Emile Zola - Nana

Emile Zola - Nana


To moja druga lektura w ramach wyzwania czytelniczego "Słynne kurtyzany" na forum wizaz.pl i jakże odmienna od "Damy kameliowej"! Inna epoka (literacka), inny sposób przedstawiania świata, inna bohaterka...

Na początku męczyłam się z czytaniem, ciężko było mi zrozumieć o co chodzi - cały czas jakieś nudne i nic nie wnoszące rozmowy paryskiego półświatka, kilkanaście bohaterów, mnóstwo nazwisk... Nie mogłam się w tym połapać. Dopiero kiedy Zola zaczął po kolei opisywać kochanków Nany i jej relacje z nimi zaczęłam ich rozróżniać. Załapałam o co chodzi, kto jest kim i było już z górki. :)

Akcja rozpoczyna się w teatrze Varietes, gdzie Nana - młodziutka, niespełna 18-letnia prostytutka - gra główną rolę wcielając się w postać Wenus. Nie ma za grosz talentu aktorskiego ani wokalnego ale zdobywa rozgłos i przede wszystkim serca wielu mężczyzn, bo w finałowej scenie występuje zupełnie nago. Mężczyźni są nią zafascynowani do tego stopnia, że aby być jej kochankami gotowi są dosłownie na wszystko - zrujnowanie majątku, rozbicie rodziny a nawet własną śmierć. Na dalszych kartach powieści Zola kreśli w iście naturalistyczny sposób sylwetkę paryskiej modliszki i jej ofiar, odsłaniając powoli przed czytelnikiem jej symboliczne znaczenie.

"Dama kameliowa" podobała mi się trochę bardziej (choć nie wiem, czy można porównywać ze sobą tak skrajnie różne postaci). Wydaje mi się, że z psychologicznego punktu widzenia można było więcej powiedzieć o jej charakterze a w przypadku Nany miałam problem, bo nie bardzo wiedziałam, z której strony ją ugryźć. Niby jest ona główną bohaterką, ale miałam wrażenie, że Zola więcej pisał o mężczyznach ją pożądających niż o niej samej. Nana była taka... "bezosobowa". Jednak dopiero później zorientowałam się czemu miał służyć brak pogłębionej psychologii postaci. Przecież właśnie o to chodziło w naturaliźmie! Nie zapominajmy, że Zola był jednym z jego najważniejszych teoretyków. Zgodnie z założeniami tego prądu literackiego chciał ukazać w swej powieści życie marginesu społecznego, ludzi zdeterminowanych przez środowisko i prawa natury (czyli wszelkie czynniki biologiczne, seksualne) a półświatek kurtyzan idealnie się do tego nadawał. To przede wszystkim dlatego "Nana" jest powieścią tak odmienną w swym charakterze od "Damy kameliowej". Małgorzata Gautier jest elegancka, czysta (jeśli można się tak wyrazić o kurtyzanie ;-)), delikatna, krucha, obraca się wśród trochę lepszego towarzystwa niż Nana, no a przynajmniej mniej zepsutego a i celem samego Dumasa nie było naturalistyczne przedstawienie upadku moralnego paryskiego półświatka tylko opisanie pewnej historii miłosnej. Zola natomiast to literacki rzemieślnik, który dokładnie analizuje opisywane przez siebie środowisko. Nana jest całkowitym przeciwieństwem delikatnej Małgorzaty Gautier, jest ordynarna, brudna, cielesna aż do przesady i stanowi tym samym uosobienie męskich fantazji, żądz i popędów. Im bardziej gardzi mężczyznami, im bardziej ich odpycha, im bardziej ich upokarza, tym bardziej oni jej pożądają. Jest potworem, który pożera swe ofiary, personifikacją natury i cielesności, bohaterką symboliczną na przykładzie której Zola ukazał wpływ czynników biologicznych i środowiskowych na los człowieka, jego zezwierzęcenie i w końcu moralny upadek.

Nana miała być wyrazem politycznych i społecznych poglądów autora; symbolizować niższe warswy społeczne, gdzie brud cielesny i duchowy jest na porządku dziennym. Bardzo dobitnie przedstawia to Zola za pomocą dziennikarza Fauchery'ego, który w jednym ze swych artykułów porównuje Nanę do złotej muchy - pozornie pięknej a przenoszącej zarazę i zniszczenie. Drugie metaforyczne znaczenie Nany czyni ją uosobieniem ówczesnej Francji jako państwa moralnego upadku, bez perspektyw na zwycięstwo. Znamienna jest finałowa scena powieści, w której główna bohaterka umiera w hotelu na ospę a pod oknami jej apartamentu tłumy wyległych na ulice paryżan krzyczą: "Na Berlin!", pewni swego zwycięstwa w zbliżającej się wojnie z Prusami (mniemam, że chodzi tu o konflikt francusko-pruski w latach 1870-71). Tymczasem Francja wojnę przegrała, Napoleon III dostał się do niewoli a kiedy w styczniu 1871r. Prusacy zdobyli Paryż, dokonał się we Francji przewrót i proklamowano republikę. II Cesarstwo straciło życie, tak jak i Nana.

Mimo początkowych trudności z czytaniem tej powieści jak i występujących tu i ówdzie nudnych dłużyzn, nie żałuję czasu jej poświęconego. Nie porwała mnie ale na pewno poszerzyła moją wiedzę na temat środowiska paryskich kurtyzan w XIXw. (jak i niższych warstw społecznych w Paryżu w ogóle) oraz naturalizmu w literaturze.

Moja ocena: 3,5/6

autor: Emile Zola
tytuł: Nana
tytuł oryginału: Nana
tłumaczenie: Zofia Karczewska-Markiewicz

wydawca: Państwowy Instytut wydawniczy 
liczba stron: 352

Literacki Nobel dla Herty Müller!

Literacki Nobel dla Herty Müller!

Jejku, jak się cieszę!!!! Literacka nagroda Nobla przypadła w tym roku niemieckiej autorce rumuńskiego pochodzenia - Hercie Müller!!! Jako zagorzałą germanofilkę niezmiernie mnie ta wiadomość cieszy, choć muszę przyznać bez bicia, że jeszcze nie miałam okazji przeczytać żadnej z jej książek.

Jakoś nie wierzyłam, że nagrodę otrzyma obstawiany przez bukmacherów Amos Oz (choć nic do niego nie mam) i wierzcie mi albo nie ale dzisiaj od samego rana chodziła mi po głowie myśl, że fajnie by było, gdyby Akademia Szwedzka wyróżniła pisarza niemieckiego pochodzenia a mniej więcej pół godziny przed ogłoszeniem wyników pomyślałam, że nagroda może trafić w ręce kobiety ... Ale żadnych nazwisk nie obstawiałam. :)

Oglądałam w internecie na żywo ogłoszenie wyników i trochę się zdenerwowałam kiedy pan, który wyszedł do dziennikarzy zaczął mówić po szwedzku, bo nie zrozumiałam kompletnie nic, nawet nazwiska laureata. Po angielsku zrozumiałam, że nagroda wędruje do Niemca, ale nazwiska nadal nie wyłapałam ;-) Dopiero ogłoszenie po niemiecku przyniosło pełny obraz sytuacji i taaaaką radość!!!



Aha, zapomniałam dodać, że ostatnia książka Herty Müller "Atemschaukel" znajduje się na shortliście najważniejszej niemieckiej nagrody literackiej Der Deutsche Buchpreis, której zwycięzca zostanie ogłoszony w najbliższy poniedziałek 12.10. Trzymam kciuki :)

Zabawa w kreatywność

Już jakiś czas temu Dededan zaprosiła mnie do poniższej zabawy, więc (z mocnym opóźnieniem) odpowiadam na pytania:

Co by było...

1. Gdyby ceny baryłek ropy i wody pitnej były identyczne?


To zależy. Gdyby ropa była tania jak woda doszłoby z pewnością do katastrofy ekologicznej, bo kierowcy bez opamiętania kupowaliby benzynę do swoich aut i zanieczyszczali spalinami środowisko. Gorzej jeśli cena wody miałaby podskoczyć do ceny baryłki ropy, bo wtedy mogłoby się okazać, że nie każdego stać na wodę. Wtedy pewnie jakieś grube szychy i tajne organizacje przejęłyby kontrolę nad udostępnianiem wody pitnej i wykorzystywały ludzi w biednych zakątkach świata do niewolniczej pracy za wodę (przypomniał mi się pewien wątek z "Quantum Of Solace" ;))

2. Gdyby zwierzęta były inteligentniejsze od ludzi?

Niektóre podobno są, np. takie delfiny. Pewnie przejęłyby naszą rolę a my bylibyśmy ich "zwierzątkami". Jest nawet taka książka "I Bóg stworzył delfina czyli potrawka z człowieków", która (chyba - bo nie czytałam) porusza ten problem.

3. Gdyby ludzie nie potrzebowali snu?

Zaharowaliby się na śmierć? Myślę, że pojawiłyby się problemy ze zdrowiem, bo organizm ludzki jest tak skonstruowany, by poprzez sen regenerować siły a nie bardzo wiem, jak inaczej byśmy odpoczywali. To znaczy wyobrazić sobie to mogę ale wątpię czy każdy korzystałby odpowiednio z tego odpoczynku (np. pięciogodzinnego, bezczynnego leżenia). Większość i tak uznałaby, że w życiu jest za mało czasu na bezczynne siedzenie i przepracowałaby się.

4. Gdyby ludzie nosili swoje domy na plecach, niczym żółwie?

Nie wiem, jak inni ale ja nareszcie miałabym wszystko pod ręką ;) Choć przy mojej skoliozie i dużej wadzie wzroku (przez którą zabroniono mi dźwigać) mogłoby się to źle skończyć ;)

5. Gdyby ludzie musieli spędzać co trzeci rok poza krajem swojego urodzenia?

Pomijając problemy uczniów i studentów wynikające z odmiennych programów nauczania w różnych państwach, myślę że ludzie nauczyliby się tolerancji dla obcych kultur, wierzeń, zwyczajów. Fajnie byłoby też mieć przyjaciół i znajomych we wszystkich zakątkach świata. :)


Nie będę typować kolejnych osób, aby wzięły udział w zabawie, zresztą już chyba wszyscy na te pytania odpowiedzieli. A kto tego nie zrobił a ma ochotę, to proszę bardzo :)
Stosikaaaami... jesień się zaczyna... ;-)

Stosikaaaami... jesień się zaczyna... ;-)

Uwielbiam jesień. Długie spacery w ostatnie ciepłe dni, feerię barw jaką możemy obserwować na drzewach, szelest suchych liści pod podeszwami. Wczesne wieczory, deszcz za oknem, ciepło domu, cichy kącik do czytania z obowiązkowym kocykiem i kubkiem aromatycznej herbaty. A będzie co czytać, bo jesienne zapowiedzi wydawnicze przedstawiają się wyjątkowo interesująco a i stosy, w jakie zaopatrzyłam się ostatnio, kuszą nieziemsko ciekawymi tytułami. Pierwszy z nich przedstawiam poniżej :)


Większość nabyłam na wyprzedaży w Muzie (i nawet problemy z kurierem nie były w stanie przyćmić radości z jaką otwierałam paczkę :))

"Tańcz, tańcz, tańcz" Murakamiego czytałam w zeszłym roku i urzekła mnie oniryczna atmosfera tej powieści oraz to, w jaki sposób autor opisuje samotność, a że w innych powieściach tego pisarza również można odnaleźć ten klimat, bez wahania wzięłam inne tytuły i ... chyba będę zbierać wszystkie do kolekcji :)

"Cztery życia wierzby" Shan Sa, "Peonia" Pearl S. Buck i "Bracia" Da Chen'a są kontynuacją mojego zainteresowania literaturą azjatycką. Druga pozycja będzie wspaniale nadawać się do Projektu Nobliści a o trzeciej czytałam wyłącznie bardzo pochlebne, pełne zachwytu recenzje, więc moja ciekawość sięgnęła zenitu.

I nareszcie mam "Cień wiatru", tak wychwalany na blogach :) Intuicyjnie czuję, że swoim klimatem powieść idealnie wpisze się w chłodne jesienne wieczory.

O "Eve Green" słyszałam wiele dobrego jeszcze zanim powieść ukazała się u nas a i polscy czytelnicy (a raczej czytelniczki) wpadają w zachwyt po jej przeczytaniu, co widać na literackich blogach, więc tym bardziej się cieszę, że wreszcie ją mam!

"Paulę" Isabel Allende już czytałam, ale że wielbię tę autorkę całym sercem, nie mogłam przegapić kupna jednej z jej książek do kolekcji po atrakcyjnej cenie.

"Homo Faber" to wynik mojego zainteresowania literaturą niemieckojęzyczną a "Szklany zamek" Jeanette Walls bardzo chciałam przeczytać od kiedy parę lat temu usłyszałam pierwsze zdanie z tej powieści w niemieckim programie o książkach "Lesen!" (z którego dowiedziałam się również o "Eve Green").

A powieść "Mimo wszystko" Moniki Sawickiej jest dowodem na to, że czasami książki przychodzą do nas w najbardziej niespodziewanym miejscu. Dostałam ją ... w pracy. Po kolejnej przeprowadzce (druga w ciągu 3 tygodni! Mam nadzieję, że mojego szefa przestanie wreszcie swędzić d.... i będzie to ostateczne miejsce, w którym będzie nasze biuro) nasza pani księgowa znalazła ją podczas rozpakowywania pudeł wśród różnych katalogów technicznych. A że nikt nie chciał się przyznać, kto jest jej właścicielem, książkę przygarnęłam ja :)

Drugi stosik, już mniej imponujący, przedstawia moje łupy podczas poniedziałkowej wizyty w bibliotece.


"Targowisko próżności" męczę od ... kwietnia :((( Nie należę do osób, które porzucają książkę nie przeczytawszy jej do końca. Trochę mnie to czasem denerwuje, bo chętnie rzuciłabym w kąt to nudne, opasłe tomisko ale wiem, że potem będzie mnie to męczyć. Więc czytam dalej. W autobusie.

"Zapisane na ciele" Jeanette Winterson czytałam w 2008 roku i uznałam ją za jedną z trzech najlepszych powieści z jakimi zetknęłam się w ubiegłym roku. Wypożyczyłam po raz drugi bo chcę ją zrecenzować na blogu (a więc muszę sobie odświeżyć treść i emocje towarzyszące lekturze) oraz zachęcić Was do sięgnięcia po prozę Winterson, bo naprawdę warto! Niestety na blogach jakoś o niej cicho.

"Doktora Faustusa" zaczęłam zimą i przerwałam. Nie dlatego, że nudna. Ja wielbię Tomasza Manna ale należy on do pisarzy, których mogę czytać tylko w okresie jesienno-zimowym, więc musiał poczekać aż znowu wpadnę w odpowiedni nastrój ;-)

"Dlaczego kochamy kobiety" wzięłam po przeczytaniu recenzji Chihiro. Nigdy nie miałam do czynienia z tym autorem i podejrzewam, że jeszcze długo omijałabym go wzrokiem na bibliotecznych półkach, gdyż Rumunia nigdy nie należała do kręgu moich literackich zainteresowań. Ale skoro ktoś uważa jego "Nostalgię" za dzieło wybitne, to chyba warto się zainteresować .... :)

"Miasto Śniących Książek" - raz, bo to literatura niemiecka, dwa, bo podobno świetne, a trzy, bo autorem jest ten sam pan od małego Arschlocha Wernera (ktoś kojarzy ten komiks? ;-) na dodatek baardzo młody wiekiem.

A na koniec przeurocza fotka mojego kolegi Tygrysa, z którym byłam dziś na zakupach i napotkaliśmy taką oto zwierzynę, która po pogłaskaniu kiwała głową i merdała ogonem ;-))


Po kontakcie z naturą ;-) zostałam zaproszona na pyszną gorącą czekoladę i rogalika z równie smacznym nadzieniem. Czekolada była gęsta i naprawdę przepyszna - miałam wrażenie, że piję rozpuszczoną prawdziwą czekoladę! Jak stygła, to nieznacznie gęstniała i przyjemnie rozpływała się w ustach wprowadzając mnie w nieopisany błogostan. I tylko ze względu na savoir vivre siłą woli powstrzymałam się od wylizania filiżanki ;-) Rozwodniony płyn pseudoczekoladowy, który robimy sobie w domu zalewając ciemny proszek wrzątkiem może się schować!Tak mnie ta czekolada odurzyła, że opuszczając centrum handlowe zapomniałam zajrzeć do Expansa i rozeznać się czy mieli nową dostawę książek :)) To był bardzo udany pierwszy dzień jesieni. Sezon na czytanie książek z kocykiem, termoforkiem i herbatką pod ręką uważam za otwarty!!!

Izabela Szolc - Cichy zabójca

Izabela Szolc - Cichy zabójca


Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem fanką kryminałów. Ot, czasem najdzie mnie ochota na książkę z dreszczykiem, gdzie jakość stylistyczna ma dla mnie mniejsze znaczenie od ciekawej, trzymającej w napięciu fabuły. Z tego też powodu sięgnęłam po "kryminał" (tak, piszę to w cudzysłowie, bo jak na mój gust to ta niewielka objętościowo powiastka z prawdziwym kryminałem ma niewiele wspólnego) Izabeli Szolc, który miał mi uprzyjemnić nudne godziny w pracy ;-)

No i mam z tą książką problem, bo to ani kryminał ani przyjemny czasoumilacz. To znaczy nie chcę powiedzieć, że jest to jedna z tych powieści, których przeczytanie to droga przez męki, bo czyta się ją szybko i sprawnie, ale jest ... hm ... jakby to ująć ... nudna?

Ale od początku. Bohaterką powieści (a raczej powiastki) jest komisarz Anna Hwierut - samotna matka wychowująca dorastającego syna, warszawska policjantka usiłująca rozwikłać zagadkowe morderstwa i zniknięcia nastolatków. Akcja powieści jest mocno osadzona we współczesnych polskich realiach, pani komisarz słucha Kasi Nosowskiej, jeździ fiatem uno, w dyskotekach słychać dźwięki disco polo, w telewizji lecą "Kryminalni", w internecie jest szał na naszą-klasę, komisariat policji przypomina odrapaną budę ze starym linoleum na podłodze a zeznania spisywane są na maszynie do pisania. Mnie się ta ewidentnie szara, bezbarwna rzeczywistość nie podobała. Może za bardzo przyzwyczajona jestem do nowoczesnych "narzędzi pracy" policji z tzw. "wielkiego świata"? ;-)

Akcja nie obfituje w szalone zwroty akcji, ba nawet nie trzyma w napięciu. Jest za to trochę chaotyczna, jak gdyby autorka sama nie wiedziała ani na czym ma się skupić ani jak sprawnie poprowadzić śledztwo. Zaczyna się od wizyty Anny Hwierut w celi schwytanego niedawno zabójcy własnej żony, który upozorował wypadek aby zgarnąć ubezpieczenie po zmarłej i któremu nasza pani komisarz wyraźnie się podoba (marne nawiązanie do "Milczenia owiec"). Kiedy już poznamy motywy tego zabójstwa (a następuje to baaaardzo szybko), pojawia się ni stąd ni zowąd nowa sprawa (chłopak, który uciekł z domu plus znalezione na brzegu jeziora zwłoki mężczyzny) a kiedy pani Hwierut upora się z nią w ciągu kilku krótkich rozdziałów (w których pojawia się poboczny problem - prostytucja), powraca na nowo odświeżony wątek zabójcy swej żony, który właśnie uciekł z więzienia. A żeby nie było za nudno dodać do tego należy problemy osobiste pani komisarz (łącznie z seksualną frustracją kobiety samotnej) oraz wspomnienia z czasów młodości tudzież początków pracy w policji.

Problem w tym, że JEST nudno. Nie ma tutaj jednej skomplikowanej sprawy, której rozwiązanie zajęłoby pół powieści; jest multum małych spraw i spraweczek, których rozwiązanie autorka podaje nam po kilku króciutkich rozdziałach na tacy. Ciekawość jak się to wszystko skończy niby jest, ale w żadnym razie nie może się ona równać z tą gorączkową chęcią poznania prawdy teraz i natychmiast, która każe zarwać noc i czytać do momentu, dopóki nie dowiemy się kto zabił. Tutaj czegoś takiego nie ma. Jest tylko szara polska rzeczywistość i parę nieszczęśliwych i sfrustrowanych ludzi z mocno skopaną psychiką. Brak tu emocji, napięcia, ciekawości.

Jeżeli ktoś szuka dobrego kryminału, to odradzam. Chyba, że ktoś chce poczytać o pracy polskiej policji.

Moja ocena: 2/6

autor: Izabela Szolc
tytuł: Cichy zabójca
wydawca: Nowy Świat
liczba stron: 208

"We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej" - o twórczości Maschy Kaleko

(W tym miejscu znajdował się wpis o Maschy Kaleko wraz z kilkoma jej wierszami. Zgłosiła się do mnie osoba reprezentująca spadkobierców poetki z prośbą o usunięcie utworów ze strony, gdyż niestety okazało się, że wszystkie utwory Kaleko są chronione prawem autorskim i nie można ich bez pozwolenia publikować w internecie. Z wielkim żalem wykasowałam je więc z tego wpisu, ale mam nadzieję, że i bez wierszy potencjalny czytelnik, który trafi na ten wpis będzie na tyle zaciekawiony, że postanowi przyjrzeć się bliżej twórczości tej wspaniałej poetki.)

Chciałabym dzisiaj pokrótce nakreślić sylwetkę jednej z moich ukochanych poetek niemieckojęzycznych - Maschy Kaleko. Natknęłam się na jej twórczość zupełnie przypadkiem, dwa lata temu szukając czegoś w internecie znalazłam przypadkiem jej wiersz "Weil du nicht da bist" (Bo cię tu nie ma), który tak mnie poruszył, że zapragnęłam poznać cały dorobek literacki tej autorki. Będzie to wpis raczej dla osób znających język niemiecki, gdyż nie spotkałam się do tej pory z tłumaczeniem jej wierszy na polski.

Mascha Kale ko przyszła na świat 07.czerwca 1907r. w miejscowości Schidlow (dzisiejszy Chrzanów) w Cesarstwie austro-węgierskiem jako Golda Malka Aufen. Była nieślubnym dzieckiem matki żydowskiego pochodzenia i ojca Rosjanina. Już w dzieciństwie ugruntowało się tak widoczne w jej późniejszej twórczości poczucie straty i zagubienia wynikające z braku przynależności do konkretnego kraju. Często ukrywała swe galicyjskie pochodzenie, na które społeczeństwa Europy Zachodniej patrzyły krzywym okiem. W wieku 7 lat w obawie przed pogromami po wybuchu I wojny światowej była zmuszona uciekać wraz z matką najpierw do Frankfurtu nad Menem, a potem do Marburga. Ojca internowano jako "rosyjskiego obywatela", Mascha prawie w ogóle nie miała z nim potem kontaktu.

Dopiero po zakończeniu wojny Mascha znalazła miejsce, do którego czuła, że przynależy - był nim Berlin, gdzie przyszła poetka spędziła swoje lata szkolne i studenckie i gdzie poznała swojego przyszłego męża, Saula Kaleko. Przynależała do artystycznej bohemy lat 20- tych i 30-tych - to tutaj, w okresie "złotych lat dwudziestych" powstała literacka kawiarnia "Das romanische Cafe", gdzie ówcześni malarze, aktorzy i pisarze, a w tym i Mascha, spędzali wolny czas na inspirujących dyskusjach i marzeniach o lepszym świecie. W 1929r w piśmie "Der Querschnitt" ukazują się jej pierwsze wiersze, opisujące w radośnie-melancholijnym tonie życie zwykłych ludzi i atmosferę Berlina a w styczniu 193 3r., kiedy złowrogie sygnały dotyczące sytuacji społeczno-politycznej kraju stawały się coraz wyraźniejsze, ukazał się drukiem pierwszy tom wierszy poetki "Das lyrische Stenogrammheft", bardzo entuzjastycznie przyjęty przez czytelników. Na fali sukcesu ukazuje się drugi tom wierszy Kaleko pt. "Kleines Lesebuch für Große". Jednak 08. sierpnia 1935r. Mascha Kaleko została wykluczona z Izby Literatury Rzeszy i otrzymała zakaz wykonywania zawodu.

W 1938r. podjęła trudną decyzję o emigracji. W tym samym roku miał miejsce także zwrot w jej prywatnym życiu - po 10 latach małżeństwa rozwiodła się z filologiem Saulem Kaleko i poślubiwszy muzyka Chemjo Vinavera wyemigrował a razem z nim i ich synem do Nowego Jorku. Życie w Ameryce nie było łatwe, Vinaver, który komponował chasydzką muzykę synagogową i dawał koncerty, nie znał języka angielskiego, więc pomoc Maschy była mu w codziennym życiu nieodzowna. Poetka tworzyła również na emigracji . Jej wiersze są odzwierciedleniem osobistych przeżyć i tęsknoty za utraconym krajem ojczystym. Wszystkie napisane w tym okresie ukazały się w wydanym w Cambridge w 1945r. tomie "Verse für Zeitgenossen". Nie przyniósł jej on jednak finansowego zastrzyku, który trzyosobowa rodzina tak bardzo potrzebowała.

Po raz pierwszy Mascha Kaleko odwiedza ponownie swoją ojczyznę w 1956r, kiedy to wydawnictwo Rohwolt wydało na nowo jej debiutancki tomik wierszy i zorganizowało cykl wykładów z autorką w Niemczech. Pełne sale wykładowe były wystarczając ym dowodem, że nie zapomniano o artystce przez te wszystkie lata. Poetka udziela wywiadów w radiu, gazety drukują jej wiersze. Jednak Kaleko czuje się obco w swojej ojczyźnie, to nie jest już ten sam kraj, który opuściła 18 lat temu. Trzy lata później berlińska Akademia Sztuki chciała uhonorować poetkę nagrodą im. Theodora Fontane opiewającą na 4 tys. marek jednak autorka odrzuciła swoją kandydaturę argumentując, że nie może przyjąć nagrody z rąk byłego SS Manna, którym okazał się być jeden z członków jury - Hans Egon Holthusen.

W tym samym roku Kaleko przeprowadza się na prośbę męża do Izraela. Powrót do "kraju przodków" okazuje się pułapką samotności i wyobcowania. Mascha czuje się tam obco, prawie nie zna języka, jej twórczość nie jest tam tak znana jak w Niemczech. Raz do roku wyjeżdża do Niemiec aby podtrzymać kontakt z przyjaciółmi i wydawcami oraz wygłosić serię wykładów.

Największa tragedia w życiu poetki ma miejsce w 1968r, kiedy nagle umiera jej 31-letni syn Steven, wschodząca gwiazda Broadway'u . Jego śmierć jest jednocześnie początkiem duchowej śmierci jego matki. Gdy pięć lat później wskutek długoletniej choroby umiera Chemjo Vinaver autorka prawie w ogóle nie opuszcza już mieszkania. Wiersze, które wtedy powstały są pełne żalu i bólu po stracie bliskich. Samotność na którą została skazana pozbawiona mężowskiej ochrony i miłości kobieta, przerosła jej siły. Iskierka nadziei pojawia się w 1974r. podczas wizyty w Berlinie, ukochanym mieście z lat młodości, w którym poetka daje cykl wykładów i postanawia wynająć małe mieszkanie.

Planów tych nie udaje jej się jednak zrealizować. Umiera 21. stycznia 1975r. w Zurychu, mieście przestankowym w drodze powrotnej do Izraela.

Cytat dnia

"Nie możemy żyć wyłącznie dla siebie. Tysiąc nici łączy nas z innymi ludźmi. I wzdłuż tych nici biegną nasze działania, których skutki tą samą drogą do nas wracają."

Herman Melville

Alexander Dumas - Dama kameliowa

Alexander Dumas - Dama kameliowa

To moje drugie spotkanie z tą powieścią. Przeczytałam ją ponownie na wyzwanie czytelnicze na forum wizaz.pl, aby przypomnieć sobie fabułę. Mój pierwszy kontakt z historią Małgorzaty i Armanda nastąpił trzy lata temu w formie wizualnej - przypadkiem trafiłam na ekranizację w reżyserii Jerzego Antczaka (i tę bardzo polecam, jest niezwykle wierna fabule książkowej, choć film jest moim zdaniem ciut lepszy, na samym końcu zawsze płaczę podczas gdy lektura nie działa aż tak na moje emocje). I oczywiście zapragnęłam zapoznać się z literackim pierwowzorem, co nastąpiło parę tygodni później. A jeszcze później obejrzałam operę na motywach powieści Dumasa - "Traviatę", która do tej pory jest jedną z moich ulubionych.

Nie jest to wybitne dzieło, raczej typowy dla XIX wieku romans pełen ckliwości, wyznań i łez . Głębszej psychologii się tam dopatrywać nie należy, choć historia zawiera jednak pewne uniwersalne prawdy o ludziach, które mimo upływu lat i postępu cywilizacyjnego ludzkości nie straciły na aktualności. Osobiście uważam "Damę kameliową" za jedną z piękniejszych historii miłosnych XIX wieku.

Czytając powieść po raz pierwszy skupiałam się głównie na perypetiach miłosnych Małgorzaty i Armanda. Teraz, za drugim razem zwracałam baczniejszą uwagę na opisy życia kurtyzan w Paryżu XIXw. - w końcu o to chodzi w wyzwaniu czytelniczym. Ze światem kurtyzan mamy tutaj do czynienia pośrednio, gdyż autor skupił się głównie na wątku miłosnym, ale uważny czytelnik wyłapie z tekstu tu i ówdzie pewne fakty związane z życiem kurtyzan w ówczesnych czasach. Małgorzata jest – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – luksusową kurtyzaną, otacza się bogatymi mężczyznami, mogącymi zaspokoić jej wydumane zachcianki, to nie jest ot taka prostytutka, którą każdy może mieć.
Jeżeli chodzi o podejście społeczeństwa do takich kobiet trochę zdziwiło mnie jedno: za życia Małgorzata była podziwiana z daleka, podejrzewam, że nie tylko przez mężczyzn, pewnie zatrzymywała na sobie również spojrzenia kobiet. Nikt nie protestuje, kiedy ją widzi w teatrze czy operze, nikt nie opluwa na ulicy. Po jej śmierci do jej domu schodzą się ciekawskie panny chcące dowiedzieć się, jak wygląda dom kurtyzany od wewnątrz. A jak przychodzi do pochówku, to nagle są protesty, że ludzie nie zgodzą się aby obok ich zmarłych krewnych leżała prostytutka. Żywa im nie przeszkadza a umarła tak?

Bardzo nieprzychylnie jest przedstawione środowisko, w którym obraca się Małgorzata. To w dużej mierze bezduszne hieny żerujące na popularności i bogactwie bohaterki, przyjaciele tylko z nazwy, którzy są przy niej tylko wtedy, kiedy jej się powodzi a w trudnych chwilach opuszczają schorowaną i cierpiącą Małgorzatę, bo już w żaden sposób nie mogą jej wykorzystać do własnych potrzeb. Małgorzata doskonale zdaje sobie z tego sprawę i sama w pewnym momencie porusza ten temat, obnażając przed czytelnikiem prawdziwe oblicze swoich "przyjaciół":

"Wszystkim, którzy się kręcą wokół takich dziewcząt jak ja, zależy szczególnie na tym, żeby śledzić ich najbłahsze słowa, wyciągać konsekwencje z ich najmniej ważnych uczynków. Nie mamy oczywiście przyjaciół. Mamy samolubnych kochanków, którzy trwonią swój majątek nie dla nas, jak twierdzą ale dla zaspokojenia swej próżności.
Dla tych ludzi musimy być wesołe, kiedy oni są w dobrym humorze, zdrowe, kiedy oni chcą ucztować po nocy, sceptyczne tak jak oni. [...]
Nie należymy do siebie. Nie jesteśmy już istotami ludzkimi, lecz rzeczami. Jesteśmy pierwsze jeśli chodzi o ich miłość własną, ostatnie, jeśli chodzi o prawo do ich szacunku. Mamy przyjaciółki [...] w rodzaju Prudencji, ongiś kurtyzany, które ciągle jeszcze gustują w rozrzutności mimo że wiek już im na to nie pozwala. [...] Ich przyjaźń jest często niewolnicza, nigdy bezinteresowna. Nigdy nie udzielą nam rady, która nie dawałaby im zysku. Malo je obchodzi to, ze mamy dziesięciu kochanków więcej, byleby one mogły zyskać na tym suknie albo bransoletkę, byleby mogły od czasu do czasu przejechać się naszym powozem i bywać w naszej loży.[...] Nie oddają nam nigdy najdrobniejszej usługi, nie wyciągając od nas w zamian dwa razy tyle, ile jest warta."

Dlatego od razu wyczuła uczciwe zamiary Armanda wobec niej, choć nie omieszkała ostrzec go, co tak naprawdę znaczy być kurtyzaną i że taką osobę nie należy od razu obdarzać wyidealizowanym uczuciem, bo ma ono małe szanse na spełnienie. Bo podejście zakochanego w niej do szaleństwa Armanda, który mimo ostrzeżeń znajomych chciał widzieć w Małgorzacie nieskazitelną damę, było wprawdzie bardzo szlachetne ale mało realistyczne.

To piękna opowieść przede wszystkim o sile miłości i wielkim poświęceniu, trochę staroświecka ale jakże wspaniała lektura na smutne i zimne wieczory.

Nie dowiedziałam się z tej powieści niczego odkrywczego na temat życia kurtyzan,ale jeszcze kilka powieści na ten temat przede mną, więc może się to zmieni? Przede mną "Nana" Emila Zoli.

Moja ocena: 4,5/6

autor:Alexander Dumas syn
tytuł: Dama kameliowa
tytuł oryginału: Le Dame Aux Camelias
tłumaczenie: Stanisław Brucz

wydawca: Libros 
liczba stron: 223
Stephenie Meyer - Zmierzch

Stephenie Meyer - Zmierzch


Świat ogarnęła histeria na punkcie wampirzej sagi dla młodzieży autorstwa Stephenie Meyer. Sprzedano miliony egzemplarzy na całym świecie, pierwsza część sagi doczekała się nawet ekranizacji. Główni bohaterowie Edward i Bella (a właściwie aktorzy grający te postaci) stali się z dnia na dzień idolami milionów nastolatków na całym świecie. To, co się dzieje wokół tych książek, to istna histeria, na jakie forum nie zajrzę, wszędzie można spotkać edwardo- i zmierzchomaniaczki, które (najwyraźniej pod wpływem buzujących w tym wieku hormonów) opisują jak to prawie mdlały z rozkoszy na widok cudownego Edwarda podczas oglądania filmu lub jak się ekscytowały czytając miłosne perypetie Belli i jej "boskiego Adonisa". Burzę hormonalną mam już dawno za sobą, ale że jestem miłośniczką wampirów, postanowiłam na własnej skórze przekonać się, o co to wielkie halo. W końcu w wieku 17 lat sama ekscytowałam się przygodami nieustraszonej pogromczyni wampirów Buffy Summers i dostawałam spazmów podczas scen z jej ukochanym wampirem Angelem (pamiętam jak w jednym z sezonów serialu Buffy była zmuszona zabić Angela - dżizas, leżałam wtedy plackiem na podłodze przed telewizorem i wyłam ;))

Historia jest bardzo prosta. Bella Swan przeprowadza się do małej mieściny Forks w stanie Waszyngton aby zamieszkać ze swoim ojcem (jej rodzice są rozwiedzeni). Powoli aklimatyzuje się w odmiennym środowisku i zdobywa przyjaciół. Jej uwagę przyciąga w szczególności trochę dziwnie zachowująca się grupka młodzieży - rodzeństwo Cullenów. Z biegiem czasu Bella zakochuje się w najmłodszym z nich Edwardzie, który wyjawia jej tajemnicę swojej rodziny...

Nie rozumiem. Nie jestem w stanie pojąć histerii wokół tej książki. Może dlatego, że nie jestem już ekscytującą się takimi miłostkami siedemnastolatką tylko o 10 lat starszą kobietą, która wyrobiła już sobie swój gust literacki i wie czego oczekuje od dobrej powieści (choćby miała to być powieść dla młodzieży)?

W tej książce (prawie) nic się nie dzieje. Pierwsza połowa opiera się na zwyczajnych rozmowach między nastolatkami, dopiero gdy pod koniec pojawia się grupa wrogo nastawionych wampirów akcja nabiera tempa (choć o jakiś szczególnych emocjach czy trzymaniu w napięciu też nie ma mowy).

Powieść jest napisana prostym językiem. Podobno mierna jakość tekstu jest wynikiem fatalnego tłumaczenia ale moim zdaniem sama autorka nie ma za grosz talentu literackiego, co widać w pustych, czasem na siłę przeciąganych dialogach. Ok, ja rozumiem, że rozmowy nastolatków nie oscylują wokół ambitnych tematów ale niech ta rozmowa przynajmniej trzyma się kupy i zmierza w jakimś konkretnym celu zamiast być po prostu luźną wymianą uwag.

Mimo wszystko historia miłości tych dwojga wciąga - podczas lektury nie odkładałam znudzona książki na bok, nie zmuszałam się do czytania. Brak akcji, prosty język oraz brak pogłębionych rysów psychologicznych postaci jestem jeszcze w stanie zaakceptować ale tym, co przekreśliło tę powieść w moich oczach i zwyczajnie mnie śmieszyło to elementy rodem z Jamesa Bonda. Superszybkie, wypasione bryki i ściany w domu wampirów przesuwające się po naciśnięciu jednego guzika to już lekka przesada. A i sam Edward skaczący po drzewach jak małpa przypominał mi początkową scenę z "Quantum of solace", w której Bond ściga jakiegoś kolesia i obaj z zawrotną prędkością, w ogóle się nie męcząc, biegają jak cyrkowcy po balustradach, gzymsach i rusztowaniach. Takie połączenie Tarzana z Jamesem Bondem ;)

Całą śmieszność powyższych umiejętności Edwarda doskonale widać w filmie, mocno zresztą nieudanym. Pomijam okrojenie książkowej fabuły, bo w przypadku przenoszenia jej na ekran jest to raczej normą, ale nie mogę pojąć kto do ciężkiego diabła wybrał na castingu tak kiepskich aktorów?! A może to nie brak aktorskiego talentu, ale niemożność rozwinięcia psychologii postaci wynikającej po prostu z kiepskiego literackiego pierwowzoru i równie kiepskiej adaptacji uniemożliwiły aktorom wiarygodne przedstawienie swoich postaci?
I jeszcze jedno - kompletnie niepasujący (moim zdaniem!) aktorzy do granych przez siebie bohaterów. Wiadomo, każdy czytając książkę w jakiś tam sposób wyobraża sobie wygląd postaci. Potem, oglądając ekranizację myślimy sobie "ee, inaczej ją/go sobie wyobrażałam", jednak często przyzwyczajamy się do twarzy aktorów i w końcu akceptujemy ich w danej roli. Ja oglądając "Zmierzch" nie mogłam zaakceptować nikogo. No, prawie nikogo, powiedzmy, że Rosalie, Emmett i Esme wyglądają w filmie mniej więcej tak, jak ich sobie wyobrażałam. No i sam Edward - już się przyzwyczaiłam do wszechobecnej twarzy Roberta Pattinsona, więc czytając, miałam go przed oczami (choć piękny jak Adonis to on moim zdaniem nie jest, ale w końcu de gustibus non es disputandum, więc... ). Największy problem miałam z główną bohaterką czyli Bellą. Ta książkowa wydała mi się dziewczyną zamkniętą w sobie i trochę fajtłapowatą, ale sympatyczną i potrafiącą śmiać się z samej siebie. Filmowa Bella natomiast to wiecznie niezadowolona z życia, znudzona panna o wrednym wyrazie twarzy i wiecznie wykrzywionych ustach (których również nigdy do końca nie domyka - nie chcę być złośliwa, ale może to przez te wielkie zęby, które nie mieszczą jej się w paszczy?). Aż mi się odechciewało film oglądać jak jej twarz ukazywała się na ekranie. Resztę postaci też wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, ale byłam w stanie je jakoś zaakceptować, na aktorkę grającą Bellę (i to bardzo, bardzo źle grającą) zwyczajnie nie mogłam patrzeć. Ale pochwalić muszę soundtrack - naprawdę udany! :)

 

Dżizas, i pomyśleć, że narzekałam na filozoficzne wywody Louisa z "Wywiadu z wampirem"... To ja już wolę czytać o tych jego wydumanych problemach egzystencjalno-moralnych niż o westchnieniach Belli do jej boskiego wampira o ciele marmurowego Adonisa i oczach w kolorze ochry palonej ;) Choć nie ukrywam, że jestem w 100% pewna, że gdybym teraz miała te 16-17 lat, to pewnie też uległabym zbiorowej histerii ;)

Na koniec pozostaje pytanie, czy sięgnę po kolejne części sagi. Raczej tak. Z ciekawości, jak dalej potoczą się losy tej pary i czy w miarę pisania styl pani Meyer uległ choć minimalnej poprawie.

Moja ocena 2/6

autor: Stephenie Meyer
tytuł: Zmierzch
tytuł oryginału: Twilight
tłumaczenie: Joanna Urban
wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
liczba stron: 416
 

Lipcowe zdobycze

Lipcowe zdobycze

A oto moje lipcowe zakupy książkowe:


Moje pierwsze zamówienie w kkkk:
Pratchett jest do kolekcji (sporo mi jeszcze brakuje) a opowiadania fantastyczne kupiłam po przeczytaniu pozytywnych recenzji.
"Skradzione dziecko" przyciągnęło mnie obietnicą baśniowości, zobaczymy jak ta magia wyjdzie w praniu ;)
A o trylogii Susanny Clarke tyle się dobrego naczytałam, że nie mogąc nigdzie w rozsądnej cenie jej zdobyć (mówię tu o powieści "Johnatan Strange i Pan Norell") połasiłam się na tom opowiadań "Damy z Grace Adieu". Mam nadzieję, że wzmogą mój apetyt na powieść ;)


Powyżej moje zdobycze z tego tygodnia: Magdę Dygat i Michała Witkowskiego wypatrzyłam w koszu taniej sieci księgarskiej "Expans", Ariel Dorfman jest z działu taniej książki z Matrasa a "Pamiętniki" Casanovy kupione w kiosku do kolekcji. :)



A ten pakiet przyleciał do mnie z podaja :) Jest konsekwencją moich zainteresowań wynikających z wykształcenia. Z literatury niemieckiej (a także szwajcarskiej i austriackiej) chętnie czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce :) Mimo to mam jeszcze wiele braków, np. taki Stefan Zweig - aż wstyd się przyznać, że jako germanistka nic z jego dorobku nie czytałam...

Kiedy się za to wszystko wezmę - nie wiem. W najbliższym czasie planuję tylko Witkowskiego i Dygat, reszta musi poleżeć jeszcze trochę na półce ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2009-2017 Zacisze Literackie , Blogger