Wigilijne historie

Wigilijne historie


Mimo iż w czasie Świąt nie miałam za dużo czasu (a przede wszystkim odpowiednich warunków) na czytanie, udało mi się sięgnąć po dwa typowo wigilijne opowiadania, które pomogły mi wczuć się w świąteczną atmosferę.
Pierwszym z nich jest „Opowieść wigilijna” Karola Dickensa, chyba najsłynniejsza nowela kojarząca się z Bożym Narodzeniem. Czytałam ją wiele lat temu, oglądałam również kilka adaptacji filmowych, niestety czas robi swoje i już niewiele z nich pamiętałam.
Tę podzieloną na 5 części opowieść o samolubnym i chciwym Ebenezerze Scroogu, który nie znosi Świąt Bożego Narodzenia i swoją postawą i charakterem reprezentuje wszystko, co stoi w opozycji do cech i uczuć kojarzących się z tym szczególnym okresem w roku, czyta się szybko i przyjemnie a co najważniejsze – ta napisana ponad 150 lat temu nowela (pochodzi z 1843r.) nie straciła nic na aktualności. W dzisiejszych czasach też możemy spotkać takie niemiłe typy jak Ebenezer Scrooge, siedzący wiecznie w swoich biurach i myślący tylko o tym jak się wzbogacić i którzy nawet w Wigilię nie przegapią okazji do zrobienia dobrego interesu.
Nie będę tu mówić o krytyce ówczesnego społeczeństwa brytyjskiego, które Dickens również zawarł w tym opowiadaniu, gdyż skupiałam się głównie na przesłaniu dotyczącym świąt - aby się cieszyć i jednać z innymi ludźmi, bo to święta radości, nadziei i dobrej woli. Dickens przypomina także, aby nie zagłuszać w sobie dziecka, bo to właśnie dzieci najbardziej przeżywają ten świąteczny czas, potrafią dostrzec w nim magię i niezwykłość, której brakuje nam na co dzień. Nie na darmo Scrooge cofa się najpierw do przeszłości aby przypomnieć sobie, jak to jest być niewinnym i „nieskażonym” jeszcze dzieckiem, istotą która potrafi patrzeć sercem i szczerze zachwycać się magią Świąt Bożego Narodzenia.

Moja ocena: 4/6 


Właśnie o takim dziecięcym spojrzeniu na Święta opowiada drugi przeczytany przeze mnie utwór „Bergkristall” Adalberta Stiftera, czołowego reprezentanta epoki biedermeierowskiej. Opowiadanie to pochodzi z tego samego okresu, co „Opowieść wigilijna”(zostało napisane w 1845 roku) i ukazało się kilka lat później w zbiorze „Bunte Steine” ("Kolorowe kamienie"), zawierającym opowiadania, których tytuły noszą nazwy różnych kamieni (Bergkristall – kryształ górski, Kalkstein – wapień, Granit – granit, Turmalin – turmalin itd.).
Jest to piękna historia o dwójce dzieci, które w wigilijny wieczór wyruszają do sąsiedniej wioski aby zanieść swoim dziadkom świąteczne dary. W drodze powrotnej rodzeństwo gubi drogę wśród śniegu i znajduje schronienie w skalnej grocie. Tam Konrad i Sanna przeczekują śnieżną zawieruchę i dostrzegają pewnym momencie zorzę polarną. Mała Sanna, nie znając tego zjawiska, jest przekonana, że to sam pan Jezus się jej ukazał. Nad ranem dzieci postanawiają poszukać drogi do domu i natrafiają na mieszkańców wioski, którzy wyruszyli na ich poszukiwanie. Szczęśliwy powrót dzieci do domu wprowadza do wioski prawdziwie świąteczny nastrój: matka z dziećmi była do tej pory postrzegana przez innych mieszkańców jako obca (przeprowadziła się tu z sąsiedniej wsi) a po tym incydencie w wigilijny wieczór, na znak pojednania i solidarności z innymi ludźmi, odruchami tak ważnymi szczególnie w Święta, rodzina zostaje zaakceptowana przez mieszkańców i „włączona” do wiejskiej społeczności.
Siłą tego opowiadania są przede wszystkim opisy wszechpotężnej przyrody, które nabierają szczególnej mocy widziane z perspektywy dzieci. Jeśli ktoś nie lubi takich opisów, niech się lepiej nie bierze za czytanie, tym bardziej że zdania są bardzo długie (czasem na pół strony i więcej) a jak czyta się w oryginale to dochodzi maksymalne skupienie, bo czasownika spodziewać się możemy zwykle dopiero na szarym końcu takiego tasiemcowego zdania… ;-) Przyroda odgrywa tu jednak ważną rolę, gdyż odzwierciedla estetyczny program Stiftera, relatywizujący znaczenie gwałtownych i cichych, prawie niezauważalnych zjawisk przyrody. To co nagłe, gwałtowne, szybkie (uderzenie pioruna, burza, trzęsienie ziemi) Stifter uważa za mniej ważne od tego, co dzieje się jakby niezauważone (wiejący wietrzyk, szum płynącego strumyka, rosnące drzewa, powiększające się góry itp.), bo właśnie to co przez lata urasta w siłę i dzieje się nieprzerwanie ma większą moc i znaczenie. Czytając o majestatycznych, nieprzeniknionych w swym ogromie górach, w których gubią się Konrad i Sanna, bardzo wyraźnie to widać. Natura potrafi być bardzo niebezpieczna ale i niezwykle piękna w swym budzącym respekt majestacie.
Również w „Bergkristall” patrzymy na Boże Narodzenie oczami dziecka. Mała Sanna potrafi dostrzec w zorzy polarnej, pięknym zjawisku świetlnym, małego Jezusa, potrafi poddać się magii świątecznej atmosfery, jej wyjątkowości i czarowi. Nie utraciła jeszcze umiejętności widzenia cudów, które właśnie w wigilijny wieczór mają największe szanse na spełnienie.

Moja ocena: 4/6
Mircea Cărtărescu - Dlaczego kochamy kobiety

Mircea Cărtărescu - Dlaczego kochamy kobiety


Na nazwisko Cărtărescu natknęłam się przypadkiem na blogu Chihiro, która recenzując jego "Nostalgię" nazwała ją jedną z ważniejszych powieści jej życia. A że należę do osób ciekawych świata i jestem otwarta na nowe doświadczenia czytelnicze (wcześniej nie miałam do czynienia z literaturą rumuńską), postanowiłam mieć tego autora na uwadze. Lubię sięgać po autorów, którzy w jakiś sposób wpłynęli na innych ludzi, lubię konfrontować ich poglądy z moimi. Okazja do zapoznania się z twórczością tego pisarza nadarzyła się niespodziewanie szybko, gdyż podczas którejś z wizyt w osiedlowej bibliotece natknęłam się na półce z nowościami na zbiór krótkich form prozatorskich Cărtărescu "Dlaczego kochamy kobiety".

Na zbiór składa się kilkanaście króciutkich felietonów, które Cărtărescu pisał do różnych czasopism (m.in. Elle) i w których autor opisuje swoje doświadczenia z kobietami na różnych etapach życia. Bardzo podobało mi się, że Cărtărescu potrafi uchwycić to szczególne kobiece piękno (czy to fizyczne czy duchowe) i że szuka tajemnicy tkwiącej w tych istotach w każdej napotkanej kobiecie, niezależnie od tego czy była mu ona bliska czy spotkał ją tylko przelotnie. Każdej poświęca chwilę uwagi i stara się dotrzeć do głębi jej duszy, by odnaleźć kolejny argument na stwierdzenie zawarte w tytule książki.

Nie jest to wielka literatura, zresztą może już o tym świadczyć sam fakt zebrania tutaj krótkich felietonów pisanych do czasopism kobiecych, ale ma w sobie coś przyciągającego i myślę, że dobrze jest poświęcić Cărtărescu kilka spokojnych wieczorów w domowym zaciszu zamiast czytać go w głośnym i zatłoczonym autobusie/tramwaju, bo możemy wiele z tej niepozornej prozy stracić. Czytając te króciutkie formy w pośpiechu czy dla zabicia czasu podczas długiej podróży, kiedy to czytane słowa wylatują z naszego umysłu chwile po tym jak do niego wpadły, możemy zwyczajnie nie dostrzec paru godnych uwagi elementów charakterystycznych dla stylu Cărtărescu. Nawet z tych krótkich form prozatorskich wyłania się charakterystyczna (jak mniemam) dla twórczości tego pisarza pewna doza tajemnicy i oniryzmu, które jak delikatny, półprzezroczysty woal spowijają jego słowa a wszystko to okraszone zostało dodatkowo szczyptą lekko ironicznego poczucia humoru.

Mnie najbardziej przypadły do gustu teksty: "Irish Cream" (gwarantuję, że nieźle się uśmiejecie czytając, na kogo natknął się autor w łóżku swojego apartamentu na zjeździe z tłumaczami jego dzieł w jednym z zamków Irlandii), "Zarada" o cygańskiej miłości, "Złota bomba" o tajemniczej, hipnotyzującej piękności na plaży, "Spotkanie w Turynie" o fascynacji autora karłowatą panią przewodnik po lokalnym muzeum, "Papierowy diabeł" o nieszczęśliwej miłości nastolatka oraz "Wielki Sincu" o kółku językoznawców, gdzie pojawia się ważne dla światowego językoznawstwa nazwisko Ferdinand de Saussure, które wywołało we mnie wiele wspomnień z moich własnych studiów - przede wszystkim mąk jakie przechodzą studenci na zajęciach z językoznawstwa zastanawiając się, o co chodzi z tym strukturalizmem i po co im to w ogóle (myślę, że filologowie będą wiedzieć, o czym piszę! :-))) Pozdrawiam Was serdecznie!)

W ostatnim rozdziale książki Cărtărescu wymienia powody, dla których kochamy kobiety. Do mnie najbardziej przemówił ten:

"Ponieważ z nich powstaliśmy i do nich wracamy, a nasz umysł krąży nieustannie niczym przyciężkawa planeta, tylko wokół nich."1
Jak już wcześniej wspominałam nie jest to wielka literatura ale uważam, że Cărtărescu jest pisarzem godnym uwagi i warto mu się przyjrzeć choćby pod postacią tych króciutkich tekstów, ponieważ można w nich wyczuć charakterystyczny dla autora klimat. Warto poświęcić mu kilka wieczorów w ciszy i spokoju i dać się wciągnąć w jego półsenny, owiany tajemnicą świat.

Chciałabym w tym miejscu również pochwalić Wydawnictwo Czarne za trud wkładany w propagowanie mało popularnej u nas literatury z praktycznie nieznanych nam (przynajmniej z literackiej strony) krajów. Z pewnością sięgnę po inne książki z serii Inna Europa, inna literatura.

P.S. I muszę przyznać, że Cărtărescu rozbudził mój apetyt na literaturę rumuńską :) Buszując ostatnio w bibliotece poszukałam działu z w/w literaturą i ku mojej uciesze jest cała jedna półka. Może to i niewiele, ale zawsze coś :)

Moja ocena: 4/6

[1] Mircea Cărtărescu "Dlaczego kochamy kobiety", Wyd. Czarne, Wołowiec 2008, str. 169

autor: Mircea Cărtărescu
tytuł: Dlaczego kochamy kobiety
tytuł oryginału: De ce iubim femeile 
tłumaczenie: Joanna Kornaś - Warwas
wydawca: Wydawnictwo Czarne  
liczba stron: 174

Urlop!

Urlop!

No i się doczekałam! Od dziś do końca roku mam wolne! :)

Do poniedziałku nie zamierzam wyściubiać nosa z domu, chyba że będzie to absolutnie konieczne! (jak patrzę na termometr za oknem pokazujący -15°C to aż mnie ciarki przechodzą, brrr). Na początku tygodnia ma się ocieplić, więc dopiero wtedy ewentualnie wyjdę z nory ;-)

Zapas herbatek, kocyk i nowy termofor (bo stary tak intensywnie używałam, że aż pękł ;-) ) mam przygotowane, nie pozostaje mi nic innego jak oddać się błogiej przyjemności jaką jest czytanie! :)

A czytać mam co, trochę się uzbierało tych zaległości ...

Trzeba wreszcie zmniejszyć stos gazetowy i wziąć się za książki biblioteczne ...



Te dwie wieże też cierpliwie czekają na lekturę...




A skoro koniec roku się zbliża to i za zaległe recenzje muszę się wziąć :-/

Więc...

do miłego!
 
Zdobycze biblioteczne

Zdobycze biblioteczne

Zadowolona jestem z dzisiejszej wizyty w bibliotece i to baaardzo.

Część książek jak zwykle przedłużałam - "Miasto śniących książek" Moersa i "Zapisane na ciele" Winterson nie zdążyłam przeczytać od zeszłego miesiąca a "Doktora Faustusa"... ech... to mój wielki wyrzut sumienia, bo przedłużam go tak mniej więcej od lutego... Zaczęłam wtedy czytać i utknęłam w połowie. To jest lektura zdecydowanie zimowa. Ja nie umiem czytać Manna o innej porze roku. Teraz wprawdzie już niby zima, bo grudzień mamy, ale mnie jeszcze do odpowiedniego nastroju śniegu brakuje. Choć mogę się założyć, że jak spadnie, to wymyślę jeszcze inny pretekst, by do Manna jeszcze przez jakiś czas nie wracać ... ;-)

Wreszcie dorwałam "Nigdziebądź" i "Gwiezdny Pył" Gaimana - chcę dalej poznawać twórczość tego pana mimo nieudanego pierwszego z nim spotkania (ale się zrymowało :-)) Mam nadzieję, że tym razem są to powieści raczej dla dorosłych. Skoro nie czuję jeszcze magii Świąt to może za sprawą Gaimana i jego fantastycznych światów poczuję się choć trochę magicznie? :-)

No i moja największa uciecha - wygrzebany na półce z nowościami świeżutki tom opowiadań Eileen Chang "Czerwona róża, biała róża". Już ostrzę sobie na niego i zęby i pazury ;-D

Jak widać na załączonym zdjęciu mam strawę i dla ciała i dla ducha, więc nie pozostaje mi nic innego jak zatopić się w lekturze...


Cytat dnia

Podczytuję sobie w wolnych chwilach "Dom nad rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej i natknęłam się ostatnio na taką oto wypowiedź głównej bohaterki, która w rozmowie z mężem na temat ich dorastającej córki, porównuje ją do rzeki:

"Marysia to już inna rzeka. Daliśmy jej wszyscy, ja, ty, Zosia, to co najlepsze, ale ona teraz płynie swoim korytem. Nie zawrócisz jej, nie pokierujesz nią. Możesz stać i patrzeć jak płynie."

Moim zdaniem - bardzo prawdziwe.
Neil Gaiman - Księga cmentarna

Neil Gaiman - Księga cmentarna


Starzeję się - do takiego wniosku doszłam po lekturze najnowszej powieści Neila Gaimana. Był to mój pierwszy kontakt z tym autorem i niestety okazał się nieporozumieniem, bo zupełnie nieświadomie sięgnęłam po jedną z jego książek dla dzieci i młodzieży. Gdybym od samego początku wiedziała, że "Księga cmentarna" jest przeznaczona dla młodszych czytelników, nie rzuciłabym się na nią łakomie w bibliotece tylko poczekałabym aż ktoś odda wreszcie "Chłopaków Anansiego" czy "Amerykańskich bogów" czyli pozycje napisane przez Gaimana dla dorosłego odbiorcy. Bo niestety jego najnowsza powieść młodzieżowa okazała się być dla mnie zbyt prosta i to zarówno pod względem fabuły jak i stylistyki (a może to wina tłumaczenia? Choć wątpię...).

Historia zapowiada się bardzo obiecująco: już dosłownie na pierwszych stronach dowiadujemy się, że brutalnie zamordowano pewną rodzinę i tylko przez przypadek udało się jej najmłodszemu członkowi - raczkującemu niemowlęciu, którego imienia nie znamy, uciec mordercy. Malec słysząc hałas w domu i widząc otwarte na oścież drzwi wejściowe postanowił urządzić sobie po prostu mały spacer i dotarł na cmentarz, gdzie duchy zmarłych mieszkańców miasta ratują go przed biegnącym tropem malucha mordercą i postanawiają zaopiekować się sierotą. Niemowlak otrzymuje od swoich nowych rodziców imię Nikt (w skrócie Nik) i zadomawia się powoli na starym cmentarzu wśród życzliwych mu jego mieszkańców. W dalszych rozdziałach książki czytamy o przeróżnych przygodach Nika (który z każdym rozdziałem staje się coraz starszy) i jego życiu na cmentarzu jako jedyny śmiertelnik wśród duchów. Im bardziej zbliżamy się do końca powieści, tym więcej szczegółów dowiadujemy się o Jacku - mordercy i tajemniczej organizacji, do której należy. W ostatnim rozdziale dochodzi do ostatecznego starcia między Nikiem a mordercą jego rodziny.

Język powieści nie należy do skomplikowanych (fabuła zresztą też), ale ok, to jest książka dla dzieci i młodzieży, więc trudno wymagać od niej skomplikowanego stylu czy bardzo zawiłych wątków. Co mnie jednak najbardziej denerwowało, to graniczące wręcz z ignorancją nastawienie autora wobec pewnych zdarzeń, które opisuje. Przykład: w jednym z rozdziałów Nik udaje się wraz ze swoją przyjaciółką czarownicą Lisą do pewnego sklepu z antykami, gdzie chce sprzedać znalezioną przez siebie starożytną broszkę, jednak przyjaciele zostają tam podstępem zaryglowani w jednym z pomieszczeń. Udaje im się uciec, lecz zanim opuszczą sklep, Nik znajduje na jednym ze stolików wizytówkę mordercy Jacka, na której odwrocie jest wyjaśnione, co należy zrobić aby skontaktować się z Jackiem (niestety autor nie wyjawia przed czytelnikiem, cóż takiego należałoby zrobić). Nik chce wziąć ze sobą wizytówkę, na co Lisa nieomalże histerycznie wykrzykuje: nie, nie możesz tego zrobić! Dlaczego Nik nie może (nie powinien?) tego zrobić, też nie jest wyjaśnione. Tylko tyle: on nie może tego zrobić, kropka. Być może młodszym czytelnikom w zupełności wystarcza takie wyjaśnienie, ale dla mnie to stanowczo za mało. Odebrałam to jak zwyczajne spławienie mnie byle czym. Czyżby Gaimanowi zabrakło pomysłu? Było mu po prostu wygodniej zostawić to on-nie-może-tego-zrobić bez dalszych wyjaśnień? Uważał to za zbędne? Niepotrzebne?

Pod koniec powieści napięcie znowu wzrasta, kiedy na arenie wydarzeń ponownie pojawia się Jack i wpada na trop Nika, ale to nie ratuje książki w moich oczach, bo między tymi dwoma kulminacjami napięć (na samym początku i pod koniec) zieje prawie 200-stronicowa nuda.

Na marginesie warto wspomnieć, że w ostatnim rozdziale akcja toczy się m.in. w Smoczej Jamie na krakowskim Wawelu. :)

Moja ocena: 2/6

autor: Neil Gaiman
tytuł: Księga cmentarna
tytuł oryginału: The Graveyard Book 
tłumaczenie: Paulina Braiter
wydawca: Wydawnictwo MAG
liczba stron: 286

Wracam z małym stosikiem :)

Wracam z małym stosikiem :)

Nie było mnie jakiś czas - borykam się ostatnio z różnymi problemami, załatwiam tysiąc spraw i snuję nowe plany, które powolutku usiłuję wprowadzić w życie. A że nie da się robić dziesięciu rzeczy na raz, to blog musiał chwilowo pójść w odstawkę. Zresztą i tak mało ostatnio czytam, więc i pisać nie bardzo było o czym. Mam jednak kilka zaległych recenzji, które postaram się wrzucić tu w najbliższych dniach i mam nadzieję, że wreszcie skończę z tym blogowym zastojem :)

Tymczasem wklejam skromne nabytki z ostatnich tygodni:

Dalsze części kolekcji Lema z Wyborczej

"Tristan 1946" Kuncewiczowej i "Oksana" Odojewskiego z kolekcji Polityki

"Pamiętniki Jane Austen" można było dostać gratis od Wydawnictwa Otwartego, cieszę się, że załapałam się na tę akcję :)

"Hinduska miłość" i najnowszy Zafon kupione pod wpływem chwili w Biedronce ;-)

Natomiast "Primavera" Mary Jane Beaufrand to moja wygrana z "Bluszcza" ... Najnowszej Oates nie dostałam, bo sponsor nawalił. Cóż, zdarza się ... Cieszę się jednak, że cokolwiek dostałam :)

Wygrałam!!!

Przed chwilą dostałam smsa, że wygrałam książkę w konkursie miesięcznika "Bluszcz"! :D

To już po raz trzeci! Dwie pierwsze wygrane to "Hohaj" Elisabeth Rynell oraz "Skugga Baldur. Opowieść islandzka" Sjon'a. Nie pamiętam, co było tym razem do wygrania, jak przyjdę do domu z pracy to sprawdzę. Ale podejrzewam, że najnowsza powieść Joyce Carol Oates "Moja siostra, moja miłość".

Będę miała ciut spóźniony prezent urodzinowy :)
Doris Lessing - O kotach

Doris Lessing - O kotach


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Doris Lessing wypadło bardzo na jej niekorzyść. Przeczytawszy "Piąte dziecko" stwierdziłam, że chyba podaruję sobie inne jej powieści. I dobrze, że słowa nie dotrzymałam, bo wtedy nie trafiłabym na tę niewielką objętościowo, uroczą książeczkę.

Doris Lessing opowiada w niej o swoich kotach - wpierw na farmie w Rodezji a potem po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii. Jej uwaga skupia się przede wszystkim na dwóch kotach - szarym i czarnym i to o ich perypetiach czytamy przez ponad pół książki.

Ciekawe jest to, że ani razu nie pada żadne kocie imię; jest kot szary i kot czarny, kot w tygrysie pasy, kot nakrapiany, biały, brązowy itd. Nie wiem, czemu miał służyć ten zabieg, czyżby pokazaniu swego dystansu wobec tych istot, których zwyczaje i charakter autorka wydaje się dobrze znać ale mimo wszystko czuje wobec nich pewien respekt i niemożność odkrycia wszystkich kocich tajemnic? Niechęć do nadania dzikiej istocie imienia i tym samym do całkowitego "udomowienia" jej, bo jest to po prostu niemożliwe? Ale mniejsza z tym, brak imion nie przeszkadza, a śledzenie zwyczajów i zabaw tej dwójki jest naprawdę wciągające. Ale nie tylko to, bo Lessing patrząc z boku na życie jej małych przyjaciół, pokazuje jakimi inteligentnymi stworzeniami są koty, których zachowania przypominają czasem te ludzkie oraz że każdy kot to osobna indywidualność, prawie tak jak człowiek.

Doris Lessing
I co najdziwniejsze - po lekturze tej cieniutkiej książeczki ja, która do kotów nie pałała zbytnią sympatią nagle gorąco zapragnęłam mieć jednego! :)

Cieszę się, że pomimo wcześniejszej urazy do twórczości Doris Lessing przełamałam się i sięgnęłam po jej kocie opowieści. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to książeczka, w której nie ma się co doszukiwać głębszych przesłań (jeżeli w ogóle jakichkolwiek), to takie czytadełko na jeden wieczór nie mające nic wspólnego z tematyką poruszaną przez Lessing w jej głównej twórczości.

Z pewnością sięgnę jeszcze po inne powieści noblistki, by przekonać się, czy sposób jej pisania rzeczywiście mi nie odpowiada ("O kotach" czytałam po niemiecku, więc i moje patrzenie na styl było trochę inne niż w przypadku czytania tekstu w języku ojczystym) i czy "Piąte dziecko" było tylko jednorazowym niewypałem.

Moja ocena: 4/6

autor: Doris Lessing
tytuł: O kotach
tytuł oryginalny: On cats
tłumaczenie: Anna Bańkowska
wydawca: Prószyński i S-ka
liczba stron: 191

Markus Zusak - Złodziejka książek

Markus Zusak - Złodziejka książek


Przyznaję bez bicia, że po studiach (germanistyka + specjalizacja z okresu III Rzeszy i Holokaustu) wykształciło się we mnie coś w rodzaju niechęci do tematów oscylujących wokół nazistów i eksterminacji Żydów. Chociaż niechęć to może zbyt mocne słowo, chodzi tu raczej o przesyt tematem. Przez dwa ostatnie lata studiów zajmowałam się praktycznie do znudzenia nazizmem, Żydami, gettami, obozami koncentracyjnymi etc., czego konsekwencją jest lekkie wzdraganie się, gdy słyszę, że i w fikcyjnych historiach będę miała z tym tematem do czynienia. Ponieważ jednak książka Markusa Zusaka stała się - nie tylko w Polsce zresztą - bestsellerem i ze wszystkich stron polecano mi ją gorąco, bez namysłu po nią sięgnęłam, gdy tylko ujrzałam ją na bibliotecznej półce z nowościami.

Fabuła nie jest skomplikowana: Liesel Meminger, mała dziewczynka, której rodzice "przepadli" w niewyjaśnionych okolicznościach (nie zostało dokładnie powiedziane co się z nimi stało, ale jako że akcja powieści dzieje się w III Rzeszy a ojciec Liesel był komunistą, to łatwo można się domyślić, co), zostaje adoptowana przez Rosę i Hansa Hubermannów mieszkających w Molching, małej miejscowości nieopodal Dachau. Liesel od samego początku wykazuje wielką miłość do książek, które jest gotowa nawet ukraść, byle by tylko mieć możliwość kontaktu ze słowem pisanym. Kiedy pewnego dnia u Hubermannów pojawia się Żyd, którego rodzina postanawia ukryć w piwnicy, życie Liesel zacznie się nieodwołalnie zmieniać a nasza bohaterka otrzyma nieocenioną lekcję, co się w życiu tak naprawdę liczy. A wszystko to zostanie nam opowiedziane przez Śmierć we własnej osobie.

Miałam z tą książką mały problem. Cały czas podczas czytania zadawałam sobie pytanie: dla jakiej grupy wiekowej przeznaczona jest ta powieść? W Polsce została ona wydana przez Naszą Księgarnię - wydawnictwo specjalizujące się w publikowaniu książek dla dzieci i młodzieży a i w internecie znalazłam informacje, że powieść Zusaka mogą czytać młodzi od 12. roku życia.
Hm ... wątpię czy 12-13-latkowie mają jakieś pojęcie o nazizmie i holokauście. Tzn., pewnie wiedzą, że holokaust oznacza masowe mordowanie narodowości Żydowskiej w okresie III Rzeszy, ale mnie zastanawia, czy oni będą w stanie NAPRAWDĘ ZROZUMIEĆ opisaną tu historię i przede wszystkim jej przesłanie. To ostatnie mianowicie krąży wokół siły książek, które w ciężkich czasach potrafią przenieść nas w inny, lepszy świat i pomagają nam przetrwać trudną sytuację ale przede wszystkim autor wskazuje na siłę słowa samego w sobie, abyśmy wiedzieli, jakie konsekwencje może nieść za sobą używanie (i przede wszystkim NADużywanie) języka. Co naziści zrobili z językiem, wie każdy dorosły ale dzieci i młodzież? Czy 12-latek wie, na czym polegała propaganda? Czy 12-latek wie, jakie konsekwencje niosła za sobą odmowa przystąpienia do NSDAP, HJ czy BDM? Czy wie, co kryło się pod nazwą Ordensburg? Ja jako dorosła (i akurat obeznana w temacie) osoba wiem to wszystko, ale taki przeciętny nastolatek? Co ciekawe, narrator często zwraca się do czytelnika słowami: Liesel wtedy jeszcze nie wiedziała, co się stanie ale wy kochani czytelnicy wiecie to dobrze, bo posiadacie potrzebną wiedzę.
Czyżby? Jestem przekonana, że są i tacy, którzy na temat holokaustu nie dysponują nawet podstawową wiedzą.

Mimo wszystko trzeba przyznać, że przesłanie powieści jest naprawdę piękne i podczas lektury przypomniała mi się nawet moja ukochana "Madame" Antoniego Libery (trochę podobne przesłanie, choć inne tło historyczne). Czytanie przygotowuje grunt pod moralny rozwój dziecka i uczy je języka, aby mogło nie tylko zrozumieć innych ludzi ale przede wszystkim wyrazić samo siebie. Także historia niezwykłej przyjaźni między Liesel a Żydem Maxem ma ogromne znaczenie, bo pokazuje jak ważny w życiu jednego człowieka jest drugi człowiek.

Całą wymowę powieści widać dokładnie w krótkim opowiadaniu, które Max napisał kiedyś dla Liesel a scena pochodu przez miasto, w której Max kieruje się wraz z innymi Żydami pod nadzorem nazistów do obozu w Dachau i Liesel rozpoznawszy go w tłumie, podbiega go niego i odzywa się do niego cytując słowa z napisanego dla niej przez Maxa opowiadania jest najpiękniejszą i najbardziej wzruszającą sceną tej powieści (i tak szczerze mówiąc chyba w literaturze w ogóle). Nawet teraz kiedy sobie ją przypominam i o niej piszę, napływają mi łzy do oczu.

Nie wiedziałam jak wysoko mam ocenić tę powieść. Niestety ma dłużyzny a i prosty język nie do końca mi odpowiadał. Owszem czyta się płynnie, tu i ówdzie można napotkać ironiczny ton, który stwarza dystans do opisywanego okrucieństwa wojny ale czegoś mi jednak brakowało. Jednak gdy skończyłam czytać, uświadomiłam sobie, że prosty język to celowy zabieg a długie zdania i kwiecisty styl byłyby w przypadku tej powieści nie na miejscu, bo to właśnie prostota czyni tę historię wzruszającą i zapadającą w pamięć.

Moja ocena: 5/6

autor: Markus Zusak
tytuł: Złodziejka książek
tytuł oryginału: The Book Thief 
tłumaczenie: Hanna Baltyn - Karpińska
wydawca: Nasza Księgarnia
liczba stron: 496

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger