Oscar Wilde - Portret Doriana Graya

Oscar Wilde - Portret Doriana Graya



Co za książka! I kolejny dowód na to, że warto czytać klasykę!
To druga z lektur (po "Frankensteinie" Mary Shelley), po którą sięgnęłam pod wpływem serialu "Penny Dreadful". Najsłynniejsza powieść Oscara Wilde'a chodziła za mną już od wielu lat, byłam nawet święcie przekonana, że posiadam w swoich zbiorach egzemplarz z wyd. Zielona Sowa (możecie sobie wyobrazić, jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że jednak go nie mam 😲). Od zawsze fascynowała mnie historia człowieka, który chciał się stać nieśmiertelny i zachować młodość a wszystkie jego grzechy i podłe uczynki miały odzwierciedlać się na jego portrecie namalowanym przez zaprzyjaźnionego malarza.
Muszę przyznać, że powieść nie porwała mnie od razu. Początek wydał mi się śmiertelnie nudny i przegadany a praktycznie znikoma akcja tylko pogłębiała moją niechęć do dalszego czytania. Przez trzy miesiące przedłużałam książkę w bibliotece próbując zmusić się do dalszej lektury. W końcu postanowiłam, że muszę ją skończyć do końca stycznia i basta! I właśnie wtedy dotarłam do momentu, w którym obraz zaczął się zmieniać. Akcja wyraźnie przyspieszyła a ja chłonęłam stronice z wypiekami na twarzy. Całość skończyłam w tydzień.
Wilde zawarł w tej powieści swoją koncepcję sztuki - wolnej od wszelkich ograniczeń i konwenansów, niczym nie ograniczonej i nie skrępowanej. Poza tym "Portret Doriana Graya" jest skarbnicą błyskotliwych powiedzonek i złotych myśli, które wylewają się z co drugiej strony.
No i to zakończenie! Chyba najlepsze, z jakim spotkałam się w literaturze.
Polecam po stokroć!

Moja ocena: 5/6

autor: Oscar Wilde
tytuł: Portret Doriana Graya
tytuł oryginału: The portrait of Dorian Gray
tłumaczenie: Marek Król 
wydawnictwo: Mediasat Poland
liczba stron: 219

Jakość życia. Jak być w zgodzie z samym sobą - autor zbiorowy (pod red. Piotra Żaka)

Jakość życia. Jak być w zgodzie z samym sobą - autor zbiorowy (pod red. Piotra Żaka)


Ta mini książeczka była dołączona do styczniowego numeru miesięcznika Charaktery. Kupiłam z czystej ciekawości, bo była zapowiadana jako pierwszy tom nowej serii wydawniczej skupionej na tym, co tworzy jakość naszego życia.
Całość składa się z pięciu artykułów napisanych przez osoby związane ze środowiskiem psychologów/psychoterapeutów na temat budowania jakości życia, postrzegania czym ta jakość dla nas jest. Niestety artykuły pisane są dosyć sztywnym, naukowym językiem, bez emocji a tym samym bez próby wywołania w czytelniku jakichś głębszych przemyśleń. Jedynie teksty Katarzyny Hamer oraz Jacka Krzysztofowicza (bardzo lubię jego felietony na łamach Charakterów!) czytało mi się gładko, przez resztę ledwo przebrnęłam.
Myślę, że tego typu teksty mogą zainteresować osoby po studiach psychologicznych, ewentualnie takie, które na tyle interesują się psychologią od strony naukowej, że nie straszne i nie nudne będą im przytaczane wyniki badań i sondaży czy suche opisy społecznie uwarunkowanych zachowań.
Kolejnych książek z serii nie zamierzam już kupować.

Moja ocena: 3/6

autor: zbiorowy (pod red. Piotra Żaka)
tytuł: Jakość życia. Jak być w zgodzie z samym sobą
wydawnictwo: Charaktery
liczba stron:136
Richard Rohr - Stille und Mitgefühl. Gott und den Menschen finden (Milczące współ-czucie. Odnajdywanie Boga w kontemplacji)

Richard Rohr - Stille und Mitgefühl. Gott und den Menschen finden (Milczące współ-czucie. Odnajdywanie Boga w kontemplacji)




W Polsce książka ta ukazała się w wyd. Charaktery pod tytułem "Milczące współ-czucie. Odnajdywanie Boga w kontemplacji", ja przeczytałam wersję niemieckojęzyczną. Książka nie do końca okazała się być tym, czego się spodziewałam po znalezionych wcześniej wyrywkowych cytatach i fragmentach. Oczekiwałam treści skupionej na ciszy, uważności, kontemplacji w codziennym życiu ale bez nadmiernego fokusowania na kościół i wiarę katolicką. Tymczasem Rohr bardzo dużo mówi o duchowej stronie chrześcijaństwa, wskazuje na wypaczenie tego aspektu przez instytucję kościoła, zwraca uwagę na pierwotną formę tej religii i nauk Jezusa. 
Mimo iż jestem osobą niewierzącą książka wydała mi się mimo wszystko ciekawa, podobała mi się krytyczna postawa ojca Rohra wobec kościoła katolickiego, wytykanie błędów i wypaczeń jakich dopuszczano się przez stulecia wobec wiary chrześcijańskiej (zwłaszcza odłamu katolickiego). O wielu tego typu działaniach wiedziałam wcześniej ale udało mi się też wzbogacić wiedzę o kilka nieznanych mi wcześniej faktów. 
Książeczka jest krótka ale ciekawa, polecam ją Waszej uwadze jeśli interesuje Was poruszona w niej tematyka.  

Moja ocena: 4/6

autor: Richard Rohr
tytuł: Stille und Mitgefühl. Gott und den Menschen finden
tytuł oryginału: Silent compassion. Finding God in contempation
tłumaczenie: Ulrike Strerath-Bolz
wydawnictwo: Verlag Herder
liczba stron: 128
Paulo Coelho - Być jak płynąca rzeka. Myśli i impresje 1998-2005

Paulo Coelho - Być jak płynąca rzeka. Myśli i impresje 1998-2005


Kto by pomyślał, że po gigantycznym rozczarowaniu "Alchemikiem" kilka lat temu zechcę jeszcze kiedykolwiek sięgnąć po twórczość Coelho! Jak widać los bywa przewrotny i podtyka czasem pod nos książki, które pozwalają spojrzeć na nielubianych autorów nieco łaskawszym okiem.

Nie, nie stałam się nagle miłośniczką tego brazylijskiego pisarza. Ale przyznać muszę, że "Być jak płynąca rzeka", zbiór krótkich tekstów publikowanych w różnych gazetach i portalach internetowych na całym świecie, dostarczył mi kilka chwil zadumy i uśmiechu. Sporo tu tekstów typowych da Coelho - płytkich, pseudofilozoficznych ale da się wyłuskać kilka perełek - opowieści trafiających do serca, wywołujących zadumę czy przynoszących ukojenie dla skołatanych myśli.

Patrzę na świat w podobny do Coelho sposób, jednak w przeciwieństwie do niego nie ubieram mojej filozofii życia w pseudointelektualne szaty. Ogólnie rzecz biorąc książkę czytało mi się przyjemnie, okazała się dobrym czytadłem do tramwaju i przede wszystkim dała mi do zrozumienia, by nie przekreślać żadnego twórcy raz na zawsze tylko przyjmować wszystko z otwartym sercem i umysłem.

Moja ocena: 4/6

autor: Paulo Coelho
tytuł: Być jak płynąca rzeka. Myśli i impresje 1998-2005
tytuł oryginału Ser como o rio que flui... 
tłumaczenie: Zofia Stanisławska-Kocińska
wydawnictwo: Świat Książki
liczba stron: 288




Banana Yoshimoto - Kitchen/Moonlight Shadow

Banana Yoshimoto - Kitchen/Moonlight Shadow


W tym tygodniu skończyłam czytać dwa opowiadania Banany Yoshimoto i nie wiem, czy będę w stanie opisać słowami mój zachwyt prozą tej japońskiej pisarki. Skradła mi serce i duszę.

Imię Banana to pseudonim artystyczny, który powstał z uwielbienia tej japońskiej pisarki dla kwiatów bananowca. Swoje pierwsze opowiadanie Mahoko Yoshimoto stworzyła w wieku 22 lat, co jest dosyć zaskakującym faktem jak na tak dojrzale piękną i przejmująco smutną opowieść.

Tematyka „Kitchen” i „Moonlight Shadow” krąży wokół samotności, żałoby i prób radzenia sobie po stracie bliskich osób. Nie ma sensu opisywać fabuł, w opowiadaniach dzieje się niewiele, o wiele ważniejszy jest panujący w nich klimat i to, co wyłania się spomiędzy czytanych wersów. Yoshimoto tworzy niesamowity klimat, kojarzy mi się on z prozą Murakamiego. Sporo tu smutku i melancholii ale cierpienie bohaterów okraszone jest szczyptą magii zaklętej w zwykłej codzienności.

Króciutkie „Moonlight Shadow” zachwyciło mnie bardziej niż „Kitchen”, wydało się się bardziej magiczne i baśniowe (może przez tzw. fenomen Tanabaty – uwielbiam takie historie wplecione w fabułę książki! 😍💖)

Najbardziej zachwycił mnie język opowiadań - prosty a mimo to niesamowicie lekki i poetycki. Yoshimoto tworzy słowami bardzo plastyczne obrazy, które zachwycają swym pięknem i melancholią. Zaznaczę jednak, że czytałam książkę po niemiecku, więc nie wiem, czy polski przekład jest równie zachwycający.

Niemieckie wydanie zawiera na końcu bardzo ciekawy esej Giorgia Amitrano, dzięki któremu czytelnik może zapoznać się z genezą twórczości Yoshimoto oraz zrozumieć jej metodę artystycznego przekazu – co ukształtowało jej sposób pisania i w kontrze do czego stoi. Dzięki temu czytelnik jest w stanie lepiej zrozumieć przedstawiony przez autorkę model rodziny, partnerstwa czy rolę kobiety w japońskim społeczeństwie.

Banana Yoshimoto to moje wielkie odkrycie literackie tego roku, z całą pewnością zapoznam się z całą jej twórczością.

Moja ocena: 6/6 

autor: Banana Yoshimoto
tytuł: Kitchen/Moonlight Shadow
tłumaczenie: Wolfgang E. Schlecht
wydawnictwo: Diogenes
liczba stron: 208 

Elizabeth Gaskell - Północ i Południe

Elizabeth Gaskell - Północ i Południe


„O, był taki serial z Patrickiem Swayze!” – słyszę za każdym razem kiedy ktoś dowiaduje się, że czytałam „Północ i Południe”. Owszem, był taki serial na podstawie powieści Amerykanina Johna Jakesa a jego fabuła koncentrowała się na czasach wojny secesyjnej. Ja natomiast czytałam powieść dziewiętnastowiecznej brytyjskiej pisarki Elizabeth Gaskell, która w swoim dziele konfrontuje rolnicze Południe Anglii z przemysłową Północą.

Główną bohaterką powieści jest panna Margaret Hale, wychowana na południu kraju skromna i dobrze wykształcona córka pastora. W wyniku pewnych decyzji podjętych przez ojca zmuszona zostaje wraz z rodziną do przeprowadzki na północ Anglii, do przemysłowego miasta Milton, gdzie jej ojciec podjął się zawodu prywatnego nauczyciela. Zderzenie dwóch tak różnych krain geograficznych ma niemały wpływ na zdrowie i psychikę naszych bohaterów. Cierpi na tym głównie hipochondryczna moim zdaniem matka Margaret, która nie potrafi pogodzić się z klimatem panującym w nowym miejscu zamieszkania i z wolna popada w depresję. Jedynym uczniem pastora Hale’a jest John Thornton, młody dziedzic majątku i właściciel miejscowej fabryki bawełny. Margaret od samego początku nie pała sympatią do pana Thorntona, poddając w wątpliwość jego metody zatrudniania miltońskiej biedoty. On z kolei żywi względem córki swego nauczyciela bardzo ciepłe uczucia, choć wrodzona powaga i konwenanse każą mu trzymać swe serce na wodzy. Zbieg niefortunnych okoliczności oraz szereg nieporozumień ostatecznie rozdzieli tę dwójkę. Jednak wzgardzony przez Margaret John kocha i podziwia ją z daleka, nie mogąc o niej zapomnieć.


Jeżeli jesteście złaknieni (a raczej złaknione – bo przecież po tego rodzaju książki sięgają przede wszystkim kobiety) pięknej historii miłosnej, gorących uczuć, wzruszeń i dowodów wierności głównie ze strony mężczyzny, nie mogłyście trafić lepiej. „Północ i Południe” to jednostronna historia miłosna, taka gdzie to mężczyzna kocha, cierpi i tęskni do kobiety, która jego uczucia ma za nic. Ileż razy miałam ochotę porwać książkę na strzępy, ileż razy załamywałam ręce, klęłam pod nosem na Margaret i miałam ochotę wejść do powieści, potrząsnąć porządnie bohaterką i nawrzeszczeć na nią, ileż razy wzdychałam i omdlewałam czytając jak pięknie potrafi kochać taki mężczyzna jak John Thornton… A wierzcie mi, rzadko trafiam na książki, w których opisywane są uczucia mężczyzny wobec kobiety a nie odwrotnie i to opisywane tak prawdziwie i wzruszająco. Ale nie sądźcie, że macie do czynienia z jakimś tanim romansem pokroju harlequina. Elizabeth Gaskell może dumnie stanąć obok takich pisarek jak Jane Austen czy Charlotte Bronte, bo reprezentuje podobne spojrzenie na ówczesny świat i równie dobrze pisze o uczuciach targających bohaterami.

O ile z miejsca polubiłam Johna Thorntona i umieściłam go wśród moich (licznych, przyznać muszę) najukochańszych męskich bohaterów literackich, tak przez długi czas nie mogłam obdarzyć sympatią Margaret. Niby reprezentuje typ kobiety, którą lubię: jest inteligentna, oczytana, nudzą ją babskie rozmowy o fatałaszkach czy robótkach ręcznych, dużo bardziej interesują ją bieżące sprawy społeczno-polityczne, posiada własne zdanie na dany temat i nie boi się go przedstawić a jednak niemal do samego końca działała mi na nerwy. Być może winną mej niechęci była jej irytująca uległość i służalczość wobec rodziców, postawa mi zupełnie obca.



Powieść miejscami się dłuży ale generalnie czyta się ją z zainteresowaniem. Kontrast między sielskim życiem na południu a trudami egzystencji w uprzemysłowionym mieście jest przedstawiony szczegółowo, co ułatwia czytelnikowi zrozumienie całej problematyki. Jako że sama wychowałam się i mieszkam w mieście znanym z przemysłu włókienniczego, nie miałam najmniejszego problemu z odnalezieniem się w scenerii, jaką funduje nam Gaskell.
Ostatnie strony czytałam z wypiekami na twarzy, obłędem w oczach i trzepoczącym sercem - jak to wszystko się zakończy? Czy oni w końcu będą razem? Traf chciał, że akurat ostatnie rozdziały czytałam w tramwaju a z ostatniego przystanku miał mnie odebrać Luby samochodem. Wysiadłam na pętli, usiadłam na ławeczce i dopiero jak przeczytałam ostatnie zdanie dałam znać Lubemu, że może po mnie przyjechać. Niech to więc będzie dowód na to, jakie emocje wywołuje ta książka!

Na podstawie powieści powstał w 2004r serial z Richardem Armitagem w roli pana Thorntona. Jeszcze nie miałam przyjemności go obejrzeć ale już patrząc na gify w Internecie jestem w Armitagu zakochana ;-)

Moja ocena: 5/6
Ewa Błaszczyk, Agnieszka Litorowicz-Siegert - Lubię żyć

Ewa Błaszczyk, Agnieszka Litorowicz-Siegert - Lubię żyć


Zazwyczaj nie czytam książek gwiazd show-businessu. Nie interesuje mnie ich świat, zwłaszcza że większość z tych „gwiazd” nie reprezentuje sobą nic ciekawego. Z Ewą Błaszczyk jest jednak nieco inaczej. Od razu powiem, że kojarzę tylko jedną rolę aktorską pani Ewy – tą z serialu „Zmiennicy”. Polska kinematografia nie leży w kręgu moich zainteresowań, stąd też u mnie nikła wiedza w tym temacie. Wiem natomiast, że jest to aktorka lubiąca role trudne, niejednoznaczne, takie które można poddać głębokiej analizie psychologicznej.

To, co przyciągnęło mnie do pani Ewy to jej postawa życiowa po śmierci męża i wypadku córki Oli. Jak silną osobowość, jak silną nadzieję i wiarę w życie trzeba mieć by po takiej tragedii nie zwariować?

„Lubię żyć” to wywiad-rzeka z aktorką, matką i szefową fundacji „AKogo?”. O wszystkich tych życiowych rolach pani Ewa opowiada z optymizmem i wiarą, że los nie obdarzył jej ciężarem, którego nie mogłaby udźwignąć. Bije od niej spokój i pewien rodzaj ‘swojskości’, nie uświadczycie tu kapryśnej gwiazdy z przerostem ambicji. Nawet w rozmowie o ciuchach i kosmetykach daleko pani Ewie do osoby, której można przypiąć etykietkę 'próżnej damulki'.

Zaskoczeniem było dla mnie to, jak wiele mam z panią Ewą wspólnego – bardzo podobnie patrzymy na wiele spraw, mamy zbliżone podejście do życia i świata (poza kwestią wiary i religii...).

Rozmowa wzbogacona została o zdjęcia aktorki i jej rodziny z prywatnego archiwum.

Polecam Wam tę pozycję na leniwe popołudnie przy kawie czy herbacie. To nie jest książka do czytania w komunikacji miejskiej czy w kolejce do lekarza – warto poznać ją w ciszy, by móc choć na chwilę zadumać się przy lekturze.

Moja ocena: 4,5/6
Dawno nie było stosiku

Dawno nie było stosiku

No właśnie, jak w temacie :-)

Znalazłam chwilę aby obfotografować zdobycze książkowe z minionego półrocza. Większość pochodzi z wyprzedaży w Biedronce, Matrasie, na stronie wyd. Muza.




Wojciech Cejrowski - Wyspa na prerii

Wojciech Cejrowski - Wyspa na prerii


Jeszcze dwa lata temu nie przepadałam za panem Cejrowskim. „Boso przez świat” nie oglądałam (tematyka podróżnicza jakoś nigdy nie wzbudzała we mnie specjalnego zainteresowania), kojarzyłam przez mgłę jedynie „WC kwadrans”, który również nie zdobył mojej przychylności. Ogółem rzecz biorąc postać pana WC nie kojarzyła mi się dobrze. Zmieniło się to jakieś dwa lata temu za sprawą Lubego, który Cejrowskiego lubi i chętnie ogląda. Obejrzeliśmy razem kilka odcinków „Boso…” i spodobało mi się na tyle, że do dziś jeden odcinek programu towarzyszy nam zawsze podczas obiadu. Słuchamy też audycji radiowych z panem Wojtkiem, dwa razy byliśmy też na jego stand-upie (raz aż się popłakałam ze śmiechu!). Z wieloma poglądami Cejrowskiego się nie zgadzam, w wieloma zgadzam – lubię go słuchać, lubię go oglądać. A czy lubię Cejrowskiego czytać? No właśnie…

Na początku pojawił się pewien problem. Otóż Wojciech Cejrowski pisze tak jak mówi. Papla co mu ślina na język przyniesie, często zbacza z tematu albo mówi o rzeczach, które niczego do akcji nie wnoszą (w stylu: Siedzę na porczu. Nic nie robię. Siedzę i tak patrzę. Czuję się wolnym człowiekiem. Siedzę dalej….). Takie mówienie o niczym byle by mówić mocno mi działało na nerwy i w końcu zakończyło się odłożeniem książki na kilka-kilkanaście tygodni.

Wróciłam do niej kiedy zrobiło się luźniej w pracy i mogłam sobie spokojnie podczytywać ebooka. Począwszy mniej więcej od drugiej części zrobiło się już ciekawie a i narracja a la WC przestała mnie aż tak bardzo razić. Drugą połowę książki połknęłam dosyć szybko i nawet kilka razy aż łzy trysnęły mi do oczu ze śmiechu.

A o czym pan Wojtek opowiada? Ano o życiu codziennym w Arizonie – choć powinnam raczej napisać: o tym, jak przeżyć w mało przyjaznych człowiekowi warunkach panujących na prerii. Przedstawia krótką acz zawiłą historię wejścia w posiadanie małego rancza, powolne próby doprowadzenia go do stanu użyteczności (przez kilkanaście lat dom stał opuszczony) czy etapy wchodzenia w kowbojską społeczność.


Wszystko to z dużym poczuciem humoru ale i dystansem zarówno wobec siebie jak i otaczającej go rzeczywistości. Dowiecie się jak zrobić i wysuszyć pranie aby ubrań nie pokrył wszędobylski preriowy pył, jak minimalnym wysiłkiem posprzątać mieszkanie (przymocowujemy wszystko, co ma nie odfrunąć, otwieramy drzwi i okna na przestrzał a hulający dziko wiatr odwala robotę za nas), jak założyć przydomowy ogródek i dlaczego absolutnie musicie mieć przed domem trawnik, jak (świadomie lub nie) zwabić okoliczne zwierzęta, dlaczego przejechanie na drodze skunksa może skończyć się kilkudniowym ostracyzmem społecznym, skąd u wszystkich sąsiadów tabliczki z napisem ‘we don’t dial 911’ i dlaczego nawet na własnym terenie położonym gdzieś na pustkowiu nie należy poruszać się nago (to moja ulubiona historia, przy której omal nie popłakałam się ze śmiechu). A jak dodacie do tego opowieści o lokalnych dziwakach czy kawały jakimi raczą się mieszkańcy małego miasteczka, w którym Mr Gringo się osiedlił, otrzymacie książkę, która wprost genialnie poprawia humor ale i uczy dystansu do świata i różnych problemów.

Jako że czytałam ebooka nie miałam przyjemności kontaktu z – jak niesie blogerska fama – przepięknym wydaniem książki z mnóstwem zdjęć i ilustracji. Ale nadrobię to podczas najbliższej wizyty w księgarni.

I oczywiście nie mam już wątpliwości czy sięgnę po inne książki pana WC. Sięgnę i to z największą przyjemnością!

Moja ocena: 5/6
Marie Kondo - Magia sprzątania

Marie Kondo - Magia sprzątania


Zacznę od tego, czym ta książka nie jest. Na pewno nie jest to poradnik, z którego dowiemy się jak efektywnie sprzątać kuchnię czy łazienkę – tak aby poszło szybko i sprawnie. Jeśli nie wiecie czy zacząć od mycia podłogi czy może blatu kuchennego, czy najpierw wyszorować wannę czy umywalkę – skierujcie się raczej w stronę perfekcyjnej pani domu czy innych tego typu „ekspertek”. Książka Marie Kondo traktuje o zupełnie innym rodzaju sprzątania – o generalnych porządkach, podczas których pozbywacie się większości rzeczy, czego efektem jest nie tylko czyste i schludne otoczenie ale i świeży umysł plus więcej życiowej energii na co dzień (uwaga! To nie ma nic wspólnego z feng shui).

Mam z Marie Kondo wiele wspólnego. Zdobyła moją sympatię niemal od pierwszej strony, gdyż czytając o jej temperamencie i różnego rodzaju schizach ujrzałam w niej odbicie samej siebie. Jestem osobą bardzo uporządkowaną i mam hopla na punkcie organizacji przestrzeni wokół mnie, zwłaszcza pod kątem segregowania, katalogowania i przechowywania różnego rodzaju istotnych dla mnie papierów. Podobnie jak autorka mam za sobą okresy porządkowych szaleństw i terroryzowania rodziny pod tym kątem. Do wielu swoich dziwactw nie przyznaję się publicznie, aby ludzie nie wzięli mnie za wariatkę. Luby nazywa to nerwicą natręctw (może coś w tym jest) i śmieje się ze mnie dobrodusznie za każdym razem kiedy widzi kolejny mój ‘atak’.

Jednak metoda „konmari” opracowana przez autorkę nie przemawia do mnie w 100%. Według Marie Kondo „skuteczne sprzątanie obejmuje dwa niezbędne działania: wyrzucanie rzeczy i podejmowanie decyzji, gdzie pozostałe przechowywać.”[1] Zgadzam się z tym stwierdzeniem z jednym małym ‘ale’. Zagracone mieszkanie owszem najlepiej jest doprowadzić do porządku poprzez pozbycie się większości rzeczy, jednak z mojego doświadczenia wynika, że metoda selekcji ‘zadaj sobie pytanie czy dana rzecz sprawia ci radość, jeśli nie to ją wyrzuć” nie sprawdza się u wszystkich. Wyrzuciłam w swoim życiu wiele rzeczy, których pozbycia się po kilku miesiącach (a czasem nawet latach) bardzo żałowałam. Poza tym wiem już, że np. w przypadku ubrań niechodzenie w danym ciuszku przez rok wcale nie oznacza, że już mi się znudził albo przestał podobać. Wielokrotnie zdarzało się, że po tych dwóch latach leżenia ciucha w szafie nagle odkrywałam go na nowo i chodziłam w nim niemal do zdarcia. Metoda ‘konmari’ powinna być moim zdaniem uzupełniona jeszcze o umiejętność odmawiania sobie kupowania wciąż nowych przedmiotów, które zagracają nasze mieszkanie. Wtedy ma szansę na 100% powodzenie.

Nie zgadzam się także w pełni z proponowaną przez Kondo metodą przechowywania ubrań. Nie będę wchodzić w szczegóły, gdyż jest to temat na osobną (i to długą!) notkę a poza tym uważam, że każdy czytelnik powinien sam osądzić jej przydatność pod kątem własnego życia, preferencji, możliwości przestrzennych itp. Do mojego sposobu życia i organizacji przestrzeni metoda ta nie pasuje w 100% ale to nie znaczy, że nie można wyciągnąć z niej czegoś dla siebie – ja np. po lekturze jednego z rozdziałów uporządkowałam na nowo szufladę z rajstopami i tutaj muszę przyznać, że metoda pani Kondo sprawdza się wprost genialnie!



Nie byłabym prawdziwą książkoholiczką gdybym nie wspomniała tutaj o rozdziale poświęconym czystce książek. Już samo pisanie na ten temat sprawia mi ból serca ale muszę, po prostu muszę wyrazić moje oburzenie i zniesmaczenie tym, co zachwala Marie Kondo. Otóż autorka chwali się nie tylko tym, ile książek udało jej się wyrzucić na śmietnik (!!!) ale także tym, gdzie przechowuje kilka pozostałych a stoją sobie one… uwaga: na półce w szafce na buty. Nie wiem, co mam napisać, wydaje mi się, że jedynym sensownym komentarzem będzie poniższe zdjęcie:



Wyrzucanie książek do śmietnika jest dla mnie taką samą zbrodnią jak palenie ich na stosie. Przecież można je rozdać znajomym, oddać do biblioteki (także takiej ‘mobilnej’) albo do szpitala czy domu starców, gdzie ktoś na pewno się z nich ucieszy i je przeczyta. Ale wyrzucać tak po prostu do śmieci…? Brrrr, zgroza! Mam do książek nabożny stosunek, stanowią one ważną część mojego życia i – no cóż, powiedzmy to wprost – zajmują sporą powierzchnię w moim mieszkaniu. Nawet wchodząc w związek z mężczyzną, zawsze podkreślałam swoją miłość do literatury i dobitnie dawałam do zrozumienia, że wiążąc się ze mną wiążesz się także z ponad tysiącem egzemplarzy mojego księgozbioru. O ile męczy mnie zbyt duża ilość przedmiotów i mebli, które zagracają mieszkanie, tak książek mogę mieć tysiące i wcale nie przeszkadza mi, że leżą one dosłownie wszędzie. Zresztą, nie wykluczam, że za kilkanaście lat moje mieszkanie może wyglądać podobnie jak na poniższym obrazku ;-)


Moje ogólne wrażenia z lektury są pozytywne, choć mam do tej książki kilka zastrzeżeń. Jest napisana nieco chaotycznie, z dużą ilością powtórzeń (a wydawałoby się, że osoba mająca świra na punkcie porządku i odpowiedniej organizacji przestrzeni będzie potrafiła też właściwie uporządkować treść pisanej przez siebie książki). Tak właściwie to przez większość czasu miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo tylko inaczej ubrane w słowa. Nie należy także zapominać, że Marie Kondo opisuje w swoim poradniku doświadczenia z japońskimi klientami (wskazuje na to także podtytuł: „Japońska sztuka porządkowania i organizacji”) a jak wiemy jest to odmienna kultura od naszej, więc do wielu zaleceń należy podejść z dużym dystansem.

Jeżeli czujecie, że Wasze mieszkanie jest zagracone, że nie potraficie swobodnie żyć w takiej przestrzeni, przeczytajcie „Magię sprzątania”. Wiem z własnego doświadczenia, że oczyszczanie przestrzeni pomaga także oczyścić umysł a poradnik Marie Kondo to naprawdę fajna i inspirująca pozycja. Wielu czytelników twierdzi, że po przeczytaniu tej książki od razu chce się zacząć sprzątać i ja tę tezę potwierdzam :-) Nie traktujcie jednak zbyt serio wszystkich zaleceń pani Kondo, filtrujcie metodę ‘konmari’ przez pryzmat własnych doświadczeń, odczuć, możliwości i upodobań, wybierajcie z niej tylko to, co do Was przemawia i jest zgodne z Waszym trybem życia.

Moja ocena: 5/6


1 Marie Kondo, Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji, wyd. MUZA S.A., Warszawa 2015, str 54
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger