność przedkłada bogactwo?:

"Przysięgam ci, drogi kawalerze, że jesteś bóstwem mego serca, ciebie jednego na świecie byłabym zdolna kochać tak, jak kocham, ale czy nie widzisz, duszo moja droga, że w naszym położeniu wierność byłaby bardzo głupią cnotą? Czy myślisz, że może być mowa o czułościach, kiedy nie ma chleba?"2



Dosyć irytujące wydało mi się, że Manon niby tak bardzo kocha des Grieux a mimo to tak łatwo, bez żadnych protestów "oddaje się" bogatym mężczyznom, kiedy ci zauroczeni jej olśniewającą urodą, robią wszystko by stała się ich kochanką. No właśnie, to też wydało mi się śmieszne - wystarczy że mężczyzna tylko raz spojrzy na Manon, z miejsca się w niej zakochuje i chce ją mieć dla siebie. W pewnym momencie, kiedy w powieści pojawiał się na horyzoncie nowy męski bohater, już z góry wiedziałam, że szykują się kolejne problemy, bo on na pewno natychmiast zakocha się w kurtyzanie.

Trochę dziwią mnie opisy Manon w internecie, mówiące iż jest jedną z najżywszych postaci kobiecych w literaturze i typem femme fatale. O "żywości" nie może być mowy, gdyż już sam sposób narracji czyni ją postacią bierną, nie mającą własnego głosu w powieści. Do kobiety fatalnej jest jej już trochę bliżej, choć i to określenie jest nadane na wyrost. Manon nie ma nic wspólnego z np. wulgarną i próżną Naną, która bawi się mężczyznami i doprowadza ich do ruiny. Jest po prostu typem biernej kobiety, która nie protestując oddaje się w ręce tego, który rości sobie prawo do jej posiadania i tyle.

O środowisku kurtyzan nie dowiedziałam się z tej powieści niestety niczego.

Moja ocena: 2/6


1 Antoine-François Prévost d'Exiles "Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux", Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2003, str. 3 2 tamże, str. 35

autor: Antoine-Francois Prevost d'Exiles
tytuł: Historia Manon Lescaut i kawalera des Grieux
tytuł oryginału: L'histoirie de Manon Lescaut et du chevalier des Grieux
tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński

wydawca: Zielona Sowa 
liczba stron:109

Philip Pullman - Zorza Północna (Złoty Kompas)

Philip Pullman - Zorza Północna (Złoty Kompas)


Zanim – używając spopularyzowanego już w blogosferze określenia Germini – zacznę piać z zachwytu, pragnę podziękować forumowej koleżance Alveście, dzięki której natknęłam się na „Złoty kompas” i której będę dozgonnie wdzięczna za polecenie mi go (jak i całej trylogii "Mroczne materie"). Przyciągnęła mnie także kolorowa okładka z niedźwiedziem polarnym. Jednakże minęło trochę czasu zanim zdecydowałam się przeczytać książkę, mimo iż po rekomendacji Alvesty od razu ją wypożyczyłam z biblioteki (jeszcze pod pierwotnym tytułem „Zorza polarna”). Moje obawy wynikały chyba z faktu, że jest to książka dla młodzieży i bałam się kolejnego rozczarowania jak po „Księdze cmentarnej” Neila Gaimana. Zupełnie niepotrzebnie – czytając „Złoty kompas” w ogóle nie czuje się tego, iż jest to powieść przeznaczona dla młodych czytelników i gdybym wcześniej tego nie wiedziała, pewnie w ogóle nie przyszłoby mi to do głowy.

Przyznam szczerze, że trochę ciężko pisze mi się tę recenzję, bo mimo iż czytałam tę powieść parę miesięcy temu, to nadal mam jeden wielki chaos w głowie. Ale jest to pozytywny chaos (jeśli mogę się tak wyrazić) – książka wywołała we mnie mnóstwo emocji i poruszyła przysłowiowy kamień, który wywołał lawinę przemyśleń, domysłów, pomysłów i myśli w ogóle (a wierzcie mi, że jest się nad czym zastanawiać, to absolutnie nie jest pusta opowiastka mająca na celu poprzez ciekawą fabułę, wartką akcję i trzymanie w napięciu jedynie dostarczyć rozrywki znudzonemu nastolatkowi). Mam nadzieję, że uda mi się jednak poukładać wszystko, o czym chcę Wam napisać w jakąś zgrabną całość i moja recenzja zachęci Was do sięgnięcia po Pullmana. Bo taki jest jej cel :)

Spróbuję pokrótce opowiedzieć, o czym traktuje „Złoty kompas”, choć bez spojlerów pewnie i tak się nie obędzie.

Główną bohaterką powieści jest Lyra Belaqua, osierocona jedenastoletnia dziewczynka mieszkająca wśród uczonych Kolegium Jordana na oxfordzkim uniwersytecie. Akcja rozpoczyna się gdy niespodziewanie przybywa do kolegium wuj Lyry, lord Asriel badający na dalekiej Północy tzw. „pył”. Opowiada on uczonym o swoim odkryciu i prosi o sfinansowanie swojej kolejnej naukowej wyprawy. Lyra, schowana w szafie, podsłuchuje i podgląda cały wykład swojego wuja i czuje się zafascynowana pyłem.

Tymczasem w mieście zaczynają ginąć dzieci. Ponieważ nie wiadomo dokładnie kto za tym stoi, przerażeni mieszkańcy winią za porwania „grobali” (jak się później okaże to skrót od Generalnej Rady Oblacyjnej). Któregoś dnia porwany zostaje najlepszy przyjaciel Lyry, również mieszkający w kolegium Jordana, kuchenny chłopiec Roger. Lyra martwi się o przyjaciela i chce go odnaleźć, co uniemożliwia jej jednak pojawienie się na uniwersytecie tajemniczej pani Coulter, która wkrada się w łaski dziewczynki i zabiera ją ze sobą do Londynu. Zanim jednak Lyra opuści mury uniwersytetu, jego rektor ofiarowuje jej tzw. aletheiometr czyli innymi słowy złoty kompas, specjalne urządzenie, za pomocą którego można uzyskać odpowiedzi na różne pytania. Rektor prosi jednak, by Lyra nie mówiła nikomu o kompasie, a w szczególności pani Coulter. Początkowo zafascynowana swoją nową opiekunką, Lyra powoli zaczyna dostrzegać, że dama nie jest tym, za kogo się podaje i wzbudza w niej podejrzenia i strach. Kiedy jej obawy sprawdzają się, dziewczynka ucieka z domu pani Coulter i natrafia na grupę cyganów, którzy szukają zaginionych dzieci, w tym syna jednej z cyganek, Billy’ego Costę, kolegę Lyry. Bohaterka zostaje przedstawiona królowi cyganów, który planuje wielką wyprawę na północ w poszukiwaniu zaginionych dzieci. Lyra zdradza mu tajemnicę aletheiometru a czytelnik dowiaduje się, że nasza bohaterka jest według jednej z przepowiedni wybranką, która odegra ważną rolę w nadchodzących wydarzeniach. W wyniku różnych zdarzeń, do ekipy dołączają także Iorek Byrnison, niedźwiedź pancerny oraz Lee Scoresby, podróżujący balonem aeronauta.

Myślę, że tyle wystarczy jeśli chodzi o treść, nie chciałabym zdradzać zbyt wiele, by nie psuć nikomu przyjemności z lektury.

Chciałabym natomiast powiedzieć parę słów na temat świata przedstawionego, gdyż jest on tylko na pozór taki sam jak nasz. Nie ma podanej dokładnej daty, nie wiemy w jakiej epoce jest usytuowana akcja. Używanie różnego rodzaju sprzętów jak kompas, luneta, latanie balonem czy pływanie tratwą lub statkiem (ale takim jak z dawnych powieści przygodowych, z drewnianym pokładem i burtą) mogą sugerować XIX wiek ewentualnie początek XX, ale równie dobrze może to być alternatywny świat do naszego w roku np. 2009 tylko o innym postępie cywilizacyjnym. Za tą drugą opcją przemawia sprzęt w stacji badawczej w Bolvangarze, gdzie „grobale” robią eksperymenty na dzieciach i ich dajmonach.

No właśnie, doszłam do najważniejszej różnicy między światem nakreślonym przez Pullmana a naszym. W „Złotym kompasie” każdy człowiek posiada swojego dajmona pod postacią zwierzęcia, które jest odzwierciedleniem jego charakteru. Dajmony dzieci są jeszcze nieukształtowane i mogą zmieniać swoją postać – raz być motylem, raz kotem by za chwilę zmienić się w chomika. Natomiast dajmony osób dorosłych mają już ukształtowaną postać i nie mogą się zmieniać. Ciekawe jest, że ludzie nie mogą dotykać dajmonów innych osób, gdyż jest to dla tychże bardzo nieprzyjemne.

Philip Pullman
Fascynująca jest religijna symbolika powieści. Już sam tytuł trylogii „Mroczne materie” pochodzi z „Raju utraconego” Miltona, nazwy instytucji lub organizacji przywodzą skojarzenia religijne, jak choćby Generalna Rada Oblacyjna (oblacja – złożenie ofiary), Lyra jako ta która ma przyjść i odegrać ważną rolę w świecie (czyli nawiązanie do przyjścia mesjasza, zbawiciela), imię lorda Asriela zostało utworzone od Asraela – anioła śmierci zwiastującego apokalipsę, pył i eksperymenty na dajmonach dzieci w Bolvangarze nawiązują do koncepcji grzechu pierworodnego. Nie pokuszę się o interpretację religijnej wizji świata przedstawionego, gdyż po pierwszym tomie jest to raczej niemożliwe, myślę, że dopiero po przeczytaniu całej trylogii chaos w mojej głowie uporządkuje się i cała symbolika stanie się jasna.

Wartka akcja, ciekawi bohaterowie (moim absolutnym ulubieńcem jest niedźwiedź polarny Iorek Byrnison!) i przede wszystkim niesamowity świat, w którym żyją, z całą jego symboliką sprawiają, że trudno odłożyć książkę choć na chwilę. Nie zaczynajcie czytać wieczorem, bo gwarantuję, że zarwiecie noc! Dawno nie miałam do czynienia z tak wciągającą powieścią, w domu czytałam egzemplarz z biblioteki a ponieważ nie mogłam rozstać się z bohaterami i koniecznie chciałam wiedzieć, co będzie dalej, to w pracy podczytywałam ukradkiem ebooka. I na koniec mała rada: nie czytajcie tej powieści jeśli nie macie pod ręką dalszych części. "Złoty kompas" kończy się bowiem w takim momencie, że rozgorączkowany czytelnik chcąc koniecznie dowiedzieć się, co będzie dalej, jak w transie maca wszystko dookoła siebie w poszukiwaniu drugiego tomu, by go otworzyć i czytać dalej.

REWELACYJNA KSIĄŻKA!!!

Polecam również świetną ekranizację z 2007r.!!!

Moja ocena: 6/6

autor: Philip Pullman
tytuł: Zorza Polarna (Złoty kompas)
tytuł oryginału: Northern Lights 
tłumaczenie: Ewa Wojtczak
wydawca: Prószyński i S-ka
liczba stron: 396

W skrócie: Targowisko próżności i Jeden dzień z panem Julesem

W skrócie: Targowisko próżności i Jeden dzień z panem Julesem

Nie wyrobiłam się na czas z pisaniem recenzji (tzn. chciałam zdążyć jeszcze przed Nowym Rokiem) ale zanim zrobię podsumowanie mojego czytelniczego roku 2009 chciałabym pokrótce wspomnieć jeszcze, o kilku przeczytanych przeze mnie pozycjach.


William Makepeace Thackeray „Targowisko próżności”

Bardzo ale to bardzo ciężko mi się czytało... Zresztą już sam czas czytania mówi sam za siebie – zaczęłam w kwietniu, skończyłam w listopadzie…

Po pierwsze - nie podobał mi się styl. Taki ironiczny, prześmiewczy, postaci przedstawione wręcz karykaturalnie. Od samego początku spodziewałam się czegoś takiego (w końcu znam Thackeray'a z „Pierścienia i róży” – uwielbiałam ten serial jak byłam w podstawówce a i coś mi majaczy, że powieść też czytałam), ale na dłuższą metę jest to męczące a powieść ma ponad 1000 stron!

Po drugie – szalenie denerwujące postaci. Każdy ma jakieś wady ale są one tak przerysowane, że stykanie się z nimi przez ponad tysiąc stron męczy i irytuje. Prym wiodła główna bohaterka czyli Becky Sharp (już samo imię Becky działało mi na nerwy – tak, wiem, nerwowa jestem ;-)), która zajęła zaszczytne miejsce obok Katarzyny Earnshaw z „Wichrowych Wzgórz” wśród najbardziej znienawidzonych przeze mnie bohaterek literackich. Egoistyczna do bólu materialistka, nie będąca w stanie nikogo pokochać, nawet własnego dziecka. Polubiłam za to jej męża, tą pierdołę Rawdona ;-)

Po trzecie - gubiłam się w bohaterach. Jest ich po prostu za dużo. O ile w bohaterach wokół Amelii i jej brata Józefa jeszcze potrafiłam się w jakiś sposób rozeznać, tak osoby z Queens Crawley myliły mi się do tego stopnia, że ni w ząb nie byłam w stanie zorientować się, o kim jest w danym momencie mowa.

Po czwarte - miałam jakieś stare wydanie (z 1973r) w przekładzie Tadeusza Jana Dehnela, który podobnie jak pani Arnsztajnowa w „Malowanym welonie” miał dziwne widzimisię i różnorako tłumaczył imiona. Raz Józef, raz Joe, raz Joseph ... Raz Jerzy, raz George ...

Męczyłam się tak mniej więcej do strony 850 po czym ze zdumieniem stwierdziłam, że czyta mi się coraz lepiej, rozróżniam wszystkich bohaterów i … zaczyna mi się podobać (co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że każdą, nawet najnudniejszą książkę należy czytać do końca, bo nigdy nie wiadomo, czy czasem jeszcze nie zmienimy o niej zdania). Ostatnie rozdziały połknęłam szybciuteńko i nawet trochę żałowałam, że to już koniec (jakby 1000 stron to było mało ;-)). Dlatego w ostatecznym rozrachunku ocena końcowa dość wysoka.

Moja ocena: 4/6

Diane Broeckhoven „Jeden dzień z panem Julesem”

Tę króciutką powiastkę polecała kiedyś w moim ulubionym programie o książkach „Lesen!” niemiecka pisarka i dziennikarka Elke Heidenreich. Szalenie przypadła mi do gustu idea tego programu: Heidenreich omawiała w nim książki, które ostatnio przeczytała i na które jej zdaniem warto zwrócić uwagę. Nie musiały to być koniecznie nowości wydawnicze czy bestsellery, często mówiła o niepozornych książeczkach, które w zalewie powieści na rynku umknęły gdzieś uwadze masowego czytelnika a warto by było je poznać. Taką właśnie książką miała być powiastka Broeckhoven.

Ale nie jest. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystko, co poleca pani Heidenreich MUSI być dobre, ale odkryłam dzięki niej parę ciekawych tytułów i nazwisk, więc łudziłam się, że i w tym przypadku będę miała do czynienia z dobrą literaturą tym bardziej, że „Jeden dzień z panem Julesem” został wydany przez Galaktykę w ciekawej jak by się wydawało serii „Zapach pomarańczy”, w której cytując wydawcę: Powieści tworzące tę serię pozwalają ją odnaleźć, uchwycić i na długo zatrzymać. To historie o poznawaniu samego siebie i o odnajdywaniu sensu życia wśród codziennych zdarzeń.

Pewnego ranka Alice odkrywa, że jej mąż właśnie zmarł. Nie zawiadamia od razu zakładu pogrzebowego ani rodziny, gdyż chce pobyć jeszcze trochę z mężem i „porozmawiać z nim”, wyjawić wszystko, co przez lata leżało jej na sercu. Martwi się tylko, co zrobić z chorym na autyzm synem sąsiadki, który jak co tydzień ma przyjść do pana Julesa rozegrać partię szachów.

Miało być kameralnie, refleksyjnie, pokrzepiająco. Tymczasem pani Julesowa ma żal do zmarłego męża głównie o jego kochankę. Ja nie wyniosłam nic z tej opowieści.

Moja ocena: 1/6

Kolejna wygrana

Kolejna wygrana


Przed 9.00 rano, kiedy wszyscy jeszcze spali, rozdzwonił się dzisiaj u mnie dzwonek przy drzwiach, za którymi stał uśmiechnięty pan listonosz w roli poznańskiego Gwiazdora, trzymającego w ręku paczuszkę od Magdaleny z Zacisza Wyśnionego, gdzie niedawno wygrałam książkę :)

Pakunek jak zwykle pięknie zapakowany (piszę "jak zwykle", bo to nie pierwsza paczka od Magdaleny, którą dostaję, również na podaj.net miałam przyjemność wymieniać z nią książki :) ) a kryło się w nim to:


Będzie co czytać w zimne i ponure zimowe wieczory :)
Gustave Flaubert - Pani Bovary

Gustave Flaubert - Pani Bovary


W ramach nadrabiania zaległych recenzji parę słów o kolejnej lekturze z forumowego wyzwania „Kobieta w zwierciadle literatury”.

„Pani Bovary” nie przypadła mi zbytnio do gustu. Nie mogę powiedzieć, że ciężko mi się czytało lub, że Emma mnie irytowała, bo jako bohaterka była mi raczej obojętna. Ot taka głupiutka istotka nieprzystosowana do życia. Nie wkurzała mnie w każdym bądź razie jak np. Katarzyna Earnshaw z "Wichrowych Wzgórz" (która tak na marginesie dorobiła się już godnej następczyni ale o tym w innej recenzji).

Jest to historia młodej kobiety, nieprzystosowanej do życia, marzycielskiej i romantycznej, wychowanej na książkowych wizjach miłości Emmy, która wychodzi za mąż za „przyziemnego” lekarza Karola Bovary i w bardzo szybkim czasie uświadamia sobie, że zwyczajne i nudne małżeńskie życie jej nie odpowiada. W poszukiwaniu miłosnych uniesień, o których czytała w powieściach, rzuca się w ramiona kochanków, rujnując swe małżeństwo i rodzinę.

Emma jest nieprzystosowana do prawdziwego życia, bardziej zajmowały ją jej uczucia niż życie - ta normalna, szara rzeczywistość. Uwielbiała czytać, pasjonowały ją namiętne romanse przedstawiane na kartach ówczesnych powieści i sama marzyła o przeżywaniu takich uczuć. Sama zresztą stwierdziła: „[...] przepadam za powieściami, które czyta się jednym tchem, które budzą lęk i niepokój. Nie znoszę pospolitych bohaterów i przeciętnych uczuć, takich jakie spotyka się w życiu.”1 Problem polega na tym, że w życiu ciężko o takie uczucia a jeśli one następują to są chwilowe, nietrwałe i ... rzadkie.

Mało tego - podczas lektury stwierdziłam także, że Emma niedojrzała do trwałego związku z mężczyzną. Już w parę dni po ślubie przestało jej odpowiadać małżeńskie życie, nie tak je sobie wyobrażała. Gdzie te namiętności? Gdzie porywy serca?:

„Myślała, że miłość powinna spaść wśród gromów i błyskawic jak huragan, który z niebios wtargnąwszy nagle w życie, tratuje wszystko, porywa ludzkie postanowienia jak liście i serce pociąga za sobą w otchłań.”2

Kiedy umarł ojciec Bovarego, Emma nawet nie potrafiła pocieszyć męża, nie wiedziała, co ma mu powiedzieć i kiedy on rozpaczał, ona myślami wracała do upojnych nocy spędzonych z kochankiem ale nie mogła się skupić, bo przeszkadzała jej obecność świekry i męża (!!!). Zachowywała się jak nastolatka. Nie ma się co dziwić, że Emma znalazła sobie kochanka, skoro tak bardzo tęskniła za innym, lepszym życiem a takie wydawało jej się każde oprócz małżeńskiego.

Karol, człowiek raczej prosty (w sensie prostoduszny) i mało wymagający od życia nie potrafił zaspokoić duchowych potrzeb swojej żony:

"Rozmowa z Karolem była płaska jak uliczny chodnik, a jego myśli, które każdy mógłby wypowiedzieć, przesuwały się w codziennych strojach, nie budząc ani wzruszeń ani śmiechu, ani marzeń. Przyznawał, że gdy mieszkał w Rouen, nigdy nie przyszło mu do głowy pójść do teatru, by zobaczyć paryskich aktorów. ie umiał ani pływać ani fechtować się, ani strzelać z pistoletu, a kiedyś nie potrafił nawet wytłumaczyć jej fachowego terminu dotyczącego konnej jazdy, który spotkała w jakiejś powieści. A czyż właśnie mężczyzna nie powinien znać tego wszystkiego, celować we wszelkim działaniu, wtajemniczać kobiety w porywy namiętności i w wyrafinowane tajne życie? Ale on nie potrafił jej niczego nauczyć, nic nie umiał, niczego nie pragnął. Sądził, że jest szczęśliwa."3   


Gustave Flaubert
Karol to typowy pragmatyk realista a Emma bujająca w obłokach marzycielka - romantyczka. Ona chciała chodzić na bale, do opery, do teatru a Karola to raczej nie pociągało. Kiedy Emma poznała Karola, widziała go przez pryzmat powieści miłosnych. Jak wróciła z klasztoru była rozczarowana swoją egzystencją a pojawienie się w Bertaux młodego lekarza, obudziło w niej nadzieję, na przeżycie "książkowego romansu". Tak się jednak nie stało.

Leon to podobny typ do Emmy, od razu znaleźli wspólny język. Odniosłam jednak wrażenie, że był młodszy od niej, bo kochał ją miłością takiego młokosa do dojrzałej damy a jej tylko w to graj.

Rudolf za to bez problemu potrafił owinąć sobie Emmę wokół palca. Nie była w końcu jego pierwszą "ofiarą" Od razu wyczuł, czego jej brak i jak ją omamić, to taki typ ognistego kochanka, który bierze bez pytania, co mu się należy i to się Emmie najwyraźniej podobało - pewnie uosabiał jakiegoś bohatera literackiego, do którego Emma kiedyś tam wzdychała ...

Mam wrażenie, że Emma nigdy nie zaspokoi swojego "głodu miłości", że żaden mężczyzna jej do końca nie zadowoli. Ona nie jest zdolna do przeżywania dojrzałej, prawdziwej, normalnej miłości, czyli takiej ze wzlotami i upadkami, z chwilami pełnymi szczęścia jak i szarymi dniami mijającymi bez większych emocji.

Ale przecież jest jeszcze dziecko - mała Berta. Nie wiem, po co ona przyszła na świat, chyba tylko po to,by cierpieć. Matka w ogóle nie poświęcała jej uwagi (albo tylko wtedy, gdy jej się przypomniało) i gdyby nie mamka to nie wiem, co by się z tym dzieckiem stało. To jest aż nienaturalne, by matka miała tak obojętny stosunek do własnego dziecka i jednocześnie kolejny argument za tym, że Emma psychicznie nie dojrzała ani do roli żony ani matki.

Podsumowując: czytało się w miarę dobrze, ale nie była to powieść od której nie mogłam się oderwać. Nie zaskoczyła mnie jak np. "Tessa d'Urberville" i mimo iż dała trochę do myślenia, to jednak oceniam ją jako średnią.

Moja ocena: 3/6


1 Gustave Flaubert "Pani Bovary", Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2003, str.63

2 tamże, str.75

3 tamże, str.31

autor: Gustave Flaubert
tytuł: Pani Bovary
tytuł oryginału: Madame Bovary
tłumaczenie: Aniela Micińska
wydawca: Zielona Sowa
liczba stron: 266

Thomas Hardy - Tessa d'Urberville

Thomas Hardy - Tessa d'Urberville


Czytałam tę powieść w ramach wyzwania czytelniczego „Kobieta w zwierciadle literatury” na jednym z for.

Moje ogólne wrażenia z lektury są jak najbardziej pozytywne, choć w pewnym momencie powieść zaczęła być dla mnie trochę przewidywalna a przez to nużąca. Tzn. zauważyłam, że fabuła ma przebieg sinusoidalny – jak wydarza się tragedia, to zaraz po niej następuje polepszenie sytuacji aby za chwilę znowu przybrać zwrot o180° i spaść w dół. Męczyły mnie trochę opisy życia na wsi, podziwiania pasących się krów, urody zdrowych wiejskich dziewcząt itp. ale dzielnie brnęłam dalej. I jak dobrnęłam do ostatniej części powieści, to szczęka opadła mi z wrażenia. Bo zakończenie zmienia wszystko. Aż chciałoby się w przypadku „Tessy…” krzyknąć czytajcie DO KOŃCA a zrozumiecie! ;-)

Fabułę można streścić w kilku zdaniach: Tessa Durbeyfield jest młodziutką, piękną dziewczyną z ubogiej rodziny. Kiedy jej (niezbyt rozgarnięty dodajmy – Tessa ma to nieszczęście posiadania rodziców jakby mniej dojrzałych od niej samej) ojciec dowiaduje się któregoś dnia od mijającego go na drodze pastora lubującego się w zgłębianiu genealogii starych rodów, że Durbeyfieldowie pochodzą od starego arystokratycznego rodu d’Urbervillów, postanawia wysłać swą najstarszą córkę do jedynej żyjącej rodziny – potomków słynnego rodu. Tessa wyjeżdża do posiadłości ciotki, gdzie ma pracować opiekując się jej kurami. Poznaje tam jej syna Aleca, bawidamka, próżniaka i oszusta, który za wszelką cenę próbuje uwieść niewinną Tessę. Więcej zdradzać nie będę – powiem tylko, że w życiu Tessy pojawi się jeszcze jeden mężczyzna – Angel Clare, którego bohaterka szczerze pokocha, ale jak to w życiu bywa, nie wszystko zawsze układa się tak, jak byśmy tego chcieli.

Historia miłosnego trójkąta? Nie do końca. Nie zrażajcie się, bo ta powieść to doskonałe studium psychologiczne, co się dzieje w duszy człowieka nieszczęśliwego, zgnębionego, który za wszelką cenę próbuje pozostać przy wartościach, które wyznaje w życiu.

Tessy było mi ogólnie rzecz biorąc żal. Nie denerwowała mnie, choć dostrzegam pewne wady jej charakteru - choć może nie są to o tyle wady co brak pewnej stanowczości i odwagi w podejmowaniu decyzji. Momentami nawet się z nią utożsamiałam, ale głównie dlatego że ja też bywam taka trochę "rozmemłana" i brak mi stanowczości i czasami odwagi by powiedzieć "nie" i walczyć o swoje.

Jednak nie mogłam zdzierżyć jej mężusia, "szlachetnego i anielskiego" pana Clare. To jeden z bardziej denerwujących mnie bohaterów literackich, niedojrzały emocjonalnie i zadufany w sobie typek, któremu "wydawało się" że się zakochał. I tak jak napisał sam Hardy miłość Angela do Tessy wywodziła się raczej z wyobraźni: "[...], kochał ją gorąco, lecz raczej w sposób idealny i chimeryczny.”1 Ja odniosłam wrażenie, że on był zakochany w pewnym ideale, który sobie wyobraził i który chciał widzieć w Tessie a jak się okazało, że jest to normalna kobieta z zaletami i wadami, po różnych życiowych przejściach, nie tak "czysta i nieskażona" jak on to sobie wymarzył, to natychmiast się odkochał. Trochę to dla mnie głupie i dziecinne. Angel był tak omotany wizją "czystej wiejskiej dziewki", że dla niego uwiedziona czy zgwałcona na jedno wychodziło - tak czy siak kobieta nie była już "czysta". Bardzo podobały mi się słowa narratora, komentujące tenże fakt: „Rozpatrując, czym Tessa nie była, nie dostrzegał, czym była, i zapominał, że coś, co zostało uszkodzone, może mieć większą wartość od czegoś, co aczkolwiek bez skaz, jest jednak w lichym gatunku."2

Jeszcze jedno mnie zdenerwowało a mianowicie odmienny stosunek do "bujnej przeszłości" kobiet i mężczyzn. Zaskakujący jest fakt, że do dziś nic się w tej kwestii nie zmieniło (a przecież powieść Hardy'ego pochodzi z 1891r.!). Kiedy Angel wyjawia Tessie swoją erotyczną przeszłość z bliżej nieokreśloną kobietą (na dodatek starszą od siebie jeśli dobrze pamiętam!), oczekuje że ona mu wybaczy, ba! nawet do głowy mu nie przyjdzie, że może być inaczej. A kiedy Tessa wyjawia mu, że nie jest taka czysta i niewinna za jaką ją uważa, on ją odtrąca i nie chce mieć z nią więcej nic wspólnego. Jak to jest, że jak facet z własnej i nieprzymuszonej woli bawi się ile wlezie to NALEŻY mu to wybaczyć (bo to tylko facet, który musi się wyszumieć) a jak kobieta wyznaje, że straciła niewinność - na dodatek nie ze swojej winy, bo przecież Tessa została zgwałcona podczas snu, sama się do Aleca nie pchała - to od razu uważa się ją za upadłą?

Jak już wspomniałam zakończenie zmienia patrzenie na opisane wydarzenia o 180° i ewidentnie świadczy o tym, że Tessa była na skraju załamania psychicznego, że w jej psychice działo się o wiele więcej niż można by to wyczytać z tekstu powieści.. Jak skończyłam czytać, to zamknęłam książkę i z głupią miną wgapiałam się w blat stołu a w mojej głowie kłębiło się tysiąc myśli. I mimo iż nie uważam tej powieści za wybitną czy taką, która w jakiś tam szczególny sposób wpłynęła na moje postrzeganie rzeczywistości, to jednak ona przez długi czas we mnie siedziała. Cały czas czułam historię Tessy w sobie, często (szczególnie jadąc tramwajem czy autobusem) łapałam się na tym, że myślę o tej bohaterce i usiłuję rozgryźć jej psychikę.

Klasyka, którą zdecydowanie warto poznać.

Moja ocena: 5/6

1 Thomas Hardy "Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej", Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975, str. 265
2 tamże, str. 344

autor: Thomas Hardy
tytuł: Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej
tytuł oryginału: Tess of the d'Urberville, a pure woman 
tłumaczenie: Róża Czekańska-Heymenowa
wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy 
liczba stron: 516

Neil Gaiman - Gwiezdny pył

Neil Gaiman - Gwiezdny pył


To moje drugie spotkanie z prozą Neila Gaimana i jakże odmienne od pierwszego!

Tristran Thorn jest 18-letnim młodzieńcem mieszkającym w wiosce Mur, która swą nazwę wzięła od stojącego na jej obrzeżach muru, oddzielającego świat normalny od magicznego. Raz na 9 lat po drugiej stronie muru organizowany jest jarmark, na którym mieszkańcy Krainy Czarów oraz świata realnego dokonują transakcji handlowych. To właśnie podczas takiego jarmarku został spłodzony Tristran – jego ojciec Dunstan Thorn został uwiedziony przez tajemniczą piękność o fiołkowych oczach i kocich uszach a kiedy po pewnym czasie przez dziurę w murze oddzielającym dwa światy przerzucono koszyk z niemowlęciem, Dunstan wraz z żoną wychowali syna tak jakby został on zrodzony z nich obojga. Tristran jest ślepo zakochany w próżnej Victorii Forster, która odrzuca względy chłopaka. Gdy ten odprowadza ją pewnego wieczoru do domu, oboje widzą na niebie spadającą gwiazdę. Victoria w żartach obiecuje swemu adoratorowi, że kiedy ten przyniesie jej gwiazdę, uczyni wszystko co ten zechce. Tristran postanawia przejść na drugą stronę muru i odnaleźć gwiazdę. Nawet nie zdaje sobie sprawy, co go czeka w magicznej Krainie Czarów oraz że upadła gwiazda jest… żywą dziewczyną. Na dodatek bardzo temperamentną, bezczelną i arogancką… ;-) I że nie jest on jedyną osobą, która szuka gwiazdy – w walce o władzę starają się o nią także dwaj bracia oraz okrutna królowa czarownic.

Neil Gaiman
Fantastyczna historia! Niby jest to powieść dla młodzieży a podczas lektury w ogóle nie daje się tego odczuć, nawet dorosły czytelnik daje się obezwładnić urokowi tej historii i przerzuca łapczywie jedną stronę za drugą chcąc dowiedzieć się, co będzie dalej. Na pewno nie jest to powieść dla dzieci (jak „Księga cmentarna”), gdyż już w pierwszym rozdziale mamy ostry seks na łonie natury (w ogóle sporo tu dwuznacznych odniesień ;)) no i krew leje się strumieniami, więc odbiorcy tej powieści to moim zdaniem raczej starsza młodzież i dorośli. I jest jeszcze coś, czego nie było (bądź ja nie zauważyłam) w „Księdze cmentarnej” – rewelacyjny czarny humor! „Gwiezdny Pył” pochłania się jednym tchem a przerzucając ostatnią stronę żałuje się, że tak szybko się skończył!

Moja ocena: 5,5/6 

autor: Neil Gaiman
tytuł: Gwiezdny Pył
tytuł oryginału: Stardust
tłumaczenie: Paulina Braiter
wydawca: Wydawnictwo MAG
liczba stron: 245


Gaston Leroux - The Phantom Of The Opera

Gaston Leroux - The Phantom Of The Opera


O "Upiorze w operze" słyszałam od dzieciństwa, choć głównie w odniesieniu do filmu/musicalu. I mimo iż czułam wewnętrznie, że coś mnie do tego tytułu przyciąga, jakoś nigdy nie było mi po drodze ani z filmem ani z książką. Aż do dnia, w którym po raz pierwszy wyemitowano w polskiej telewizji musical Andrew Lloyd Webbera. Pomyślałam sobie: dziewczyno, obejrzyj to wreszcie, taka słynna historia a ty prawie nic o niej nie wiesz. Obejrzałam.

I oniemiałam z zachwytu.

Zdaję sobie sprawę, że podziałała tak na mnie przede wszystkim muzyka oraz wspaniałe ujęcia ale i historia sama w sobie wydała mi się tak piękna, że poczułam palącą potrzebę zapoznania się z książkowym pierwowzorem. Już, teraz, natychmiast. W bibliotece powieści nie znalazłam, więc zaczęłam szperać na gutenbergu w poszukiwaniu ebooka (mimo iż nie lubię czytać książek w tej formie i robię to tylko kiedy nie mam w danym momencie innego wyjścia). Wersji niemieckiej niestety nie było (a taka odpowiadałaby mi najbardziej), ale znalazło się tłumaczenie angielskie.

Przyznaję, że mimo 10-letniej nauki tego języka, nadal z trudem się nim posługuję, gdyż praktycznie rzecz biorąc w ogóle go nie używam, więc wszystko wylatuje z głowy. Mimo wszystko bardzo dużo rozumiem a i nieprzeparta chęć zapoznania się z "Upiorem..." w wersji książkowej przekonała mnie wreszcie do przeczytania jej choćby po angielsku. I poszło mi całkiem nieźle, zresztą wszyscy czytający w innych językach niż polski dobrze wiedzą, że nie trzeba rozumieć dokładnie każdego słówka, by zrozumieć sens zdania. A "Upiór..." na szczęście nie jest pisany skomplikowanym językiem. Mimo wszystko czytałam dosyć długo, bo raz że w formie elektronicznej, dwa że w obcym języku i trzy, że tylko w pracy.



Historia opisana w powieści różni się nieco od wersji Andrew Lloyd Webbera. Musical skupia się na historii miłosnej podczas gdy w książce mamy do czynienia równorzędnie z opowieścią o bardzo nieszczęśliwym i skrzywdzonym człowieku, którego jedynym pragnieniem było stać się takim, jak inni i być przez nich w pełni akceptowanym. I to właśnie historia Erika, tytułowego upiora, wydała mi się najbardziej fascynującą częścią książki (więc końcówkę pochłonęłam niemalże jednym tchem). Poznając dokładnie jego losy możemy głębiej wniknąć w jego umysł i lepiej zrozumieć motywy jego działania. Cieszę się, że sięgnęłam wreszcie po powieściowy oryginał, bo mimo wcześniejszej znajomości filmu/musicalu zaskoczył mnie on pewnymi elementami, których w adaptacji muzyczno-filmowej nie ma oraz pozwolił zrozumieć, że słowo "tragiczny" odnosić należy w przypadku tego tytułu nie do przedstawionej tu historii miłosnej a przede wszystkim do historii pewnego nieszczęśliwego i samotnego człowieka szukającego akceptacji.

"Poor, unhappy Erik! Shall we pity him? Shall we curse him? He asked only to be "some one", like everybody else. But he was too ugly! And he had to hide his genius or use it to play tricks with, when, with an ordinary face, he would have been one of the most distinguished of mankind! He had a heart that could have held the empire of the world; and, in the end, he had to content himself with a cellar."

Moja ocena: 5,5/6
Wigilijne historie

Wigilijne historie


Mimo iż w czasie Świąt nie miałam za dużo czasu (a przede wszystkim odpowiednich warunków) na czytanie, udało mi się sięgnąć po dwa typowo wigilijne opowiadania, które pomogły mi wczuć się w świąteczną atmosferę.
Pierwszym z nich jest „Opowieść wigilijna” Karola Dickensa, chyba najsłynniejsza nowela kojarząca się z Bożym Narodzeniem. Czytałam ją wiele lat temu, oglądałam również kilka adaptacji filmowych, niestety czas robi swoje i już niewiele z nich pamiętałam.
Tę podzieloną na 5 części opowieść o samolubnym i chciwym Ebenezerze Scroogu, który nie znosi Świąt Bożego Narodzenia i swoją postawą i charakterem reprezentuje wszystko, co stoi w opozycji do cech i uczuć kojarzących się z tym szczególnym okresem w roku, czyta się szybko i przyjemnie a co najważniejsze – ta napisana ponad 150 lat temu nowela (pochodzi z 1843r.) nie straciła nic na aktualności. W dzisiejszych czasach też możemy spotkać takie niemiłe typy jak Ebenezer Scrooge, siedzący wiecznie w swoich biurach i myślący tylko o tym jak się wzbogacić i którzy nawet w Wigilię nie przegapią okazji do zrobienia dobrego interesu.
Nie będę tu mówić o krytyce ówczesnego społeczeństwa brytyjskiego, które Dickens również zawarł w tym opowiadaniu, gdyż skupiałam się głównie na przesłaniu dotyczącym świąt - aby się cieszyć i jednać z innymi ludźmi, bo to święta radości, nadziei i dobrej woli. Dickens przypomina także, aby nie zagłuszać w sobie dziecka, bo to właśnie dzieci najbardziej przeżywają ten świąteczny czas, potrafią dostrzec w nim magię i niezwykłość, której brakuje nam na co dzień. Nie na darmo Scrooge cofa się najpierw do przeszłości aby przypomnieć sobie, jak to jest być niewinnym i „nieskażonym” jeszcze dzieckiem, istotą która potrafi patrzeć sercem i szczerze zachwycać się magią Świąt Bożego Narodzenia.

Moja ocena: 4/6 


Właśnie o takim dziecięcym spojrzeniu na Święta opowiada drugi przeczytany przeze mnie utwór „Bergkristall” Adalberta Stiftera, czołowego reprezentanta epoki biedermeierowskiej. Opowiadanie to pochodzi z tego samego okresu, co „Opowieść wigilijna”(zostało napisane w 1845 roku) i ukazało się kilka lat później w zbiorze „Bunte Steine” ("Kolorowe kamienie"), zawierającym opowiadania, których tytuły noszą nazwy różnych kamieni (Bergkristall – kryształ górski, Kalkstein – wapień, Granit – granit, Turmalin – turmalin itd.).
Jest to piękna historia o dwójce dzieci, które w wigilijny wieczór wyruszają do sąsiedniej wioski aby zanieść swoim dziadkom świąteczne dary. W drodze powrotnej rodzeństwo gubi drogę wśród śniegu i znajduje schronienie w skalnej grocie. Tam Konrad i Sanna przeczekują śnieżną zawieruchę i dostrzegają pewnym momencie zorzę polarną. Mała Sanna, nie znając tego zjawiska, jest przekonana, że to sam pan Jezus się jej ukazał. Nad ranem dzieci postanawiają poszukać drogi do domu i natrafiają na mieszkańców wioski, którzy wyruszyli na ich poszukiwanie. Szczęśliwy powrót dzieci do domu wprowadza do wioski prawdziwie świąteczny nastrój: matka z dziećmi była do tej pory postrzegana przez innych mieszkańców jako obca (przeprowadziła się tu z sąsiedniej wsi) a po tym incydencie w wigilijny wieczór, na znak pojednania i solidarności z innymi ludźmi, odruchami tak ważnymi szczególnie w Święta, rodzina zostaje zaakceptowana przez mieszkańców i „włączona” do wiejskiej społeczności.
Siłą tego opowiadania są przede wszystkim opisy wszechpotężnej przyrody, które nabierają szczególnej mocy widziane z perspektywy dzieci. Jeśli ktoś nie lubi takich opisów, niech się lepiej nie bierze za czytanie, tym bardziej że zdania są bardzo długie (czasem na pół strony i więcej) a jak czyta się w oryginale to dochodzi maksymalne skupienie, bo czasownika spodziewać się możemy zwykle dopiero na szarym końcu takiego tasiemcowego zdania… ;-) Przyroda odgrywa tu jednak ważną rolę, gdyż odzwierciedla estetyczny program Stiftera, relatywizujący znaczenie gwałtownych i cichych, prawie niezauważalnych zjawisk przyrody. To co nagłe, gwałtowne, szybkie (uderzenie pioruna, burza, trzęsienie ziemi) Stifter uważa za mniej ważne od tego, co dzieje się jakby niezauważone (wiejący wietrzyk, szum płynącego strumyka, rosnące drzewa, powiększające się góry itp.), bo właśnie to co przez lata urasta w siłę i dzieje się nieprzerwanie ma większą moc i znaczenie. Czytając o majestatycznych, nieprzeniknionych w swym ogromie górach, w których gubią się Konrad i Sanna, bardzo wyraźnie to widać. Natura potrafi być bardzo niebezpieczna ale i niezwykle piękna w swym budzącym respekt majestacie.
Również w „Bergkristall” patrzymy na Boże Narodzenie oczami dziecka. Mała Sanna potrafi dostrzec w zorzy polarnej, pięknym zjawisku świetlnym, małego Jezusa, potrafi poddać się magii świątecznej atmosfery, jej wyjątkowości i czarowi. Nie utraciła jeszcze umiejętności widzenia cudów, które właśnie w wigilijny wieczór mają największe szanse na spełnienie.

Moja ocena: 4/6
Mircea Cărtărescu - Dlaczego kochamy kobiety

Mircea Cărtărescu - Dlaczego kochamy kobiety


Na nazwisko Cărtărescu natknęłam się przypadkiem na blogu Chihiro, która recenzując jego "Nostalgię" nazwała ją jedną z ważniejszych powieści jej życia. A że należę do osób ciekawych świata i jestem otwarta na nowe doświadczenia czytelnicze (wcześniej nie miałam do czynienia z literaturą rumuńską), postanowiłam mieć tego autora na uwadze. Lubię sięgać po autorów, którzy w jakiś sposób wpłynęli na innych ludzi, lubię konfrontować ich poglądy z moimi. Okazja do zapoznania się z twórczością tego pisarza nadarzyła się niespodziewanie szybko, gdyż podczas którejś z wizyt w osiedlowej bibliotece natknęłam się na półce z nowościami na zbiór krótkich form prozatorskich Cărtărescu "Dlaczego kochamy kobiety".

Na zbiór składa się kilkanaście króciutkich felietonów, które Cărtărescu pisał do różnych czasopism (m.in. Elle) i w których autor opisuje swoje doświadczenia z kobietami na różnych etapach życia. Bardzo podobało mi się, że Cărtărescu potrafi uchwycić to szczególne kobiece piękno (czy to fizyczne czy duchowe) i że szuka tajemnicy tkwiącej w tych istotach w każdej napotkanej kobiecie, niezależnie od tego czy była mu ona bliska czy spotkał ją tylko przelotnie. Każdej poświęca chwilę uwagi i stara się dotrzeć do głębi jej duszy, by odnaleźć kolejny argument na stwierdzenie zawarte w tytule książki.

Nie jest to wielka literatura, zresztą może już o tym świadczyć sam fakt zebrania tutaj krótkich felietonów pisanych do czasopism kobiecych, ale ma w sobie coś przyciągającego i myślę, że dobrze jest poświęcić Cărtărescu kilka spokojnych wieczorów w domowym zaciszu zamiast czytać go w głośnym i zatłoczonym autobusie/tramwaju, bo możemy wiele z tej niepozornej prozy stracić. Czytając te króciutkie formy w pośpiechu czy dla zabicia czasu podczas długiej podróży, kiedy to czytane słowa wylatują z naszego umysłu chwile po tym jak do niego wpadły, możemy zwyczajnie nie dostrzec paru godnych uwagi elementów charakterystycznych dla stylu Cărtărescu. Nawet z tych krótkich form prozatorskich wyłania się charakterystyczna (jak mniemam) dla twórczości tego pisarza pewna doza tajemnicy i oniryzmu, które jak delikatny, półprzezroczysty woal spowijają jego słowa a wszystko to okraszone zostało dodatkowo szczyptą lekko ironicznego poczucia humoru.

Mnie najbardziej przypadły do gustu teksty: "Irish Cream" (gwarantuję, że nieźle się uśmiejecie czytając, na kogo natknął się autor w łóżku swojego apartamentu na zjeździe z tłumaczami jego dzieł w jednym z zamków Irlandii), "Zarada" o cygańskiej miłości, "Złota bomba" o tajemniczej, hipnotyzującej piękności na plaży, "Spotkanie w Turynie" o fascynacji autora karłowatą panią przewodnik po lokalnym muzeum, "Papierowy diabeł" o nieszczęśliwej miłości nastolatka oraz "Wielki Sincu" o kółku językoznawców, gdzie pojawia się ważne dla światowego językoznawstwa nazwisko Ferdinand de Saussure, które wywołało we mnie wiele wspomnień z moich własnych studiów - przede wszystkim mąk jakie przechodzą studenci na zajęciach z językoznawstwa zastanawiając się, o co chodzi z tym strukturalizmem i po co im to w ogóle (myślę, że filologowie będą wiedzieć, o czym piszę! :-))) Pozdrawiam Was serdecznie!)

W ostatnim rozdziale książki Cărtărescu wymienia powody, dla których kochamy kobiety. Do mnie najbardziej przemówił ten:

"Ponieważ z nich powstaliśmy i do nich wracamy, a nasz umysł krąży nieustannie niczym przyciężkawa planeta, tylko wokół nich."1
Jak już wcześniej wspominałam nie jest to wielka literatura ale uważam, że Cărtărescu jest pisarzem godnym uwagi i warto mu się przyjrzeć choćby pod postacią tych króciutkich tekstów, ponieważ można w nich wyczuć charakterystyczny dla autora klimat. Warto poświęcić mu kilka wieczorów w ciszy i spokoju i dać się wciągnąć w jego półsenny, owiany tajemnicą świat.

Chciałabym w tym miejscu również pochwalić Wydawnictwo Czarne za trud wkładany w propagowanie mało popularnej u nas literatury z praktycznie nieznanych nam (przynajmniej z literackiej strony) krajów. Z pewnością sięgnę po inne książki z serii Inna Europa, inna literatura.

P.S. I muszę przyznać, że Cărtărescu rozbudził mój apetyt na literaturę rumuńską :) Buszując ostatnio w bibliotece poszukałam działu z w/w literaturą i ku mojej uciesze jest cała jedna półka. Może to i niewiele, ale zawsze coś :)

Moja ocena: 4/6

[1] Mircea Cărtărescu "Dlaczego kochamy kobiety", Wyd. Czarne, Wołowiec 2008, str. 169

autor: Mircea Cărtărescu
tytuł: Dlaczego kochamy kobiety
tytuł oryginału: De ce iubim femeile 
tłumaczenie: Joanna Kornaś - Warwas
wydawca: Wydawnictwo Czarne  
liczba stron: 174

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger